Polscy ratownicy wolą euro za granicą

Karolina Łagowska
09.06.2008 , aktualizacja: 16.06.2008 13:46
A A A

fot. Przemyslaw Kozlowski / AG

Z roku na rok jest coraz gorzej - na polskich kąpieliskach brakuje ratowników. Powód? Masowo zatrudniają ich kurorty w Anglii, Hiszpanii i we Włoszech, a nawet w Grecji czy na Malcie. Oferują świetny sprzęt, komfort pracy, a przede wszystkim dobrą kasę, o której nad polską wodą można sobie pomarzyć.
Zobacz co Cię czeka w przyszłości...

Polski ratownik nie musi szukać pracy. To praca szuka jego. Ale on ma wybór - za 1200 zł spędzić lato na polskim basenie, albo wyjechać do słonecznej Hiszpanii i zarobić kilka tysięcy euro... - Ogłoszeń jest pełno w internecie. Poza tym pracodawcy wieszają ogłoszenia w miejscach, gdzie pracujemy: na basenach, w pobliżu kąpielisk. Często sami dzwonią do nas z firm rekrutacyjnych i proponują pracę za granicą np. od razu dla grupy 15-20 osób - mówi Paweł, ratownik WOPR z Poznania. Oferty kuszą: Włochy, Hiszpania, plaże Grecji czy baseny w luksusowych hotelach na Malcie. Zwykle do tego darmowe noclegi i wyżywienie. Stawki różne - ale i tak kilka razy wyższe niż w kraju. Rzadko który ratownik odmawia, a nam co roku pozostaje słuchanie narzekań, że nad polskimi kąpieliskami nie ma kto pracować i pilnować bezpieczeństwa.

Patrol bardziej słoneczny

Olek Szczot, ubiegłoroczny maturzysta, ratownik z Wrocławia: - Znajomi, z którymi pracowałem do tej pory, w ubiegłym roku pracowali w Anglii, Irlandii, Stanach Zjednoczonych. Miesięcznie zarobili nawet po kilka tysięcy, tyle że euro albo dolarów. Na polskim basenie zarobiliby 1200 złotych. Olek pływa w patrolach WOPR. Sam myśli o wyjeździe, przeszkodziły mu w tym tylko późne terminy egzaminów. O polskich ratowników walczą też Niemcy, Irlandia, Cypr, a nawet Stany Zjednoczone. Ryszard Smul, wiceprezes do spraw szkolenia dolnośląskiego WOPR: - Nic dziwnego. Nasi ratownicy są świetnie wyszkoleni. Bez problemu znajdują pracę na Wyspach albo w Hiszpanii czy Włoszech, bo tam dużo lepiej zarabiają. Po ratowników dzwonią do nas i prywatne firmy, i gminy. Pomogłoby jedynie podniesienie stawek. I to znacząco. Nie powinno być tak, że ratownik, odpowiedzialny za zdrowie i życie wypoczywających nad wodą ludzi, zarabia tyle co sprzątaczka.

Nad Bałtykiem czasem się uda

Kłopoty z obsadą kąpielisk to już stały problem ich właścicieli. Najmniejszy problem jest nad Bałtykiem. - Studenci, którzy z różnych powodów nie wyjadą za granicą, masowo jadą do pracy nad morze. Nie zarobią więcej, ale odpoczną od miasta. Lepszy klimat, ciekawsze wakacje, więcej zabawy - mówi Ryszard Smul. Właściciele bałtyckich kurortów już kilka miesięcy przed rozpoczęciem sezonu kompletują obsadę plaż. - Mamy wyżywienie, nocleg i lepszą pensję. I jest ciekawiej - mówi Edward Mężyk, który od początku lipca pracuje w Łebie. - Ale gdybym mógł, pojechałbym za granicę. O ratownikach, którzy wyjechali z Polski, mówi się, że wręcz ich wymiotło z kraju. Statystyk nikt nie prowadzi, a ciemna liczba mówi o kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy sezonowych emigrantów. - Często przychodzą do nas dopiero jesienią i chwalą się, gdzie byli - mówi Krzysztof Skrzyniarz, prezes dolnośląskiego WOPR. - A że wyjeżdża ich mnóstwo, widać po problemach na naszych kąpieliskach. Gdy rok temu Krzysztof Skrzyniarz razem z policją robił niezapowiedziane kontrole, wyniki niektórych przerażały. - Na jednym z kąpielisk pracował syn gospodarza, nie mający nawet uprawnień ratownika. Inne ośrodki zatrudniają ratowników tylko na weekendy. W ubiegłym roku w takiej właśnie sytuacji właściciel dostał upomnienie i zobowiązał się do poprawy bezpieczeństwa, ale tego nie zrobił. Trzy dni po kontroli utopił się tam człowiek. Miał pecha, bo akurat tego dnia ratownika nie było - opowiada.

Rajska plaża

W prawdziwych tarapatach są niektórzy zarządcy kąpielisk w głębi kraju. Tomasz Jarocki, szef firmy Multi Grupa, która od lat wygrywa we Wrocławiu przetargi na obsługę kąpielisk: - W tamtym roku, żeby zebrać ekipę, musiałem szukać ludzi po całej Polsce. I powynajmować im u nas mieszkania. Udało się na ostatnią chwilę. A teraz było jeszcze gorzej. Ledwo udało się znaleźć tylu, ile potrzeba. Ale na lipiec wciąż poszukujemy kolejnych. Podniosłem stawki, bo za ubiegłoroczne nie znalazłbym nikogo. Andrzej Grabkowski, prezes Środowiskowo-Lekarskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w Radomiu: - Żeby zapewnić obsadę zawiera się umowę z gminą lub firmami prywatnymi, żeby nie szukać na własną rękę. Można by nie znaleźć.

Bo również większość doświadczonych ratowników z Radomia i okolic, w sezonie pracuje na ciepłych plażach daleko od Polski. - Co do standardów nie mamy co się porównywać. Zwykły hotelowy basen na południu, czy plaża dla turystów mają sprzęt, o którym nasi ludzie mogą tylko pomarzyć. Często z wakacji wracają też z kupionym za pół darmo sprzętem, na przykład do nurkowania. Bogaci turyści często kupują coś tylko na czas urlopu, a potem odsprzedają. Dla niektórych to raj - mówi prezes Grabkowski. O pracę za granicą zwykle starają się bardziej doświadczeni ratownicy, co najmniej ze stopniem ratownika. W kraju zostaje najwięcej w stopniu młodszego ratownika. - Przepisy mówią, że powinien on pracować pod nadzorem co najmniej jednej osoby z wyższym stopniem wyszkolenia, ale niestety często krajowi gestorzy nie stosują się do tych zaleceń i biorą z łapanki, jak leci, samych świeżo wyszkolonych. I później zdarza się, ze na kąpielisku są ratownicy, ale nie mają umiejętności, które są potrzebne - ubolewa Grabkowski.

Zostań ratownikiem

Duże zarobki i praca na słonecznej plaży przyciąga młodych adeptów ratownictwa. Organizowane przez WOPR kursy od kilku lat są oblegane, a naukę zawodu zaczynają już nawet gimnazjaliści. Uczą się specjalnych technik pływania, zdobywają dodatkowe umiejętności i kondycję, poznają przepisy i podstawy ratownictwa medycznego. Uczą się pracować ze sprzętem wodnym. Szkolenia kończą się egzaminem teoretycznym i praktycznym pod nadzorem instruktorów WOPR, którzy nadają uprawnienia. Najmłodsi, którzy je zdobędą, mogą być tylko ratownikami społecznymi, a pracę na kąpielisku mogą podjąć dopiero po ukończeniu 18 roku życia. Identyfikatory potwierdzające nabycie uprawnień ratownika wodnego wydawane są w językach polskim i angielskim. Polski WOPR jest zrzeszony w międzynarodowym związku ratownictwa wodnego, dlatego legitymacja poświadczająca uprawnienia ratownika jest uznawana przez zagranicznych pracodawców.

Ktoś może powiedzieć: no tak, najpierw się u nas za darmo szkolą, a potem zbijają kokosy za granicą. Nic mylnego. Za kurs na najniższy stopień (młodszego ratownika) trzeba zapłacić - w zależności od regionu - od 400 do 600 złotych. Taki ratownik nie może jednak pracować samodzielnie, bez nadzoru starszego stopniem. Żeby podnieść swoje kwalifikacje i zdać egzamin na kolejny stopień ratownika WOPR, ten sam kandydat musi przejść kolejne szkolenie (od 400 do 700 złotych), zdobyć wymagane uprawnienia i skończyć szkolenie medyczne. Całkowity koszt - ponad 2 tysiące złotych. Marek Koperski, prezes pomorskiego WOPR: - A zarobki? Przeciętnie od 1-1,5 tysiąca złotych na plaży. Dlatego nikt się nie złości, że ratownicy wyjeżdżają za granicę, przynajmniej maja godną pensję i warunki pobytu. Niektórzy nawet szkolą się pod tym kątem: zamiast zdobywać koleje papiery ratownika robią kurs np. instruktora pływania. I zarabiają za granicą kokosy.

Trzeba podnieść stawki

W zachodniopomorskiem nie ma większego problemu z obsadzeniem stanowisk ratowniczych. - Współpracujemy z niemieckim odpowiednikiem WOPR, czyli DLRG - to wodne służby ratunkowe. Coraz bardziej naciskają, by wysyłać im ludzi do pracy, ale stawki, jakie oferują, nie przyciągają już Polaków - opowiada Apoloniusz Kurylczyk, dyrektor zachodniopomorskiego WOPR. - Kiedyś takie stanowisko za 50 euro brutto dziennie byłoby rozchwytywane. Dziś nie możemy znaleźć ratownika do Golczewa za 2,5 tysiąca miesięcznie. Po pierwsze: za dużo ludzi wyjeżdża na sezon, po drugie: to za mała stawka jak na stanowisko o takiej odpowiedzialności.

Apoloniusz Kurylczyk: - Albo wzrosną stawki, albo trzeba będzie zamykać kąpieliska. Można też ratownikom podnieść pensje i opłacić potrzebne kursy, kupić sprzęt. Jeśli sytuacja się nie zmieni, przyszłe sezony w ratownictwie będą wyglądać jak dziś w budowlance, gdzie znalezienie ekipy do zbudowania domu graniczy z cudem.

Złam swój stres

Zobacz także