Wizerunek polskich imigrantów w brytyjskich mediach

Cooltura
2010-10-28, ostatnia aktualizacja 2010-11-10 14:50

Przedstawiamy kolejną część 18 miesięcznego projektu zrealizowanego przez Polską Szkołę imienia Adama Mickiewicza w Enfiled, sponsorowaną przez Heritage Lottery Fund. Jest to zbiór artykułów na temat polskich emigrantów z najbardziej popularnych tygodników i dzienników brytyjskich jak również publikacji internetowych oraz programów telewizyjnych.


Pierwszy odnaleziony artykuł pochodzi z gazety, która ukazała sie 19 kwietnia 1940 roku. Mówi on o hrabim Balińskim, jednym z 300 uchodźców z Polski, który bierze udział w spotkaniu zorganizowanym przez Kościół Winchmore Hill. Głównym zagadnieniem zebrania było "zdemoralizowanie Niemiec" i fakt jak byliśmy uciskani i ograniczani przez ten naród.

Baliński wyraził podziękowania dla Wielkiej Brytanii za to, że dała jemu, jego żonie i dzieciom schronienie, mówiąc: "Straciłem wszystko, co, miałem, ale nadal jestem w stanie oddychać wolnością i swobodą. Nigdy nie zapomnę ducha prawdziwej ludzkości Brytyjczyków."

8 listopada, tego samego roku ukazuje się artykuł o tytule "Polish expression of thanks", który opisuje, z jaką wdzięcznością lokalny szpital spotkał sie ze strony polskiego pacjenta. "Nie mogę przegapić okazji, by wyrazić mój największy podziw i moją wdzięczność dla sióstr i pielęgniarek za ich uprzejmość i odwagę. Widziałem, z jakim współczuciem i troską traktowały pacjentów, jak starały się odgadywać ich potrzeby i uwzględniać ich prośby." Autor listu kontynuuje pochwały dla pielęgniarek i lekarzy. Nie może nadziwić się temu, że kiedy Londyńczycy idą już spać, te biedne kobiety "niechronione w żaden sposób, kontynuują wspaniałą pracę z niezachwianym spokojem i niezrównaną odwagą."

Na koniec pada zdanie: "Wielka Brytania powinna być dumna, że ma takich obywateli." W późniejszych wydaniach gazety The Palmer Green and Southgate Gazzete nie odnaleziono jednak żadnej odpowiedzi na ten list. Z pewną ironią skierowaną wobec Polaków w artykule Enfield Weekly Herald z dnia 25 lipca 1947 czytamy, ze Pan F. West - reprezentant lokalnych piekarzy - przemówił na spotkaniu Wood Green i Southgate Employment Committee. Wyrażając swoją negatywną opinię na temat zatrudnienia Polaków, spotkał się z opozycją prezesa Roberta Granta, który utrzymywał, że taka taktyka nie będzie akceptowana, gdyż decyzja o ich najmowaniu do pracy była podjęta przez Ministerstwo.

Pan West mimo wszystko kontynuował swoją mowę: ,"Jeśli kiedykolwiek miałeś kontakt z nimi tak jak ja, nie chciałbyś ich zatrudniać w jakimkolwiek biznesie. Ich przyzwyczajenia są ohydne a do tej pory spotkałem wielu Polaków, ale nie więcej niż dwóch można nazwać człowiekiem." Jednak to jeszcze nie koniec, gdyż Pan West przytacza momenty ze swojego życia, w których to spotkał Polaków, mówiąc: "Kiedyś będąc w Blackpool mogłem z łatwością powiedzieć gdzie są Polacy, ponieważ - bez wyolbrzymiania - mogłem czuć ich zapach na mile. Pan West twierdzi, ze jak najbardziej jest za tym, żeby wspierać uchodźców, ale "Polacy są dla nas większym zagrożeniem na czarnym rynku niż nawet nasze własne nieroby." Jak podaje gazeta Pan West spotkał się również z aprobatą Pani Bolster, która

dodała: "Dobrzy" Polacy byliby we własnym kraju."

Życie dla innych - lata dziewięćdziesiąte

Podczas poszukiwań lokalnej prasy odnaleziono krótka wzmiankę z lat dziewięćdziesiątych dotyczącą tylko jednej osoby - Henryka Baranowskiego, który przez cale życie dotrzymywał złożonej Bogu przysięgi, pomagając nieszczęśliwym dzieciom.

Oto pierwszy artykuł ukazuje się 22 listopada 1990 roku w Enfield Gazette i mówi o pracownikach socjalnych, którzy spotykają się z Papieżem. "Pracownicy Winchmore Hill zostali rozpoznani przez papieża za ich oddanie wobec poszkodowanych i niepełnosprawnych dzieci." Henryk Baranowski i jego żona Gladys zostali zaproszeni przez Jana Pawła II na prywatną audiencję do Watykanu. Celem Baranowskiego było wyremontowanie 200 letniego pałacu w Luberadzu, koło Warszawy i utworzenia tam szkoły muzycznej dla niewidomych dzieci. Sam zdołał kupić pałac, co ustanowiło go pierwszym właścicielem tej posiadłości od czasu, kiedy komuniści przejęli ją po drugiej wojnie światowej.

Z artykułu wydanego 18 listopada 1993 roku w tej samej gazecie dowiadujemy się, że Baranowski osiągnął swój cel i wraz z księciem Kent pojechali do Polski na otwarcie szkoły. Projekt został zrealizowany dzięki ogromnej pomocy Brytyjczyków. "Polish war ace dies on the brink of his lifetime dream." - tak brzmi tytuł kolejnego artykułu wydanego dnia 10 lutego 1994 roku. Tydzień wcześniej Henryk Baranowski umiera na zawał serca mając 78 lat, a razem z nim niepohamowany charakter, bohater i oddany dzieciom człowiek.

Mała Polska na Wyspach - okres od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej

Oto pierwsze spostrzeżenia po naszym "najeździe", jakie ukazały się w brytyjskiej prasie: "Imigranci ze wschodu łatwo się dostosowują do otoczenia, szybko uczą się języka angielskiego i przechodzą niezauważeni. Nie wydaje się, żeby chcieli nas zabić i pracują jak Trojanie za jakąkolwiek stawkę." - zauważa The Times.

Tony Parsons z The Mirror kontynuuje pochwały w artykule wydanym 24 lipca 2006 roku pisząc: "Polacy są najbardziej lubiani w Europie - przyjacielscy, ciężko pracujący i kochający wolność. Profesor John Salt z Uniwersytetu Londyńskiego mówi: "to największa pojedyncza fala imigracyjna, jakiej kiedykolwiek doświadczyły Wyspy Brytyjskie."

Po ekscytacji zaczął się jednak okres pytań. Pytań typu: "Jak wielu zagranicznych pracowników potrzebujemy? W jakim stopniu ta masowa imigracja, nawet, jeśli jest dobra dla

naszej ekonomii, obciąży naszą pomoc socjalną? W sierpniowym wydaniu The Mirror odnajdujemy słowa ministra Home Office Tony'ego McNulty: - Nie znajdziesz Brytyjczyka, który ustawia się w kolejce po prace typu łamanie kości albo czyszczenie ryb. Wydaje się zachwycony faktem, że dzięki nam są w stanie wypełnić "dziury w zatrudnieniu, które nie będą zapełnione przez brytyjską populację."

"Prawda po polsku; ekskluzywne 6 funtów na godzinę 14 godzin dziennie siedem dni w tygodniu - tak wygląda życie pracowników ze wschodniej Europy, którzy przyjechali do naszych miast" - oto nagłówek artykułu The Mirror z 26 sierpnia 2006 roku. A jak nas spostrzegano? "Po pierwsze noszą plecaki na ramionach, większość z nich pali skręcane papierosy. Inni, trzymając ręce głęboko w kieszeniach obserwują wszystkie "vany" przejeżdżające dookoła." - pisze gazeta.

Autor reportażu w magazynie Newsweek, z 6 sierpnia 2006 roku, rozpoczyna tymi słowami: "Zmiana kursu w brytyjskiej prasie. Do tej pory polski imigrant był uczciwy i pracowity. Dziś: pijak, zadymiarz i pirat drogowy" - takie słowa padają w angielskiej prasie, a tym samym burzą one mit sielankowego obrazu pracowitego Polaka. Oto pewna historia opisana na łamach The Telegraph przez Sebastiana Cresswell - Turnera brytyjskiego dziennikarza.

" Rozstałem się z dziewczyną, musiałem się wyprowadzić z mieszkania, a w dodatku straciłem robotę. Sprzątając ulice w południowym Londynie, żeby zdobyć kilka funtów na chleb, zastanawiałem się, czy coś gorszego może mnie jeszcze spotkać. Mogło -przekonałem się o tym, gdy zamieszkałem w domu wynajmowanym przez imigrantów z Polski. W holu zawsze stało co najmniej 20 par brudnych adidasów, a z kuchni ciągle dochodził zapach gotowanej kapusty" - tak opisuje Cresswell swoją trwającą pół roku gehennę, gdy dzielił dach nad głową z kilkunastoma przybyszami znad Wisły. "Cały czas siedzą w domu, nie mają angielskich przyjaciół, nie chodzą do kina ani restauracji. Mają fioła na punkcie oszczędzania" - wylicza jednym tchem. Współlokatorzy dziennikarza tylko w jednym przypominali Brytyjczyków - nie żałowali na alkohol. Ale zamiast pić piwo w pubie, organizowali całonocne, wódczane libacje. "Nie płacą rachunków, popadają w długi. A gdy trzeba je spłacić, znikają bez śladu. I szukają wiatru w polu." - kończy Cresswell pesymistyczny opis.

Ten felieton był pierwszą bruzdą na idyllicznym obrazie polskich imigrantów, których brytyjskie media chwaliły wcześniej za pracowitość i uczciwość. Jednak realny potok zarzutów pod adresem Polaków i innych krajów Europy Wschodniej ruszył za sprawą dwóch raportów sporządzonych przez rząd i Partię Konserwatywną. Wynika z nich, że nowi imigranci, przede wszystkim Polacy, marnotrawią zamożność rdzennych Brytyjczyków i paraliżują ich wygodne dotąd życie: wszczynają bójki w parkach, powodują wypadki drogowe, a nawet przyczyniają się do wzrostu liczby rozwodów. Przez nich przepełnione są i szkoły, i szpitale.

"Fala migracji wymknęła sie spod kontroli" - ostrzegała chodliwa bulwarówka The Sun. Inna gazeta, Daily Mail, publikując w tekście "Katastrofa imigracyjna" dyskretny raport, który wyciekł z ministerstwa spraw wewnętrznych, pisała, ze Europejczycy ze Wschodu zapełniają schroniska dla bezdomnych. Samorządy zaczynają domagać się milionów funtów na opłacenie armii dodatkowych nauczycieli angielskiego, a w kolejnych miastach rośnie niechęć do tanich robotników z Europy Wschodniej, którzy odbierają miejsca pracy miejscowym.

Źródło: Cooltura
  • 48 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy