Nie pracuję dla Angola

Ewa Wołkanowska-Kołodziej
2011-11-04, ostatnia aktualizacja 2011-11-07 10:18
Most w Bristolu
Most w Bristolu
Fot. Shutterstock

W Bristolu w Wielkiej Brytanii polskich sklepów jest około dziesięciu. I oprócz kościoła, nie ma w tym niespełna pół milionowym mieście bardziej popularnych miejsc spotkań polskich emigrantów.

Najlepiej jak nazwa jest nieco sentymentalna. Jest więc "Biały orzeł", "Smak domu", "U Kargula" czy "Rodak". Kolorystyka szyldów też najczęściej nie pozostawia wątpliwości: biel i czerwień. Poza tym ogłoszenia ponaklejane na drzwi i okna. Reklamuje się tam polski dentysta, mechanik, prawnik, psycholog, fryzjer. Plakaty zapraszające na koncert "Kultu" i zespołów folklorystycznych.

A poza tym ręcznie napisane ogłoszenia w stylu "zaopiekuję się dzieckiem", "słoneczny pokój w spokojnej dzielnicy wynajmę", rzadziej "dam pracę od zaraz". Przy wejściu obowiązkowy regał z prasą polonijną.

Żeby nie być wieprzem

Keczup diabelski za 1,29. Obok keczup anielski. - A ile za ten? - dopytuję. - A niech to, tego jeszcze nie wprowadziliśmy do systemu. Pewnie tyle samo, co diabelski - Artur, współwłaściciel sklepu pochyla się nad komputerem. Po dwudziestce. Wyjechał z Częstochowy do Anglii pięć lat temu z rodzicami i młodszym bratem. Skończył tu studia biznesowe. Teraz prowadzi sklep, a po południu rozwozi zamówione produkty po Bristolu. Bo sklep, jako jedyny w mieście, ma sklep internetowy.

- Sklep otworzyliśmy po czterech latach, bo nie chcieliśmy dłużej pracować w obozie pracy. Trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Tak, właśnie obóz pracy - rzuca ojciec chłopaka. - Anglicy traktowali nas jak bydło. "Przerwa!" - wrzaśnie taki i pokazuje palcem, gdzie masz iść, nie widząc w tobie człowieka. Choć Polacy sami sobie winni - zaprze się jeden i pokaże, że da radę, a potem następni muszą znosić nieludzkie warunki, bo przecież Polak potrafi. Potem agencja ukradła nam paszporty. Pewnie sprzedała potem na czarnym rynku... - mówi ze zdenerwowaniem. Dwóch młodych chłopaków, którzy słyszeli końcówkę rozmowy w geście zrozumienia potwierdza kiwając głowami.

Cały czas ktoś wchodzi. - Kiedy widzę nowego klienta, cicho mówię "Dzień dobry". Jeśli nie odpowie, wiem, że to Anglik. Ci najczęściej przychodzą po wędliny - mówi Artur. Choć Snickersy też dobrze schodzą. Produkowane w Polsce są podobno słodsze. Tego dnia w sklepie można spotkać samych Polaków. Najpierw Gośka kupuje kiełbasę i dwa bochenki chleba. - Jestem mięsożerna, nie jestem w stanie jeść - tak jak Anglicy - jajecznicy z frytkami - mówi. Z wykształcenia pedagog. W Bristolu pracuje w administracji i dwa razy w tygodniu jest wolontariuszką w organizacji pomagającej bezdomnym stanąć na nogi. Za nią Darek, kierowca autobusu miejskiego, żonaty. Przyszedł po mąkę ziemniaczaną i kapustę kiszoną. Więcej nie potrzebuje, bo dwa razy w roku jeździ samochodem do Wrocławia na zakupy. Zamrażalnik ma wypełniony polskimi wędlinami.

16 godzin na dobę

Otworzyć sklep w Bristolu? Banalnie proste. Tak w każdym razie mówią ich właściciele. Jeden telefon albo mail. Nie to, co w Polsce. Reszta zależy już od funduszy, które się chce zainwestować. Bez 20 tys. funtów raczej się nie obejdzie. Na lodówki, zamrażarki, kasę fiskalną, regały, remont. Koszt wynajmu niedużego pomieszczenia w Bristolu to 1000-1500 funtów miesięcznie. Towar można kupować albo w polskich hurtowaniach w Anglii, albo wozić z Polski - wtedy dochodzi jeszcze zorganizowanie transportu (kierowca z Polski za rejs w obie strony weźmie ok. 1500 złotych, o ile ma się swoją ciężarówkę). Reszta to zakup towaru. Na początek za 20-30 tysięcy funtów rocznie. Bardziej opłaca się mieć dwa sklepy, z jednym trudno wyjść na swoje. Ale drugi sklep to dodatkowy personel. Sprzedawca na początku zarabia niecałe 6 funtów brutto za godzinę (ustawowe minimum płacowe w Wielkiej Brytanii wynosi 5,93 funta), ale po roku może już mieć ponad siedem.

Towary spod lady?

W jednym z najstarszych bristolskich sklepów pustki jak za PRL-u. - Nawet octu dziś nie mamy - mówi Irena, rudowłosa właścicielka. Na Eurotunelu strajk, wszystko stoi. Mój mąż, nasz kierowca i wszystkie produkty. - A pod ladą nic nie ma? - starszy pan w szarym garniturze i z drewnianą laską płaci za bochen chleba i wpatruje się w lodówkę po wędlinach.

- Ta praca spędza sen z powiek. Od 5 rano jestem na nogach. Do domu wracam około 22. Co godzinę dzwonię do męża i pytam, czy coś z tym strajkiem ruszyło. On się złości. Przychodzą klienci, pytają. Muszę ich odsyłać. Rano obdzwoniłam wszystkich, którzy złożyli zamówienia - gorączkuje się Irena. Proszę o pokazanie listy. "Żeberka, szynka, żeberka, karkówka, ogórki gruntowe, mięso mielone, ogórki gruntowe, witamina D w kropelkach, krakowska sucha, karkówka, berlinki z szynki, kinder pingui". Na to zawsze jest popyt.

Komunikatywna, płynnie mówiąca po angielsku. Mąż przyjechał do Anglii trzy dni przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej, ona trzy dni po. Od 7 do 16.30 pracowała na taśmie w fabryce, od 17 przed dwie godziny sprzątała, w soboty była kelnerką w barze. - Zero możliwości awansu. Do dobrej firmy nikt by nas nie przyjął, bo jesteśmy obcokrajowcami. W polskiej gazecie znaleźliśmy ogłoszenie, że sprzedają polski sklep, więc odkupiliśmy - Irena idzie na zaplecze i pokazuje starą jarzeniówkę - symbol tego, ile musieli zainwestować w odnowienie sklepu. - Nie chodzimy w ciuchach od Zary, ale nie powiem, byśmy na chleb nie mieli - mówi. A Polska? Po skończeniu technikum pod Białymstokiem robiła rysunki techniczne na potrzeby cegielni i zamówienia na stal. Zarabiała 750 złotych. Mąż na budowie 1000. Na zaoczne studia informatyczne rocznie wydawała 3000. Komputer wzięli na kredyt. - Ledwo żeśmy wiązali koniec z końcem. Co z tego, że chcieliśmy się dalej kształcić? - mówi. Teraz chcieliby wrócić, ale do czego? - Miasteczko małe, dopiero niedawno "Biedronkę" otworzyli. "Lidla" nie ma.

Chłopak w kasku na głowie płaci za trzy opakowania Kopca Kreta. - Ciasto będzie wieczorem? - zagaduję. Nie rozumie. Słowak. - Ne umiem po waszym mówit. Po chwili przechodzimy na angielski. - Miałem sklep z polskimi produktami, ale w ubiegłym roku zamknąłem. Nie było ruchu, nie było innego wyjścia - tłumaczy i życząc powodzenia w biznesie, wychodzi. Rzeczywiście nowych polskich sklepów w Bristolu przybywa jak grzybów po deszczu, niektórzy nie wytrzymują konkurencji. - Właśnie dlatego zajęliśmy się też przewozem paczek i przeprowadzkami - żeby na lodzie nie zostać. Mamy własnego TIRa, który do Polski wracał pusty. Ludzie przychodzili, pytali, czy możemy ich rzeczy do Polski zawieźć - tłumaczy Irena.

Pływać na "kruzach"

- Pod względem fizycznym to nie jest trudne zajęcie. Obsługujesz ludzi i donosisz towar z zaplecza. To obiektywnie dobra praca, ale nie dla mnie, bo nie używam tu w ogóle języka! Jeśli już przyjdzie do mnie jakiś Angol, to poprosi kiełbasę. Ja zapytam go, ile chce tej kiełbasy i czy ta może być. To wszystko. Mogę z nim ewentualnie wymienić informacje o pogodzie. Wolę iść na kelnerkę czy nawet do kebaba, bo miałabym styczność z językiem. Jestem młoda, wiadomo, przede mną jeszcze jest całe życie! - mówi entuzjastycznie 19-letnia ekspedientka Monika, tuż po maturze.

Rodzice rozwiedli się pięć lat temu. Mama wyjechała do Bristolu, ojciec do Londynu. - Było ciężko, ale idzie się przyzwyczaić - mówi dziś. Potem wyjechali wujkowie, ciocie do nich dołączyły. Założyli sklep "Polish Market" , w którym pracuje jak jest taka potrzeba. To znaczy przyjeżdża z Polski na miesiąc, dwa. W październiku spakuje wszystkie swoje rzeczy do walizek i zamieszka w Anglii na stałe. Nauczy się hiszpańskiego, bo za kilka lat Monika chce pracować na statkach rejsowych pływających po morzach Ameryki Południowej. Za rok skończy studia turystyczne w Bristolu. Ale najpierw będzie tu pracować i nauczy się angielskiego. Może być sklep, byle nie polski. - Bo ja muszę znać język - powtarza.

- Wiadomo jak jest w Polsce. Tu mogę mieć wszystko, co tylko zechcę. Wszystko! Ciuchy, kosmetyki, różne nowości. W sklepie zarabia się 200-250 funtów tygodniowo. Za pokój miesięcznie trzeba zapłacić 200, kolejne 200 idzie na rachunki i zakupy. Jak się ma samochód, to jeszcze na ubezpieczenie. 200 funtów zawsze można odłożyć. W Polsce w sklepie zarobiłabym 1000 -1300 złotych, a na bluzkę musiałabym dać 30. W Anglii kupię taką samą za 2-3 funty, może 5. Tu jest łatwiej, nawet jeśli żyje się od pierwszego do pierwszego. Za 5,25 funta na godzinę mogę pracować wszędzie - tłumaczy, choc przyznaje: - W Anglii jest wielu - jak ja to mówię - wielkich paniczy za 5 złotych. Niedawno klient kazał mi zdjąć skórkę z Krakowskiej przed pokrojeniem! - emocjonuje się Monika. - Nie zdjęłam. W Polsce by o to ekspedientki nie poprosił, a myśli, że jak przyjechał do Anglii, to wielki pan.

  • 127 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    45 głosów

  • Nie pracuję dla Angola gagucha76 08.11.11, 16:50

    A czemu mu nie obrała tej kiełbasy????»

  • Pyszny artykul sselrats 08.11.11, 23:31

    “sklep, jako jedyny w mieście, ma sklep internetowy.” – tego Angole nie maja“agencja ukradła nam paszporty” – kto ukradl? Co to jest agencja?“Gośka »

  • rewelacyjne zakończenie z tą kiełbasą! :) sauerkraut 09.11.11, 10:57

    typowo polskie podejście, ekspedient nasz pan, klient-petent z takim podejście można pracować oczywiście tylko polskim sklepie :)»