W Niemczech bez języka ani rusz

Michał Kokot, Wrocław
09.05.2011 , aktualizacja: 09.05.2011 12:03
A A A
Bronisław z Opola ma 60 lat

Bronisław z Opola ma 60 lat (RAFAŁ MIELNIK)

Nawet 400 tys. Polaków wyjedzie w ciągu najbliższych czterech lat do pracy w Niemczech - szacuje Ministerstwo Pracy. Kto może liczyć na pracę za Odrą? Głównie pielęgniarki, rzemieślnicy i inżynierowie. Warunek jest jeden - trzeba znać język.
Niemiecki instytut badawczy IAB należący do Federalnej Agencji Pracy szacuje, że w całym kraju jest do obsadzenia blisko milion miejsc pracy. Po kilkadziesiąt tysięcy miejsc czeka na informatyków, inżynierów, lekarzy, pielęgniarki i rzemieślników.

Kryzys na rynku pracowników jest tak duży, że dotknął nawet stosunkowo słabo rozwiniętą gospodarczo Saksonię. Bezrobocie w landzie przekracza 11 proc., a mimo to w połowie kwietnia land wystąpił do Bundesratu z inicjatywą zniesienia barier dla cudzoziemców spoza Unii Europejskiej. Saksońskie ministerstwo pracy twierdzi, że otwarcie rynku na kraje nowej Unii nie pokryje zapotrzebowania na fachowców.

Siostry już uczą się języka

Jednak najwięcej miejsc pracy czeka na Polaków na zachodzie i południu Niemiec, gdzie bezrobocie jest najniższe. Bartosz Dziadek, kierownik personalny w niemieckiej firmie Alpha Service Personal, myśli o początku maja, gdy rynek pracy zostanie otwarty dla Polaków, i już zaciera ręce. - Do tej pory mogliśmy zatrudniać jedynie Polaków z podwójnym obywatelstwem. Teraz będziemy mieli dostęp do milionów pracowników zza wschodniej granicy - mówi.

Alpha Service od ręki zatrudni dowolną liczbę pielęgniarek. Firma oferuje od 1,9 tys. do 2,5 tys. euro brutto za miesiąc. Dodatkowo kusi refundacją (raz w miesiącu) kosztu wyjazdów do Polski i z powrotem, darmowym zakwaterowaniem, dodatkiem urlopowym i dodatkiem na święta Bożego Narodzenia.

Poszukiwane są dyplomowane pielęgniarki ze średnio zaawansowaną znajomością języka niemieckiego. Żeby dostać pracę, trzeba przedłożyć certyfikat językowy Goethe B1. Popyt na pielęgniarki w środkowych Niemczech jest tak duży, że firma sama funduje kursy językowe. Kilkadziesiąt polskich pielęgniarek od trzech miesięcy uczy się niemieckiego. Po 400 godzinach kursu wszystkie wyjadą z Polski, by zajmować się starszymi Niemcami w ośrodkach opieki, klinikach i centrach rehabilitacyjnych.

Pielęgniarki są jednymi z najbardziej poszukiwanych pracowników na niemieckim rynku. Stawki, jakie oferują kliniki i szpitale, nie są dla Niemek na tyle atrakcyjne, by zacząć naukę w tym zawodzie. Wiele z nich pracuje w sąsiedniej Szwajcarii, gdzie miesięcznie można zarobić co najmniej dwa razy tyle, ile w Niemczech. Polacy nadal największe szanse na pracę mają w zawodach, których Niemcy nie chcą się podejmować - w opiece, sprzątaniu, ogrodnictwie, pracach sezonowych.

Rodzice z Polski pytają

Na zatrudnienie mogą liczyć też rzemieślnicy. - Z ich brakiem borykają się wszystkie landy w Niemczech. Poszukujemy setek rzemieślników właściwie w każdej branży, od elektryków po piekarzy - mówi Anemone Schlicht z Izby Rzemieślniczej w Hamburgu. I tutaj warunkiem zatrudnienia jest znajomość języka. Schlicht tłumaczy, że w Izbie zrzeszone są niewielkie firmy zatrudniające kilka-kilkanaście osób. - Szef takiej firmy musi mieć dobry kontakt z pracownikiem, trzeba znać choć trochę niemiecki. Językiem migowym niewiele da się wyjaśnić - mówi Schlicht.

Ile może zarobić w Niemczech rzemieślnik? Co najmniej 20 tys. euro na rękę zarobi rocznie kucharz, dekarz czy mechanik samochodowy. To stawki mało atrakcyjne dla młodych Niemców, których z każdym rokiem jest coraz mniej ze względu na duży niż demograficzny. By przyciągnąć praktykantów ze szkół zawodowych, niektóre firmy dorzucają uczniom dodatkowo po kilkaset euro miesięcznie, byle ci tylko chcieli pracować. Na początku roku w całych Niemczech ruszyła kampania reklamowa warta 10 mln euro rocznie, która ma skusić młodych Niemców do kształcenia się w zawodach rzemieślniczych. Efekt na razie jest mizerny. Mimo to izby rzemieślnicze niespecjalnie zabiegają o względy polskich absolwentów gimnazjów, by ci rozpoczęli naukę i praktykę zawodową w Niemczech. Znacznie częściej o możliwość nauki w Niemczech pytają Polacy.

- Zwłaszcza w ciągu ostatnich tygodni mieliśmy codziennie sporo telefonów od polskich rodziców z pytaniami o możliwość kształcenia ich dzieci w niemieckich szkołach zawodowych. Niestety, często okazuje się, że ci uczniowie albo w ogóle nie znają języka niemieckiego, albo znają go bardzo słabo. A bez tego taka nauka i praktyka w Niemczech jest mało realna - mówi Daniel Lissner z Konsulatu Generalnego RFN we Wrocławiu.

Izby rzemieślnicze rzadko bowiem decydują się na finansowanie kursów językowych polskim uczniom. - Być może poszczególne niemieckie izby organizują takie spotkania, ale nie słyszeliśmy, by było to organizowane na dużą skalę - mówi Remy Drobisch z Zarządu Izb Rzemieślniczych, który skupia 54 instytucje w całym kraju.

Wyjątkiem jest Cottbus, gdzie izba zapewnia kurs językowy dla Polaków, którzy zdecydują się na naukę od 1 maja. Ale i tu skala jest niewielka. Izba planuje przyjąć z Polski ledwie 24 uczniów.

Większe zainteresowanie firm budowlanych

Według szacunków wydziału promocji i handlu ambasady RP w Berlinie w Niemczech nadal poszukiwani są pracownicy z branży budowlanej. I to mimo że Polska od lat wykorzystuje nieco ponad 40 proc. przysługującego kontyngentu na "eksport" pracowników do Niemiec. - Otwarcie niemieckiego rynku będzie skutkować zwiększonym zainteresowaniem firm polskich budowlanych, które na przestrzeni ostatnich lat zdecydowanie zredukowały swoją aktywność na niemieckim rynku. Przede wszystkim powinna się zwiększyć liczba pracowników delegowanych do wykonania w Niemczech drobnych prac budowlano-remontowych - mówi Tomasz Salomon z ambasady w Berlinie. Przeciętne zarobki w tej branży? Nieco ponad 27 tys. euro rocznie.

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacuje, że w ciągu czterech lat do Niemiec wyjedzie ok. 400 tys. Polaków. Niemcy z kolei twierdzą, że dziesięć razy mniej. Niektóre agencje pracy tymczasowej, również polskie, od dawna przygotowują się na otwarcie rynku dla Polaków i już pośredniczą w poszukiwaniach pracy za granicą. Work Service w ub.r. powołał spółkę w Berlinie, która działa na niemieckim rynku i pozyskuje dla niemieckich pracodawców polskich pracowników. - Ile osób wyjedzie w rzeczywistości, będziemy mogli pewnie powiedzieć dopiero za kilka miesięcy. Bez wątpienia będzie to zupełnie inna emigracja niż w 2004 roku na Wyspy Brytyjskie, gdzie wyjechało dużo wykształconych ludzi podejmujących najprostsze prace. Do Niemiec pojadą przede wszystkim wykwalifikowani pracownicy, by szukać pracy w zawodzie - mówi Krzysztof Inglot, rzecznik Work Service.



Po Włoszech i Hiszpanii czas na Niemcy
Bronisław z Opola ma 60 lat. W Polsce zarabiał 1311 zł brutto, dlatego od wielu lat jeździ za granicę, gdzie zarabia pięć-sześć razy więcej. Pracował już m.in. we Włoszech i w Hiszpanii. Teraz chce jechać do Niemiec, bo uważa, że może tam zarobić najwięcej. Szuka pracy w różnych branżach. Może sobie na to pozwolić, bo jest wykwalifikowanym ślusarzem, operatorem wózka widłowego i ma uprawnienia elektryka, a i z budowlanki co nieco potrafi. Chciałby zarabiać 10 euro na rękę za godzinę (8 euro to dolna granica, poniżej której nie zejdzie). Na razie jednak pośrednicy proponują mu 4 czy 5 euro za godzinę - o takich ofertach nie chce słyszeć. W Niemczech zamierza spędzić najbliższe lata, by zarobić na emeryturę.



Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX