Jak Lidl inwigilował swoich pracowników

kap, Der Stern, Der Spiegel, Die Welt
2008-04-01, ostatnia aktualizacja 2008-04-01 00:00

Ukryte kamery i setki stron z zapiskami na temat zachowania - jak podaje niemiecki magazyn ?Stern?, kierownictwo sieci supermarketów Lidl w 2007 roku śledziło każdy ruch swoich pracowników. Notowano prywatne rozmowy, skrupulatnie opisywano sytuację życiową i styl pracy.

Sklep sieci Lidl
Fot. Dariusz Gorajski / AG
Sklep sieci Lidl
W ręce reporterów tygodnika "Stern" dostały się setki stron protokołu z przerażająco szczegółowymi informacjami o osobach zatrudnionych w Lidlu. Dokładnie notowano datę i godzinę, kiedy zatrudnieni wychodzili do toalety, spekulowano na temat ewentualnych romansów wśród personelu, zwracano uwagę na szczegóły wyglądu, zachowanie i stosunek do pracy. Większość sprawozdań pochodzi z supermarketów w Dolnej Saksonii, pojedyncze z Nadrenii-Palatynatu, Berlina i Szlezwika-Holsztynu.

Treść sprawozdań z codziennej pracy osób zatrudnionych w Lidlu może wydawać się śmiesznie banalna, przypomina jednak zamierzchłe czasy Stasi: "Środa, godzina 14.05: Pani M. udaje się na przerwę. Chce wykonać rozmowę telefoniczną przez telefon komórkowy. Otrzymuje SMS-a: na jej koncie zostało tylko 85 centów. W końcu pani M. udaje się dodzwonić do koleżanki, z którą chciałaby się dziś umówić na wspólne gotowanie. Jest to możliwe tylko pod warunkiem, że wypłata pani M. wpłynie dzisiaj na jej konto, bo w przeciwnym razie nie będzie mieć pieniędzy na zakupy". Przy nazwisku innej kobiety zapisano: "Środa, 16.45: Chociaż pani N. nie zdołała wykonać na czas swoich zadań, udaje się punktualnie na przerwę. Siedzi w pokoju dla personelu z panią L., z którą rozmawia o zarobkach, dodatkach do pensji i nadgodzinach. Pani N. ma nadzieję, że wypłata dziś wpłynie na jej konto, bo dziś wieczorem koniecznie potrzebuje pieniędzy (powód = ?)".

Na szczególny przypadek "Stern" natrafił w protokole z Czech. W jednej z tamtejszych filii zakazano wychodzenia do toalety wszystkim pracownikom, z wyłączeniem kobiet podczas menstruacji. Aby cieszyć się tym przywilejem miały one jednak nosić na głowie opaski wskazujące na ich niedyspozycję.

Detektywi w akcji

Jak pisze "Stern", kontrola pracowników odbywała się zawsze w podobny sposób. W poniedziałek rano wynajęci przez kierownictwo koncernu detektywi montowali w supermarkecie 5 do 10 miniaturowych kamer, które teoretycznie miały służyć wykryciu kradzieży, a praktycznie wykorzystywane były do inwigilacji pracowników. Rheinische Post uzupełnia, że monitorowanie pracowników miało miejsce również w pokojach, do których udawali się na przerwę, a każdego dnia jeden z detektywów przechadzał się z dyktafonem po sklepie i nagrywał podejrzane rozmowy. Miał za zadanie zebrać jak najwięcej informacji na temat pracowników oraz szefostwa filii supermarketu. Po skończonym tygodniu zbierano wszystkie informacje, protokołowano je i wysyłano do regionalnego kierownictwa koncernu.

Ver.di - liczący około 2,8 mln członków Zjednoczony Związek Zawodowy Pracowników Usług, będący największym wolnym związkiem zawodowym na świecie - od razu po doniesieniach magazynu "Stern" zainteresował się sprawą Lidla. Już od wielu miesięcy związek prowadził blog, w którym przeczytać można było między innymi o szpiegach, którym kierownictwo koncernu zlecało inwigilację pracowników. Zadawali oni nowo zatrudnionym pytania o ich życie prywatne oraz wypytywali o stosunki towarzyskie czy nastawienie do pracy wśród personelu, po czym dostarczali zebrane informacje kierownictwu filii.

Pracownicy Lidla piszą na blogu, że oprócz tajnego szpiegowania regularnie przechodzili jawne kontrole. Gudrun Giese informuje o skrupulatnym nadzorze kierownictwa filii oraz o wizytacjach, podczas których dokładnie sprawdzana jest oferta sklepu. Na porządku dziennym są również wizyty w sklepie menedżerów Lidla, którzy, podszywając się pod zwyczajnych klientów, przychodzą niby na zakupy, a w rzeczywistości sprawdzają pracę kasjerów. "Jeżeli ktoś z nas przeoczy jakiś towar, przeciągnie w ciągu minuty mniej niż 50 artykułów przez skaner lub w stresie zapomni powiedzieć klientowi "dzień dobry", traci na tydzień tzw. prawo jazdy" - opowiada Giese. "Przyłapany pracownik jest przez ten czas przydzielany do najbardziej uciążliwych zajęć w sklepie".

Jedna z kobiet opisuje sytuację, w której tajni kontrolerzy umyślnie upuszczają banknoty, żeby sprawdzić uczciwość pracowników. Kierownictwo umiejętnie udaremniało również zakładanie przez personel rad pracowniczych. Skrupulatnie monitorując każdy ruch pracowników, szybko wykrywano tych, którzy mieliby chęć zapisać się do związku zawodowego i sprawnie tłumiono ich zamiary jeszcze w zarodku. Jak twierdzi Ver.di, wśród pracowników koncernu na szczęście można znaleźć też osoby, które o pracodawcy wypowiadają się bardzo pochlebnie. Nie wszyscy narzekają - około 1/5 zatrudnionych w koncernie pisze, że ich filie funkcjonują bez zarzutu, że Lidl może poszczycić się nadzwyczaj wysoko rozwiniętą kulturą korporacyjną, i że są bardzo zadowoleni z warunków pracy w tej sieci supermarketów.

Eksport wyzysku

Koncern Lidl został założony w 1973 roku przez Dietera Schwarza. Początki były ciężkie, bo trzeba było wywalczyć sobie miejsce na rynku, na którym już od wielu lat rządził silny konkurent Aldi. Lidl już dziś jest europejską potęgą, a cały czas rozwija się w zastraszającym tempie. Sieć może poszczycić się ponad 6 600 filiami w całej Europie. Dla Schwarza pracuje 150 tys. osób, a roczne obroty przekraczają 28,5 mld euro. 70 proc. przychodów firmy pochodzi z jej oddziałów poza granicami Niemiec i podczas gdy Aldi do tej pory tak naprawdę nie ma odwagi na poważniejsze inwestycje na wschód od Odry, Lidl wyrobił sobie już pewną pozycję na polskim i czeskim rynku.

Ekspansję Lidla za granicę można by więc widzieć w samych superlatywach, gdyby nie to, że w ramach "kultury korporacyjnej" koncern "eksportuje" również wyzysk swoich pracowników. Jak przeczytać można w "Europejskiej czarnej księdze Lidla" prowadzonej przez związek Ver.di, w ubiegłym roku w jednej z francuskich filii praca 60 osób nagrywana była przez 65 ukrytych kamer.

Pruski dryl

Tygodnik "Die Welt" na podstawie historii Magdaleny Pawłowskiej* opisuje też sytuację pracowników Lidla w Polsce. Pawłowska jest z wykształcenia sprzedawcą nieruchomości. Dla koncernu zaczęła pracować w 2000 roku i miała uczestniczyć w badaniach rynku jeszcze zanim Lidl otworzył w Polsce pierwszy supermarket. Dostała służbowy samochód, a jej pierwsza pensja wynosiła 5 tys. zł, co - zdaniem reporterów "Die Welt" - jak na poziom płac w naszym kraju było bardzo dobrym wynagrodzeniem dla początkującego pracownika. W 2002 roku Lidl rozpoczął swoją ekspansję - do dziś w Polsce otworzono 150 sklepów, które przynoszą koncernowi 1,6 mld euro obrotów. Płaca pani Magdy rosła tak szybko, jak szybko rozwijała się firma - po kilku miesiącach zarabiała już 8 tys. zł. "Pierwsze półtora roku było doskonałe!" - mówi. Później atmosfera w przedsiębiorstwie zaczęła się powoli zmieniać. Pracownikom zakazano kontaktów towarzyskich, chociaż na początku wszyscy byli ze sobą na "ty". Pięć osób musiało dzielić się w biurze jednym komputerem, a w zamian kazano im codziennie odręcznie pisać sprawozdania z funkcjonowania filii. Po pewnym czasie 12-godzinny dzień pracy stał się normą, nikt nie miał jednak odwagi się przeciwstawić. "To są zasady Lidla. Firma dobrze płaci, więc trzeba trzymać się jej reguł" - mówili pracownicy. Kierowników Lidla na Polskę należało traktować jak bóstwo, wszystko musiało funkcjonować jak w pruskiej armii - bezwzględne posłuszeństwo plus wysokie kary za niedopełnienie obowiązków czy zbyt niską efektywność pracy. Magdalena Pawłowska została zwolniona, gdy skończyła 30 lat i wyszła za mąż. Powiedziano jej, że firma nie jest zadowolona z jej pracy. "To nie była prawdziwa przyczyna. Chodziło o to, że byłam za droga, a na dodatek istniało wysokie ryzyko, że zajdę w ciążę" - mówi "Die Welt" Pawłowska. Pani Magdalena jednak do dziś nie złożyła broni i wytoczyła Lidlowi proces o niezapłacone nadgodziny. Rzecznik prasowy koncernu na Polskę zapytany o tę sprawę odpowiada: "Lidl podejmuje wszelkie starania, aby atmosfera w przedsiębiorstwie była jak najlepsza. Nasi pracownicy są dobrze opłacani, trzymamy się czasu pracy, często otwarcie rozmawiamy o problemach".

Tematem protokołów, które w zeszłym tygodniu dotarły na biurka reporterów magazynu "Stern" nie jest wykonywana praca, ale prywatne zachowanie pracowników. Hamburski ekspert od prawa pracy Klaus Müller-Knapp twierdzi, że jest to "oczywiste złamanie 2. artykułu konstytucji", w ramach którego "każdy ma prawo do swobodnego kształtowania swojej osobowości". Również Peter Schaar - rzecznik ochrony danych osobowych w Niemczech - przyznał w wywiadzie dla "Sterna", że protokołowanie godziny wyjścia pracownika do toalety i inne podobne praktyki pracodawcy są poważnym wykroczeniem przeciwko federalnej ustawie o ochronie danych osobowych. Achim Neumann ze związku zawodowego Ver.di przyznaje natomiast, że zachowanie kierownictwa Lidla nie jest dla niego wielką niespodzianką, ale jeszcze nigdy nie słyszał o regularnej inwigilacji pracowników na tak ogromną skalę. "To zupełnie nowy wymiar" - mówi Neumann.

Koncern nie zaprzecza

Koncern Lidl nie zaprzecza istnieniu protokołu. Petra Trabert, rzeczniczka prasowa firmy, zwraca jednak uwagę, że monitorowanie pracowników służyło tylko rutynowej kontroli i stwierdzeniu ewentualnych wykroczeń. Natomiast zatrudnienie biur detektywistycznych miało na celu wykrycie kradzieży w supermarketach, w których zauważono poważniejsze różnice między towarem zinwentaryzowanym a sprzedanym. Jürgen Kisseberth z zarządu przedsiębiorstwa przyznaje, że czuje się bardzo dotknięty zarzutami, z jakimi spotkał się koncern. Twierdzi, że szpiegowanie pracowników ma się nijak do linii przedsiębiorstwa, które zawsze działało zgodnie z ideą równego i sprawiedliwego traktowania wszystkich zatrudnionych osób.

Afera wokół Lidla zjednoczyła wszystkie frakcje w niemieckim parlamencie. Jak pisze "Stern", posłowie wzywają do pociągnięcia szefostwa koncernu do odpowiedzialności politycznej i prawnej. Rzecznik SPD Rainer Wend przyznaje, że sprawa Lidla nie jest dla niego zaskoczeniem i że po kierownictwie koncernu można się było spodziewać zachowań tego typu. Wend zgadza się z ekspertem handlowym firmy doradczej Mercer Sirko Siemssenem, który w wywiadzie dla "Die Welt" stwierdza, że "handel musi z roku na rok walczyć z coraz niższymi obrotami i obniżać marże. Personel jest więc pierwszym działem, na którym można by dokonać oszczędności". Politycy zdecydowali się mówić w tej sprawie jednym głosem i wspólnie zachęcają pracowników Lidla do zakładania związków zawodowych i rad zakładowych. Również Herbert Schui - rzecznik prasowy frakcji lewicowej w Bundestagu - porównuje pracę w sieci supermarketów do odrabiania pańszczyzny: "Lidl traktował swoich pracowników jak gadające narzędzia, których trzeba na każdym kroku pilnować - tak jak nadzoruje się taśmę produkcyjną w fabryce".

Lidl nie potrafi robić interesów

Koncern ma swoją główną siedzibę w Badenii-Wirtembergii. Tamtejsze Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zdecydowało się dokładnie zbadać sprawę Lidla, natomiast Ver.di nawołuje pracowników, aby wspólnie zwracali się do związku, podawali pracodawcę do sądu i żądali odszkodowania. Przewodnicząca Ver.di Margaret Mönig-Raane w rozmowie z reporterami portalu "Stern.de" przyznaje, że nie wierzy, aby przypadek Lidla był wyjątkiem, i żeby wszystko kończyło się na protokołach zdobytych przez magazyn "Stern". Według Mönig-Raane kierownictwo Lidla przyjmując właśnie taki styl nadzoru pracowników samo przyznaje się, że nie jest zdolne zarządzać dużym przedsiębiorstwem: "Lidl nie potrafi robić interesów bez użycia metod niezgodnych z prawem".

W dyskusję włączyło się również Niezależne Centrum Ochrony Danych Osobowych (Unabhängige Landeszentrum für Datenschutz - ULD) w Szlezwiku-Holsztynie, które przyznaje, że stosowane przez Lidla procedury były niedopuszczalne w świetle niemieckiego prawa. ULD rozpatruje też kwestię, czy ofiarami nie zostali również klienci supermarketów. W filiach, w których działały firmy detektywistyczne, kamery skierowane były na sklepowe kasy, co oznacza, że obserwować można było nie tylko kasjerów, ale również klientów wystukujących swój numer PIN. Za złamanie ustawy o danych osobowych i rozprzestrzenianie informacji bez zgody poszkodowanego grożą kary pieniężne w wysokości 250 tys. euro.

Kierownictwo Lidla po opublikowaniu przez "Stern" sensacyjnych wiadomości o inwigilacji natychmiast zawiesiło działalność biur detektywistycznych. Jürgen Kisseberth stwierdził, że jeżeli w przyszłości dojdzie do kradzieży wśród personelu, kierownictwo filii będzie rozwiązywało ten problem "w otwartej rozmowie z pracownikami". Lidl przeprasza za swoje szpiegowskie praktyki. Do wszystkich niemieckich pracowników kierownictwo koncernu wysłało już list, w którym czytamy: "Przepraszamy każdego, kto czuje się zdyskredytowany i osobiście dotknięty". W supermarketach wywieszono też plakaty, na których Lidl przeprasza swoich klientów za skandal i obiecuje, że "coś takiego nigdy się już nie powtórzy". Natomiast Kisseberth zapytany o to, dlaczego pracownicy Lidla nie zrzeszali się w żadnych związkach zawodowych stwierdza z niewinnym uśmiechem na twarzy, że w końcu jest to ich wybór, a koncern zbudował swoją potęgę na czterech głównych zasadach: "Wszyscy traktujemy się fair. Mamy do siebie szacunek i wspieramy się nawzajem. Ufamy sobie. Atmosferę naszej firmy tworzy szacunek dla pracy drugiego człowieka."

* Imię i nazwisko zostały zmienione

  • 30 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

  • Jak Lidl inwigilował swoich pracowników tom1003 07.04.08, 12:35

    michnikowy szmatlawiec rżnie głupaprzecież to codzienne praktyki w polskich supermarketach.Czyżby redaktorom GW i innym ubekom nie był znany los dużej części Polaków?»

  • Jak Lidl inwigilował swoich pracowników konrad.w6 07.04.08, 16:25

    Na szczęście ten cały Lidl w Norwegii splajtował, wykupuje go REMA1000. Zaraz po otwarciu ceny były przystępne, a teraz są wyższe niż w norweskich marketach.»