Życie na fakturze

Marta Piątkowska
24.08.2015 , aktualizacja: 24.08.2015 14:54
A A A
Prowadzenie firmy oznacza wolność, wyższe zarobki i elastyczność nieosiągalną na etacie. Chyba, że zostaliśmy zmuszeni do jej założenia
W lipcu tego roku własną działalność gospodarczą z zatrudnieniem na poziomie do dziewięciu osób prowadziło prawie 3 mln Polaków. To jedna z bardziej tajemniczych grup zawodowych. Ciężko oszacować, ilu przedsiębiorców marzyło o własnej firmie i nigdy nie chciało pracować "na kogoś". Nie wiadomo również, ilu spośród nich zostało zmuszonych przez pracodawców do założenia firmy, jako sposobu ucieczki przed zatrudnieniem na etacie.

Między innymi z tego powodu samozatrudnienie zostało przez związkowców wciągnięte na listę "umów śmieciowych", przez co wiele osób kojarzy je z krzywdzącą formą pracy.

Zapytaliśmy przedsiębiorców prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze, czy faktycznie czują się poszkodowani i jak im się żyje na co dzień.

Mniej pracuję, więcej zarabiam

Marek, tłumacz języka niemieckiego i rosyjskiego, własną firmę prowadzi od ośmiu lat:

- Tłumaczenia to branża, w której prędzej spotka się wolnego strzelca niż etatowca. Biura tłumaczeń na umowy o pracę zatrudniają głównie pracowników administracyjnych, którzy pilnują obiegu dokumentów, faktur i terminów. To praktyczne podejście korzystne dla obydwu stron. Firma nie ponosi kosztów związanych z wynajmem większej powierzchni biurowej. Tłumacz zyskuje zupełną swobodę godzin pracy, może również przyjmować zlecenia z kilku źródeł, dzięki czemu tylko od jego umiejętności i sił przerobowych zależy, ile finalnie zarobi.

Osobiście współpracuję na stałe z trzema wydawnictwami, jednym pismem branżowym i kilkoma firmami, dla których tłumaczę dokumenty.

Mój grafik ustalają terminy wynegocjowane z klientami. Raz pracuję prawie bez przerwy przez kilka tygodni, innym razem mam 10 dni wolnego. Wtedy śpię do południa, załatwiam urzędowe zaległości, spotykam się ze znajomymi.

W takim systemie funkcjonuję od ośmiu lat, więc już się przyzwyczaiłem. Dziś nie umiałbym chyba wrócić do rygoru pracy od 9 do 17.

Znajomi z innych branż często pytają, czy nie przeszkadza mi brak stabilizacji finansowej. W końcu nigdy nie wiem, ile dokładnie zarobię w danym miesiącu, czy będzie mnie stać na czynsz i ZUS. Odpowiadam, że wszystko jest kwestią organizacji. Wiadomo, że po tłustych miesiącach zdarzają się chude. Trzeba o tym pamiętać i kiedy ma się pieniądze, nie wydać wszystkiego na głupoty, tylko zrobić sobie rezerwę. Dla mnie poduszka finansowa jest równa kwocie, która bez stresu pozwoli mi przeżyć trzy miesiące. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby zastój trwał dłużej.

Nie ma etatu, jest firma

Justyna, redaktorka, własną działalność prowadzi od pięciu lat:

- Prawdę mówiąc, mam mieszane uczucia. Do założenia firmy zostałam niejako zmuszona przez pracodawcę. Powiedziano mi, że oczywiście, jest dla mnie miejsce w redakcji, ale nie mogą zaoferować mi nawet umowy-zlecenia, a dzieło nie jest zgodne z moim zakresem obowiązków. Jedynym prawnym wyjściem była działalność. W bólach i ze zgrzytem wewnętrznym zgodziłam się zarejestrować firmę. W warunkach współpracy wynegocjowałam adekwatną do przysługującej mi na etacie liczbę dni urlopowych. Pracodawca zadbał natomiast o to, żebym miała bardzo ograniczoną możliwość współpracy z innymi mediami.

Sama działalność nie jest straszna. Wybrałam opcję z płaceniem podatku liniowego w wysokości 19 proc. Księgowa nie kosztowała mnie dużo, bo przecież do rozliczenia była miesięcznie tylko jedna faktura. W pierwszych miesiącach próbowałam korzystać z możliwości odliczeń paliwa, ale rozliczanie kilometrówki okazało się grą niewartą świeczki. Wynajmując mieszkanie, odliczałam tylko część czynszu, bo co powiem w razie kontroli, że potrzebuję dwóch pokoi do napisania tekstu?

Finansowo byłam do przodu tylko przez pierwsze dwa lata, kiedy płaciłam preferencyjny ZUS. Choć odbiło mi się to czkawką, kiedy dostałam symulację emerytury. W tamtym okresie tylko raz poszłam na zwolnienie chorobowe, bo kiedy zapłacono mi świadczenie chorobowe adekwatne do opłacanych składek, to odechciało mi się chorować. Wolę pracować z gorączką z domu. Po tym, kiedy wysokość składek wzrosła, pracodawca nie podwyższył mi kwoty brutto. W ramach uzasadnienia usłyszałam, że mam złe podejście. Nie jest tak, że teraz zarabiam mniej, tylko w minionych miesiącach zarabiałam więcej. Pozostawię to bez komentarza.

Niestety, znaku równości między etatowcami i osobami zatrudnionymi na innych zasadach brakuje też w innych kwestiach. Podczas gdy zatrudnieni na podstawie umowy o pracę mają prywatne ubezpieczenie medyczne, kartę na siłownię czy możliwość korzystania z firmowego parkingu, osoby określane mianem współpracowników muszą obejść się smakiem. I to jest w sumie w tym wszystkim najgorsze, ale nie wynika z formy zatrudnienia, tylko polityki firmy.

Nie chcę pracować inaczej

Agata, graficzka zajmująca się również prowadzeniem kampanii w mediach społecznościowych:

- Pierwszą firmę - studio graficzne - założyłam w wieku 20 lat. Skorzystałam z dofinansowania, jakie oferowała Unia Europejska.

Potrafiłam rysować, ale kompletnie nie szły mi negocjacje finansowe, więc zatrudniłam handlowca, który pracował dla mnie dwa lata. Potem biznes zaczął kręcić się sam.

Na początku stawiałam sobie finansowe cele w postaci - chcę zarobić 5 tys. miesięcznie. Potem stawka rosła. Wpadłam w wir zamówień. Dodatkowo bałam się odrzucać zlecenia ze strachu, że klient już do mnie nie wróci albo wystawi mi negatywną opinią w stylu - ta dziewczyna odmawia, lepiej zgłosić się do kogoś innego.

W efekcie pracowałam po 16 godzin na dobę przez siedem dni w tygodniu, nie zawsze robiąc to, co lubię i co było związane z moim poczuciem estetyki. Chyba każdy, kto pracuje w wolnym zawodzie, dzieli zlecenia na te, którymi chwali się w portfolio, i takie, które nazywa chałturami robionymi głównie dla pieniędzy czy nawiązania relacji.

W pierwszych latach prowadzenia biznesu uczyłam się na własnych błędach. Zdarzało mi się wykonywać pracę za darmo, bo ktoś obiecał, że zamieści logo mojej firmy na plakacie promującym wydarzenie. Tłumaczono mi, że to forma reklamy. Może dzięki temu zyskał, ja jedynie odbierałam telefony od osób, które chciały, żebym dla nich również wykonała coś nieodpłatnie.

Po ośmiu latach zamknęłam firmę, ponieważ przeprowadziłam się ze Śląska do Warszawy. Nie znałam tu nikogo i nie miałam zielonego pojęcia, jak postawić biznes na nogi.

Pomógł przypadek. Podczas spotkania towarzyskiego ktoś powiedział, że szuka grafika. Zgłosiłam się. Moja praca została doceniona i tak od słowa do słowa, pocztą pantoflową zaczęłam dostawać regularne zlecenia.

Dziś po dwóch latach w Warszawie nie narzekam na brak pracy. Nauczyłam się dziękować za zlecenia, których nie chcę wykonywać, bo na przykład klient jest trudny i wiem, że dla obydwu stron współpraca będzie katorgą.

W pracy freelancera największym mankamentem jest windykacja należności. Zdarza się, że ktoś nie zapłaci firmie, która ma zapłacić nam, i robi się zator, w wyniku którego na pieniądze trzeba czekać 90 zamiast 30 dni. Natomiast nigdy, a prowadzę firmę 10 lat, nie miałam sytuacji, w której ktoś w ogóle by mi nie zapłacił.



Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Wydarzenia rynku pracy