"Rzeczpospolita": Zielona Wyspa pracy i dobrej płacy

Barbara Sierszuła
21.09.2007 , aktualizacja: 21.09.2007 13:28
A A A
Marianna i Krzysztof szukają ogłoszeń o pracy w Irlandii

Marianna i Krzysztof szukają ogłoszeń o pracy w Irlandii (Fot. Anna Bedyńska / AG)

Według szacunków do Irlandii wyemigrowało za pracą około 300 tysięcy Polaków, stanowią już prawie 10 procent wyspiarskiego społeczeństwa - pisze "Rzeczpospolita".
Za dużo Polaków

Anna Paś, absolwentka filozofii na Uniwersytecie w Poznaniu. W Dublinie współwłaścicielka i redaktor naczelny "Polskiego Expressu"

- Za dużo Polaków - stwierdził siedzący obok mnie w samolocie z Dublina do Pragi Słowak. Był wyraźnie zdegustowany. Wracał do rodziny w słowackiej Nitrze. Przed czterema laty, gdy się zatrudnił w irlandzkiej firmie budowlanej, było świetnie, bo praca leżała na ulicy. Kiedy po wejściu do Unii zaczęli przyjeżdżać Polacy, znalezienie zatrudnienia stało się dużo trudniejsze. - Teraz to już jest beznadziejnie - podsumowuje, dodając, że kończy z tułaczym życiem.

Według szacunków na Wyspie przebywa już ok. 300 tys. Polaków, stanowią prawie 10 proc. wyspiarskiego społeczeństwa. I wiele wskazuje, że procentów będzie przybywać.

Zarobki jak w Polsce, tyle że w euro

Sierpień. Galway nad Atlantykiem. Grzegorz z Krakowa z radością przysiada się do stolika, słysząc czeski i polski. Psioczy na pogodę (wyjątkowo paskudne irlandzkie lato), opowiada o dwuletnim pobycie w Hiszpanii, znalazł tam pracę i słońce. Tylko marnie płacili, więc przyleciał do Irlandii. W Galway pracuje w fabryce urządzeń precyzyjnych. Zarobki dobre (ok. 2 tys. euro), tylko do pogody trudno się przyzwyczaić.

- Popracuję rok i wracam. - Do Polski? - Nie, do Hiszpanii. Wcześniej w Krakowie był przewodnikiem wycieczek. Zna języki - to jego duży atut.

20-letnia Paulina popija kawę z koleżankami w swoim miniogródku przy ulicy Mountjoy w północnej części Dublina. Jej zdaniem tu jest świetnie. Przed dwoma laty Paulina wyjechała z miasteczka pod Łodzią, gdzie w sklepie zarabiała 700 złotych. Dzisiaj stać ją na wynajęcie mieszkania za ponad 750euro, wygodne życie i urlop w Hiszpanii. Zwiedzanie świata to jej program na najbliższe lata.

Najpierw pracowała w kuchni, a teraz przy kasie w więziennej kantynie. Zapewnia, że zostaje w Irlandii na stałe. Szkolna przyjaciółka Mariola, którą Paulina ściągnęła do pracy i do mieszkania (dzielą się czynszem), ma inne plany. We wrześniu wraca do Polski. Nie pokochała Irlandii, choć dobrze tu zarabia. Mariola przyjechała razem ze swoim chłopakiem, który też ma dobrą pracę. Po powrocie chcą kupić w Polsce dom i zacząć własny biznes.

Ania, lat 26, absolwentka filozofii na Uniwersytecie w Poznaniu. W Dublinie współwłaścicielka i redaktor naczelny "Polskiego Expressu". Bezpłatny (z założenia) kolorowy (opiniotwórczy) magazyn na kredzie ze świetnymi zdjęciami leży do wzięcia właściwie w każdym polskim sklepie przy Talbot - jednym z najruchliwszych deptaków. Obok "Expressu" (dwutygodnik) wydaje gazetę "Życie w Irlandii" (tygodnik) o nakładzie 8 tys. w cenie euro.

Po wąskich schodach wdrapuję się do małej redakcji na drugim piętrze domu przy Hawkins Street w centrum miasta. Ania przy komputerze, zamyka numer. Wyjazd z Polski był jej świadomą decyzją. Wiedziała, że bez biegłego angielskiego nie mogłaby tu wiele zwojować.

"Polski Express", jak wszystkie polskie gazety w Irlandii, utrzymuje się z ogłoszeń. Ania i jej wspólnicy najpierw zarobili, a potem zainwestowali w gazetę. Irlandzki bank podał pomocną dłoń. Biznesplan trójki Polaków się spodobał, a ich historia kredytowa wzbudzała ufność. Dzięki temu już w styczniu 2006 r. pierwszy numer "Polskiego Expressu" zaczął torować sobie drogę do czytelników. - Prowadzenie biznesu jest tu łatwe, bo reguły są przejrzyste. Nie przeczuwałam, że stanę się bizneswomen - mówi Ania.

- Wara od mojej decyzji - ostrzega na łamach "Polskiej Gazety" Kasia Hordyniec. Mając dość nieustannej walki o płacenie rachunków w terminie, o buty na zimę, o podręczniki w cenie diamentów, o nową lodówkę, co kosztuje tyle, ile miesięczna pensja - Kasia postanowiła nie przeszkadzać Polsce w jakże ważnych sprawach - aferach, przekrętach - i chciała pomóc w obniżaniu wskaźnika krajowego bezrobocia. Odeszła, jak się odchodzi od niewiernego kochanka.

- Ale tylko ja wiem, jak bardzo to wyrwanie korzeni bolało i jaką cenę za to zapłaciłam - mówi Hordyniec.

Trudna integracja

Na ulicach Dublina, Corku czy Galway słychać co chwilę polskie słowa, lepiej jednak udawać, że się nic nie rozumie. Bo k... i p... zamulają tu polszczyznę tak, że robi się wstyd. Zapracowani w dzień rodacy nocą przy ostro zakrapianych barbecue odzyskują ułańską fantazję, budząc irlandzkich sąsiadów.

Rano wprawiają ich w jeszcze większe zdumienie brakiem zrozumienia zasady, że wsiadanie do autobusu nie jest szturmem na pojazd, ale spokojnym przesuwaniem się w kolejce. Ciekawe, jak te 49 procent, co nie chce wracać do kraju nad Wisłę, wyobraża sobie swoją dłuższą egzystencję na Wyspie.

Można, co widać gołym okiem, stworzyć sobie "małą ojczyznę" i zamknąć się na Irlandię. Pracować w firmie z Polakami (zawsze znajdzie się taki, co się po angielsku dogada), zakupy robić w polskich sklepach, korzystać z polskich gazet, fryzjerów, polskiej telewizji, szkoły i kościoła, a za małe pieniądze latać do Polski.

Od sierpnia w Dublinie można się też leczyć u swoich, bo polską przychodnię otworzył wrocławski EMC Instytut Medyczny. Płacąc 50euro za wizytę, ma się do dyspozycji specjalistów i sprzęt z najwyższej półki.

Czeski wariant emigracji

Dzielnica artystów, ogródków, klubów i galerii dotyka nadbrzeża Liffey, rzeki przecinającej Dublin na część północną - robotniczą i południową biznesowo-urzędniczo-uniwersytecką. Przy Essex mieści się czeski pub, a na piętrze restauracja Czech Inn. Atmosfera swojska i można pogadać przy czeskim piwie Sakra! (Cholera jasna!). Drogo - cztery euro za kufel.

- W domu za taki sam staropramen płacę 90 centów - narzeka Lubosz. Oboje z Radką są w Dublinie od dwóch tygodni, ale znają miasto doskonale, bo to już trzecie wakacje, jakie tu spędzają. Żeby zarobić, no i ten angielski. W praskich dziennikach wszystkie ogłoszenia pracy, a tych nie brakuje, zaczynają się od stwierdzeń, że warunkiem zatrudnienia jest znajomość angielskiego. Nikt dokładnie nie policzył, ale szacuje się, że Czechów i Słowaków (trzymają się razem) jest w Irlandii około 50 tysięcy. Pracują głównie w pubach, na budowach, trochę sprzątają. Mieszkają, jak większość cudzoziemców, we wspólnych mieszkaniach. Ale Czesi, z którymi udało mi się rozmawiać, traktowali swój pobyt tymczasowo, wakacyjnie. Motywacje typowe wśród Polaków nie wchodziły w rachubę.

Słowacki hostel na Blessington Road (20 euro za noc), gdzie spotyka się Czechów i Słowaków, nie narzeka na brak klientów. Przyjadą, pomieszkają, ale gdy znajdą pracę, przeprowadzą się do wspólnego z kumplami mieszkania, a jak nie - wracają. W hotelowej recepcji leży bezpłatny magazyn "Echo". Jedyny, jaki wychodzi po czesku i słowacku. Redagowany i drukowany w Wielkiej Brytanii rozpowszechniany na obu wyspach. Lipcowy numer to głównie publicystyka, wywiad ze słowackim premierem Fico, historia upadku brytyjskiego imperium oraz mnóstwo praktycznych informacji, jak żyć, nie łamiąc prawa, po obu stronach Morza Irlandzkiego. Rozbudowany dział porad mają też wszystkie polskie tytuły.

Po polsku w banku i urzędzie

Iwona Słabuszewska-Krauze, socjolog i autorka książki "Hotel Irlandia", na Wyspie osiedliła się pięć lat temu, gdy mąż architekt dostał tu pracę. Zaczynała od angielskiej szkoły; potem była kelnerką. Irlandia jest dla niej przystankiem, a nie krajem docelowym, nie wyklucza, że za 10 lat wróci do Polski.

Kiedy się spotykamy, trzyma pod pachą "Polskiego Heralda", dla którego pracuje. Tę polską wkładkę w jednym z najpopularniejszych stołecznych dzienników zainicjowali Irlandczycy. Wyszukali dwie zdolne Polki, udostępnili im pomieszczenia i serwisy agencyjne. Płacą za wszystko.

- Czy jakaś polska gazeta zaproponowałaby wkładkę na takich warunkach np. Ukraińcom? - zastanawia się Iwona.

Przychylność wyspiarzy dla cudzoziemców jest wyczuwalna na każdym kroku. Kierowca autobusu z uśmiechem wyjaśni każdemu, jak i za ile kupić bilet, w pracy szefowie cierpliwie znoszą potknięcia wynikające z braku znajomości miejscowych obyczajów czy z niedoskonałości angielskiego.

Przyjemnie szokuje, że w Galerii Narodowej obok angielskich, francuskich, niemieckich leżą przewodniki w języku polskim.

Tym, którzy zamierzają rozpocząć własny biznes, Bank of Ireland na stronie www.bankofireland.ie/business wyjaśnia po polsku, jak stawiać pierwsze kroki.

Dla tych, którzy się zdecydowali osiąść w Irlandii na stałe, administracja rządowa przygotowała po polsku strony, jak się dopracować w Irlandii solidnej emerytury - 800 euro to gwarantowana przez państwo podstawa. Urzędy pracy i urzędy finansowe też informują po polsku.

Irlandzki cud

Kraj, z którego przed laty wyemigrowały miliony obywateli, swój obecny cud ekonomiczny zbudował na edukacji, wolnym rynku, jednolitej ponadpartyjnej polityce ekonomicznej otwartej na zagraniczne inwestycje oraz na jasnych i zrozumiałych przepisach podatkowych. A także na przyciąganiu do Iralandii emigrantów, własnych i cudzych.

- Kiedy dorastałam, tak nie było. Lata 50. XX w. były ponure i trudne. Wszyscy dostawali paczki z odzieżą z Ameryki. W Dun Laoghaire kolejki ludzi wypływających do Anglii oczekiwały z walizkami przewiązanymi sznurkiem. Czuli się osamotnieni, zgorzkniali, bo najchętniej mieszkaliby w domu, ale nie było pracy na farmie ani nigdzie indziej - opowiada na łamach "Polskiego Heralda" znana irlandzka pisarka Maeve Binchy, której ostatnia powieść pod tytułem "Głogowy gaj" stała się światowym bestsellerem.

Zobacz także