Rewolucja w niemieckim prawie pracy. Stracą polskie firmy?

Bartosz Sendrowicz
23.11.2015 , aktualizacja: 20.11.2015 18:13
A A A
Od 2017 roku pracownicy tymczasowi w Niemczech będą mieli takie same prawa jak pracownicy etatowi. To potrzebna zmiana, choć w porównaniu z resztą Europy wprowadzona z opóźnieniem. Cenę za nią zapłacą jednak polskie firmy delegujące pracowników.
Co roku do pracy w innych krajach nasze firmy wysyłają 230 tys. swoich pracowników - to tzw. delegowanie. Polska jest w nim mistrzem Europy, żaden inny kraj nie deleguje tylu pracowników. Najwięcej - ponad 100 tys. naszych rodaków - jedzie do Niemiec. Nasi zachodni sąsiedzi zawsze chętnie korzystali z zagranicznych rąk do rozwijania swojej gospodarki.

Jednak otwartość na pracowników w ostatnich latach nie byłaby możliwa, gdyby nie sprzyjające rozwiązania prawne. Legalni pracownicy zagraniczni budujący niemiecką gospodarkę objęci byli niższą ochroną socjalną niż ich niemieccy koledzy. A pracodawcy mogli ich zatrudniać taniej, bo tymczasowe umowy, które dawali do podpisania, wiązały się z preferencjami podatkowymi. Wydatnie pomógł w tym były niemiecki kanclerz Gerhard Schroeder. Gdy rządził za Odrą, w prawie pojawił się zapis dyskryminujący pracowników tymczasowych. Stanowił, że nie muszą mieć oni zagwarantowanych tych samych praw, co etatowi pracownicy niemieccy.

"Uśmieciowiony" niemiecki rynek

- Takich niesprawiedliwych przepisów nie ma nigdzie w Europie - mówi Tomasz Major, prezes Izby Pracodawców Polskich. Dla porównania w Polsce osoba, która podpisze umowę o pracę tymczasową, nie może zarobić mniej niż etatowy pracownik w tej samej firmie. Do tego ma zbliżone prawa i przywileje, np. dodatki do wynagrodzenia (choć np. zasady obliczania urlopu są inne). Dlaczego więc porównując rynki pracy Polski i Niemiec to nasz nazywany jest "dżunglą"?

- Tak naprawdę niemiecki rynek jest mocno elastyczny, w Polsce powiedzielibyśmy "uśmieciowiony". Przez lata czerpał z tego niemiecki przemysł i usługi - mówi Tomasz Major. Z danych zebranych przez Eurostat wynika, że w Polsce jest najwięcej osób zatrudnionych na czas określony - niemal 27 proc. ogółu pracujących. Dla porównania w Niemczech odsetek ten jest dwa razy niższy - wynosi około 13,5 proc. (średnia dla całej UE wynosi 13,8 proc.). Ale dane te dotyczą wyłącznie terminowości kontraktów, a nie zakresu praw i ochrony socjalnej pracowników. W jednym worku są polskie umowy o pracę na czas określony (np. na 10 lat), a także te nazywane śmieciowymi, pozbawione ochrony kodeksowej - umowy o dzieło oraz zlecenia. Jeśli idzie o zatrudnionych w niepełnym wymiarze czasu pracy, to nad Odrą jest ich niemal najwięcej w całej Unii. Tam pracuje tak więcej niż co czwarty pracownik, w Polsce mniej niż co 10.

Teraz niemiecka minister pracy Andrea Nahles chce uporządkować rynek u naszych zachodnich sąsiadów. Resort, którym Nahles kieruje od dwóch lat, przygotował ustawę, którą niebawem zajmie się parlament. Nowe prawo miałoby wejść w życie z początkiem 2017 r.

Nahles chce, by umowy cywilnoprawne - Werkvertrag (dzieło) i Dienstleistungsvertrag (zlecenie) - były zawierane tylko wtedy, gdy warunki ku temu są spełnione, czyli praca faktycznie ma charakter dzieła lub zlecenia. Nie ma w niej np. ścisłego nadzoru, jest wykonywana w wybranym przez pracownika czasie.

Jednocześnie praca tymczasowa ma być ograniczona do 18 miesięcy. Zmiany te oznaczają poprawę losu pracowników nieetatowych. Ilu ich jest? Z danych Instytutu Zatrudnienia Transgranicznego wynika, że nawet 8 mln (wszystkich pracujących w Niemczech jest około 41,5 mln). Ale nie każdy się cieszy...

Znacznie większe koszty

Zębami zgrzytają pracodawcy, których "tymczasowi" będą kosztowali znacznie więcej. A różnice są znaczne. Jak udało nam się ustalić, w fabrykach samochodowych należących do znanego koncernu, różnice w stawkach godzinowych sięgały 20 proc.

Powodów do radości nie mają też polskie firmy delegujące pracowników. Niemieckie prawo przewiduje bowiem dziewięciomiesięczne okresy przejściowe dla tamtejszych agencji pracy tymczasowej, ale nie dla zagranicznych. W praktyce oznacza to, że Polak zatrudniony przez niemiecką agencję pracy tymczasowej będzie dla pracodawcy tańszy przez ten czas niż Polak zatrudniony przez rodzimą agencję.

Trudno przewidzieć efekty nowego prawa, ale Tomasz Major szacuje, że kłopoty z utrzymaniem niemieckiego przyczółka może mieć nawet trzy czwarte polskich firm delegujących pracowników.

Zobacz także