Najlepiej jak nazwa jest nieco sentymentalna. Jest więc "Biały orzeł", "Smak domu", "U Kargula" czy "Rodak". Kolorystyka szyldów też najczęściej nie pozostawia wątpliwości: biel i czerwień. Poza tym ogłoszenia ponaklejane na drzwi i okna. Reklamuje się tam polski dentysta, mechanik, prawnik, psycholog, fryzjer. Plakaty zapraszające na koncert "Kultu" i zespołów folklorystycznych.
A poza tym ręcznie napisane ogłoszenia w stylu "zaopiekuję się dzieckiem", "słoneczny pokój w spokojnej dzielnicy wynajmę", rzadziej "dam pracę od zaraz". Przy wejściu obowiązkowy regał z prasą polonijną.
Żeby nie być wieprzem Keczup diabelski za 1,29. Obok keczup anielski. - A ile za ten? - dopytuję. - A niech to, tego jeszcze nie wprowadziliśmy do systemu. Pewnie tyle samo, co diabelski - Artur, współwłaściciel sklepu pochyla się nad komputerem. Po dwudziestce. Wyjechał z Częstochowy do Anglii pięć lat temu z rodzicami i młodszym bratem. Skończył tu
studia biznesowe. Teraz prowadzi sklep, a po południu rozwozi zamówione produkty po Bristolu. Bo sklep, jako jedyny w mieście, ma sklep internetowy.
- Sklep otworzyliśmy po czterech latach, bo nie chcieliśmy dłużej pracować w obozie pracy. Trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Tak, właśnie obóz pracy - rzuca ojciec chłopaka. - Anglicy traktowali nas jak bydło. "Przerwa!" - wrzaśnie taki i pokazuje palcem, gdzie masz iść, nie widząc w tobie człowieka. Choć Polacy sami sobie winni - zaprze się jeden i pokaże, że da radę, a potem następni muszą znosić nieludzkie warunki, bo przecież Polak potrafi. Potem agencja ukradła nam paszporty. Pewnie sprzedała potem na czarnym rynku... - mówi ze zdenerwowaniem. Dwóch młodych chłopaków, którzy słyszeli końcówkę rozmowy w geście zrozumienia potwierdza kiwając głowami.
Cały czas ktoś wchodzi. - Kiedy widzę nowego klienta, cicho mówię "Dzień dobry". Jeśli nie odpowie, wiem, że to Anglik. Ci najczęściej przychodzą po wędliny - mówi Artur. Choć Snickersy też dobrze schodzą. Produkowane w Polsce są podobno słodsze. Tego dnia w sklepie można spotkać samych Polaków. Najpierw Gośka kupuje kiełbasę i dwa bochenki chleba. - Jestem mięsożerna, nie jestem w stanie jeść - tak jak Anglicy - jajecznicy z frytkami - mówi. Z wykształcenia pedagog. W Bristolu pracuje w administracji i dwa razy w tygodniu jest wolontariuszką w organizacji pomagającej bezdomnym stanąć na nogi. Za nią Darek, kierowca autobusu miejskiego, żonaty. Przyszedł po mąkę ziemniaczaną i kapustę kiszoną. Więcej nie potrzebuje, bo dwa razy w roku jeździ samochodem do Wrocławia na zakupy. Zamrażalnik ma wypełniony polskimi wędlinami.
16 godzin na dobę Otworzyć sklep w Bristolu? Banalnie proste. Tak w każdym razie mówią ich właściciele. Jeden telefon albo mail. Nie to, co w Polsce. Reszta zależy już od funduszy, które się chce zainwestować. Bez 20 tys. funtów raczej się nie obejdzie. Na lodówki, zamrażarki, kasę fiskalną, regały, remont. Koszt wynajmu niedużego pomieszczenia w Bristolu to 1000-1500 funtów miesięcznie. Towar można kupować albo w polskich hurtowaniach w Anglii, albo wozić z Polski - wtedy dochodzi jeszcze zorganizowanie transportu (kierowca z Polski za rejs w obie strony weźmie ok. 1500 złotych, o ile ma się swoją ciężarówkę). Reszta to zakup towaru. Na początek za 20-30 tysięcy funtów rocznie. Bardziej opłaca się mieć dwa sklepy, z jednym trudno wyjść na swoje. Ale drugi sklep to dodatkowy personel. Sprzedawca na początku zarabia niecałe 6 funtów brutto za godzinę (ustawowe minimum płacowe w Wielkiej Brytanii wynosi 5,93 funta), ale po roku może już mieć ponad siedem.
Towary spod lady? W jednym z najstarszych bristolskich sklepów pustki jak za PRL-u. - Nawet octu dziś nie mamy - mówi Irena, rudowłosa właścicielka. Na Eurotunelu strajk, wszystko stoi. Mój mąż, nasz kierowca i wszystkie produkty. - A pod ladą nic nie ma? - starszy pan w szarym garniturze i z drewnianą laską płaci za bochen chleba i wpatruje się w lodówkę po wędlinach.
- Ta praca spędza sen z powiek. Od 5 rano jestem na nogach. Do domu wracam około 22. Co godzinę dzwonię do męża i pytam, czy coś z tym strajkiem ruszyło. On się złości. Przychodzą klienci, pytają. Muszę ich odsyłać. Rano obdzwoniłam wszystkich, którzy złożyli zamówienia - gorączkuje się Irena. Proszę o pokazanie listy. "Żeberka, szynka, żeberka, karkówka, ogórki gruntowe, mięso mielone, ogórki gruntowe, witamina D w kropelkach, krakowska sucha, karkówka, berlinki z szynki, kinder pingui". Na to zawsze jest popyt.
Komunikatywna, płynnie mówiąca po angielsku. Mąż przyjechał do Anglii trzy dni przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej, ona trzy dni po. Od 7 do 16.30 pracowała na taśmie w fabryce, od 17 przed dwie godziny sprzątała, w soboty była kelnerką w barze. - Zero możliwości awansu. Do dobrej firmy nikt by nas nie przyjął, bo jesteśmy obcokrajowcami. W polskiej gazecie znaleźliśmy ogłoszenie, że sprzedają polski sklep, więc odkupiliśmy - Irena idzie na zaplecze i pokazuje starą jarzeniówkę - symbol tego, ile musieli zainwestować w odnowienie sklepu. - Nie chodzimy w ciuchach od Zary, ale nie powiem, byśmy na chleb nie mieli - mówi. A
Polska? Po skończeniu technikum pod Białymstokiem robiła rysunki techniczne na potrzeby cegielni i zamówienia na stal. Zarabiała 750 złotych. Mąż na budowie 1000. Na zaoczne studia informatyczne rocznie wydawała 3000. Komputer wzięli na kredyt. - Ledwo żeśmy wiązali koniec z końcem. Co z tego, że chcieliśmy się dalej kształcić? - mówi. Teraz chcieliby wrócić, ale do czego? - Miasteczko małe, dopiero niedawno "Biedronkę" otworzyli. "Lidla" nie ma.
Chłopak w kasku na głowie płaci za trzy opakowania Kopca
Kreta. - Ciasto będzie wieczorem? - zagaduję. Nie rozumie. Słowak. - Ne umiem po waszym mówit. Po chwili przechodzimy na angielski. - Miałem sklep z polskimi produktami, ale w ubiegłym roku zamknąłem. Nie było ruchu, nie było innego wyjścia - tłumaczy i życząc powodzenia w biznesie, wychodzi. Rzeczywiście nowych polskich sklepów w Bristolu przybywa jak grzybów po deszczu, niektórzy nie wytrzymują konkurencji. - Właśnie dlatego zajęliśmy się też przewozem paczek i przeprowadzkami - żeby na lodzie nie zostać. Mamy własnego TIRa, który do Polski wracał pusty. Ludzie przychodzili, pytali, czy możemy ich rzeczy do Polski zawieźć - tłumaczy Irena.
Pływać na "kruzach" - Pod względem fizycznym to nie jest trudne zajęcie. Obsługujesz ludzi i donosisz towar z zaplecza. To obiektywnie dobra praca, ale nie dla mnie, bo nie używam tu w ogóle języka! Jeśli już przyjdzie do mnie jakiś Angol, to poprosi kiełbasę. Ja zapytam go, ile chce tej kiełbasy i czy ta może być. To wszystko. Mogę z nim ewentualnie wymienić informacje o pogodzie. Wolę iść na kelnerkę czy nawet do kebaba, bo miałabym styczność z językiem. Jestem młoda, wiadomo, przede mną jeszcze jest całe życie! - mówi entuzjastycznie 19-letnia
ekspedientka Monika, tuż po maturze.
Rodzice rozwiedli się pięć lat temu. Mama wyjechała do Bristolu, ojciec do Londynu. - Było ciężko, ale idzie się przyzwyczaić - mówi dziś. Potem wyjechali wujkowie, ciocie do nich dołączyły. Założyli sklep "Polish Market" , w którym pracuje jak jest taka potrzeba. To znaczy przyjeżdża z Polski na miesiąc, dwa. W październiku spakuje wszystkie swoje rzeczy do walizek i zamieszka w Anglii na stałe. Nauczy się hiszpańskiego, bo za kilka lat Monika chce pracować na statkach rejsowych pływających po morzach Ameryki Południowej. Za rok skończy studia turystyczne w Bristolu. Ale najpierw będzie tu pracować i nauczy się angielskiego. Może być sklep, byle nie polski. - Bo ja muszę znać język - powtarza.
- Wiadomo jak jest w Polsce. Tu mogę mieć wszystko, co tylko zechcę. Wszystko! Ciuchy, kosmetyki, różne nowości. W sklepie zarabia się 200-250 funtów tygodniowo. Za pokój miesięcznie trzeba zapłacić 200, kolejne 200 idzie na rachunki i zakupy. Jak się ma samochód, to jeszcze na ubezpieczenie. 200 funtów zawsze można odłożyć. W Polsce w sklepie zarobiłabym 1000 -1300 złotych, a na bluzkę musiałabym dać 30. W Anglii kupię taką samą za 2-3 funty, może 5. Tu jest łatwiej, nawet jeśli żyje się od pierwszego do pierwszego. Za 5,25 funta na godzinę mogę pracować wszędzie - tłumaczy, choc przyznaje: - W Anglii jest wielu - jak ja to mówię - wielkich paniczy za 5 złotych. Niedawno klient kazał mi zdjąć skórkę z Krakowskiej przed pokrojeniem! - emocjonuje się Monika. - Nie zdjęłam. W Polsce by o to
ekspedientki nie poprosił, a myśli, że jak przyjechał do Anglii, to wielki pan.