Praca >  Archiwum

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj GazetaPraca.pl

Przyjaciel poleci ci

Leszek K. Talko
2006-03-12, ostatnia aktualizacja 2006-03-10 00:00

Chciałem po prostu napić się piwa i kupić keczup. Nie miałem pojęcia, że mogą mi pomóc zawodowi przyjaciele. Będą przy mnie zawsze, służąc radą i pomocą. I sprawdzając, czy zostałem przekonwertowany i jestem wyznawcą właściwego keczupu.

Innowator. To on tworzy nowe prądy. Są wśród nich modni aktorzy, którzy dają wzór, jak się ubierać, artyści, kreatorzy mody, ale także ludzie, którzy stworzyli i wypromowali iPoda. Sami nie poddają się nowym prądom. Innowator może pójść w dżinsach na elegancki bal. Do innowatorów mogą należeć osoby z każdej klasy społecznej. Inna nazwa tej grupy to hero (czyli bohater do naśladowania). Innowatorzy to 2-3 procent populacji.
Fot. Łukasz Sakiewicz
Innowator. To on tworzy nowe prądy. Są wśród nich modni aktorzy, którzy dają...
Moim przyjacielem chciał zostać Marek. Wyglądał, jakby właśnie wyszedł od fryzjera (bo rzeczywiście właśnie wyszedł), jakby dopiero co ubrał go stylista (rzeczywiście go ubrał) i jakby żył w bajce (rzeczywiście żył).

Podjechał po mnie sportowym czerwonym kabrioletem i puścił muzykę na full. Wyglądał jak sto dolarów.

- Jestem prostytutką - wyjaśnił. - Nie, nie chodzi o żadne chodzenie do łóżka. Zaprzyjaźniam się z ludźmi, wchodzę w ich życie, a potem namawiam, żeby spróbowali piwa Stary Browar. Mam to w kontrakcie. To co? Przejedziemy się?

No i pojechaliśmy.

Naśladuj albo giń

Artur Budziszewski, założyciel firmy Streetcom, która zajmuje się marketingiem szeptanym, wyłapuje kandydatów do pracy na ulicach, w kafejkach i klubach. Kusi ankietą na swoich stronach internetowych. Kandydat musi powiedzieć, co jest trendy, a co passé. Co sądzi o ludziach na zdjęciu. Są trendy, a może wyglądają jak wiocha? Jakiej muzyki słuchają? Na czym byli ostatnio w kinie? Ile mają numerów zapisanych w komórce (jeśli powyżej stu, to dobrze, jeśli nie ma nawet 50, to źle). Ile kontaktów mają na Gadu-Gadu? (im młodsi - tym więcej. Im starsi - tym mniej, najstarsi często w ogóle nie mają Gadu-Gadu).

- Marketing szeptany to nie reklama proszku do prania - twierdzi Budziszewski. Tu się nie da wcisnąć kitu, bo ręczysz za produkt samym sobą, swoją reputacją. Ale najważniejsza jest historyjka. To, że proszek pierze, a piwo się pieni, to naturalne. Produkt musi mieć historię, którą można opowiedzieć znajomym, a oni przekażą ją dalej.

Trendsetterzy opisywani przez Malcolma Gladwella, dziennikarza "New Yorkera", na początku lat 90. byli niezależni. Wyłapywali prądy, które potem przejmował cały Nowy Jork, cała Ameryka, a potem cały świat.

Wszystko zaczynało się od jednego dzieciaka, który pierwszy wymyślił, żeby bejsbolówkę założyć daszkiem do tyłu albo żeby w adidasach nie wiązać sznurówek.

Streetcom robi to, czym w Stanach Zjednoczonych od lat zajmują się gigantyczne agencje zatrudniające tysiące ludzi.

Amerykańska agencja Zandl ma 3 tysiące współpracowników - najmłodsi mają osiem lat - których zadaniem jest sprawdzać, co jest modne, a co nie. Ci młodsi przesiadują zwykle w centrach handlowych i wypytują rówieśników o zainteresowania, filmy, zespoły, a nawet robią zdjęcia ich fryzurom i ciuchom. Potem wszystko wysyłają do centrali, która dzięki temu wie nawet, jak szybko trendy docierają z Nowego Jorku na prowincję (dojście trendu do Teksasu zajmuje sześć do ośmiu miesięcy).

Zandl przesiewa informacje i przygotowuje raport - "Hot Sheet" - o tym, co będzie modne w tym sezonie.

Pod koniec lat 90. wielkie firmy doszły do wniosku, że niekiedy trendy pojawiają się zbyt szybko i zbyt szybko znikają, by można było na nie zareagować. Zanim firma wyprodukowała serię koszulek, butów czy drinków, trend był już przeszłością.

Drugi wniosek był taki, że skoro istnieją trendsetterzy, którzy rozsiewają trendy, nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć własnych trendsetterów zamiast tylko podpatrywać tych oryginalnych.

Reklama nowej kuchenki czy piwa jest przecież opłacona przez producenta, który ma interes w promowaniu produktu - rozumuje klient. Co innego zwykły człowiek, który podzieli się opinią z przyjaciółmi, napisze na blogu. Opinia zadowolonego użytkownika takiej kuchenki liczy się o wiele bardziej - przecież on nie ma żadnego interesu w tym, żeby promować kuchenkę.

O ile nie jest trendsetterem stworzonym przez firmę.

Jak Marek.

Fajny przyjaciel od stylisty

Kiedy Marek trafił do Starego Browaru, wiedział już, że każda marka musi mieć amplifiera (który po polsku zwany byłby wzmacniaczem, podczas gdy amplifier brzmi zagadkowo i tajemniczo). Amplifier to taki trendsetter stworzony przez producenta, który już wiedział, że konwencjonalna reklama nie wystarczy, by dotrzeć do niektórych środowisk, a nawet je odstraszy.

Kiedy na rynek wchodziło nowe piwo, jego nazwa pojawiała się na billboardach i w telewizji. Wzmacniacz miał sprawić, żeby ludzie o niej nie zapomnieli, kiedy kampania się skończy. Żeby piwo nadal było na topie i w modzie.

Wzmacniacz to spoko gość, ubiera się zajebiście i jeździ odwaloną furą w wersji lux ze zdejmowanym dachem.

Ludzie to wyznawcy. Powiedzmy, że chodzi o wyznawców piwa Złoty Smok. Zawsze je pili i zawsze je będą pić, chyba że na drodze stanie im wzmacniacz innego piwa. Wzmacniacz będzie chciał ich przekonwertować na piwo, które możemy nazwać Stary Browar.

Wzmacniacz musi wyglądać jak wyznawca. Chce, by jego piwo pili młodzi, zamożni, na stanowiskach - musi wyglądać jak oni.

W końcu, żeby wzmacniać, musi być kimś.

A żeby być kimś, musi dostać gadżety.

Dla siebie - żeby być fajnym i cool.

Dla innych - żeby ich przekonwertować.

Dostał kabriolet, wypasioną komórkę bez limitu rozmów, ekstra ciuchy, fryzjera i stylistkę i został prostytutką.

- Kiedy usłyszałem o tej robocie, pomyślałem sobie, że śnię. Lubiłem imprezy, fajne ciuchy, gadżety. A ta praca to było chodzenie na imprezy, ciuchy dawali, gadżety też. I jeszcze dostawałem za to pieniądze - wzdycha Marek. - Pomyślałem sobie: jestem w niebie.

12 przyjaciół dziennie

- No dobrze, masz już furę, komórę i ciuchy. To co ty właściwie robisz? - zapytałem Marka.

- No mam podejść i rozpocząć rozmowę.

- Wszystko jedno o czym?

- Nie, nie. Mam wzór takiej idealnej rozmowy.

- To pogadajmy - proponuję. - Jest impreza, ja sobie siedzę przy barze, gra muzyka. Ty podchodzisz w tych swoich ciuchach...

- Cześć, pijesz piwo?

- Nie, wino.

- No to na razie.

- Zaraz, zaraz - mityguję się. - Jeszcze raz, już piję piwo.

- Cześć, pijesz piwo?

- No.

- A jakie?

- Perłę Mazowsza.

- E tam, postawię ci Stary Browar. To dopiero jest piwo. Wiesz, że pije je ten prezenter z telewizji? A w ogóle to fajna impreza.

- Dzięki.

- A wypełniłbyś dla mnie ankietę?

- Po co?

- A, to taka chałtura, to co, wypełnisz?

- No dobra.

- No i mam już jednego targeta - uśmiecha się Marek.

- Zaraz, zaraz, jak to masz - irytuję się. - Dalej piję Perłę Mazowsza.

- Od tej pory będziesz targetem - wyjaśnia Marek. - Teraz będę do ciebie dzwonił.

- Chwila, przecież nie dałem ci numeru.

- Podasz w ankiecie.

- Ale po cholerę masz do mnie dzwonić?

- Muszę się upewnić, czy pijesz moje piwo.

- Dobra, piję. Zadowolony?

- Nie.

- Jak to nie?

- Przecież ja nie częstuję cię piwem dla własnej przyjemności. Piszę potem raport. Wysyłam ankietę dalej. Będą mnie sprawdzać. Za tydzień, a może za dwa miesiące zadzwoni do ciebie ktoś, żeby zadać ci kilka pytań.

- Czy piję piwo?

- Zaraz, nie od razu. Powie ci, że przeprowadza ankietę o zwyczajach ważnych klientów. Poczujesz się dowartościowany i odpowiesz na kilka pytań. Zaczną od tego, gdzie robisz zakupy. A piąte pytanie będzie o markę piwa.

- W porządku, powiem, że piję ten Stary Browar.

- Aha, a co odpowiesz, jak w pytaniu numer siedem będzie, czym różni się proces warzenia?

- Nie mam pojęcia. A czym?

- Jest potrójnie warzone.

- Serio?

- No coś ty. Robią je tak samo jak każde inne. To pic na wodę, chwyt reklamowy. Ale jeśli tego nie wiesz, to znaczy, że ja cię nie przekonwertowałem, rozumiesz? Okaże się, że ty nie masz pojęcia, co pijesz. Musisz być dumny, że pijesz piwo dla klasy wyższej. Piwo, którego nie pije byle kto pod kioskiem, ale wyłącznie najfajniejsi klienci. Tacy jak ty albo ja.

- Rozumiem, jest super. Ale po co mi to potrójne warzenie? Może obiecam, że będę pił, i damy spokój z procesem produkcyjnym?

- Był taki jeden u nas, który powpisywał do ankiet ciocie, wujków i kolegów z podwórka i chodził cały happy, że ma tyle przekonwertowanych. Aż zadzwonili do jego cioci. Pamiętała nazwę piwa, ale zapomniała, że jest potrójnie warzone, ile razy filtrowane, że butelka ma niezwykły kształt, a etykieta była zaprojektowana sto lat temu. Ciotka wyłożyła się na wszystkich pytaniach.

- W porządku, to kiedy mnie konwertujesz?

- Chwila, odbędziemy jeszcze pięć do siedmiu godzinnych spotkań...

- Zwariowałeś? Będziesz mi siedem razy opowiadał o warzeniu?

- Taki jest plan.

- Dzwoniłbyś do mnie...

- Cześć, tu Marek, pamiętasz mnie. Spotkaliśmy się w klubie. Masz może dziś chwilę?

- Nie mam.

- To jutro. Strasznie chciałbym pogadać.

- A co masz mi ważnego do powiedzenia?

- Nic. Mam się przekonać, że pijesz to piwo. Spotkamy się, postawię ci piwo, a za tydzień zadzwonię ponownie.

- Ale, na Boga, co mi opowiesz za tydzień? Przyrzekam, że już będę pił to cholerstwo.

- Nie, nie. Muszę się upewnić, że zostałeś przekonwertowany.

- Zaraz, ale może ja nie mam ochoty już słuchać o tym filtrowaniu.

- Ech, dzwonię. Cześć, Leszek, pamiętasz, spotkaliśmy się w klubie?

- Tak, pamiętam, ale słuchaj, nie mam czasu.

- Wiesz, mam dla ciebie zaproszenie na koncert.

- Naprawdę, na jaki?

- To dzisiaj o 15 się widzimy, wszystko ci opowiem.

- Dobra, już łapię. Ile masz takich spotkań?

- Codziennie 12 osób. Pięć całkiem nowych, siedem zwerbowanych wcześniej.

- Skąd ty ich bierzesz?

- No właśnie, to był największy problem. Na początku brałem znajomych. Potem znajomych znajomych i ich znajomych. Ale wreszcie zaczęło ich brakować. Musiałem przysiadać się w klubie do nieznanych ludzi, a przecież nie każdy chce gadać.

- To ilu spotkałeś? I nie pomylili ci się?

- Kilka tysięcy. Zapisywałem ich sobie w elektronicznym notesie. Też gadżet od firmy. Najnowszy model.

- No dobra, ale nawet zapisani się nie mylili? Ja bym ci się nie pomylił?

- Nie, o każdym mam parę słów w notesie. W końcu jestem twoim przyjacielem. O tobie bym napisał: żona pisze książkę, chore dziecko. Gardło. 4 lata. Przy następnym spotkaniu zajrzałbym.

- Cześć, Leszek, tu Marek. Słuchaj, chciałem się dowiedzieć, czy wszystko w porządku u malucha.

- O tak, znakomicie, lata już po dworze i bawi się z chłopakami.

- No to super, musisz uważać, gardło to ważna sprawa. Masz czas dziś po południu?

- No i znowu się widzimy. Ty zajeżdżasz swoim kabrioletem...

- Ten kabriolet to też pic na wodę. Z wierzchu wszystko w porządku. Czerwony metalik, supersprzęt stereo, ale pod maską najmniejszy silniczek. Na tym już oszczędzili. W każdym razie zajeżdżam, ubrany przez stylistkę, uczesany przez firmowego fryzjera, wyglądam jak sto dolarów. Jestem żywą reklamą tego piwa. Patrzysz na mnie i chcesz być jak ja. Prawda? Nie chciałbyś jeździć takim kabrioletem?

- No ba.

- Na razie nie kupisz sobie kabrioletu, kupisz przynajmniej to piwo, które ja piję.

- To masz klawe życie.

- Na początku to było fajne, ale po roku zaczęło mnie strasznie męczyć. Kiedyś uwielbiałem imprezy. Ale teraz poniedziałek - impreza. Wtorek - impreza. W piątek miałem już dość. Ale nie. Znowu impreza. Kolejne osoby, które trzeba przekonwertować.

- Ale właściwie dlaczego?

- Bo klient przekonwertowany jest najcenniejszy. Bilety na koncerty były dla tych, których trzeba było podebrać konkurencji. Ale nie interesuje mnie szara masa. Czyli ci, którzy idą za trendem, chcą naśladować. Oni mają po prostu kupować.

- Wszyscy?

- Zależy od marki. Stary Browar to piwo elitarne. Niby dla tych mądrzejszych, bogatszych, bardziej wyluzowanych. Dlatego nie sprzedaje się go w supermarketach ani małych sklepikach, a za to celuje się w kluby i drogie delikatesy. Jeśli zaczęliby pić je blokersi, to byłby problem. Taki sam jak z BMW. Fajna marka, ale wszyscy kojarzą ją z mafią. My mamy być kojarzeni z fajnymi ludźmi.

My jesteśmy fajni

Streetcom pomógł szeptem wypromować w Polsce film "Sin City".

- To film niszowy - tłumaczy Artur Budziszewski, szef firmy. - Dla amatorów komiksu. Tyle że w Stanach to nisza gigantyczna, a u nas śladowa. Nie było sensu robić wielkiej kampanii medialnej, tylko trzeba było dotrzeć do tej niszy.

Ludzie Streetcomu przetrząsnęli internet i wyłowili tych, którzy na forach i blogach pisali o komiksie. Zaprosili kilkaset osób na pokaz przedpremierowy.

- Stworzyliśmy liderów opinii - mówi Budziszewski. - Oni poczuli się dowartościowani, bo obejrzeli film wcześniej. Potem reklamowali go za darmo wśród znajomych. Film chwycił.

- I wystarczyło? Zaprosić na film?

- Ale to bardzo dużo. To tak zwany efekt Hawthorne'a.

Pod koniec lat 20. ubiegłego wieku grupa naukowców zaczęła prowadzić badania nad wydajnością pracy w zakładach Hawthorne'a w USA. Naukowcy sprawdzali, czy wydajność zależy od godzin pracy, częstotliwości przerw, oświetlenia miejsca pracy i kilkunastu innych czynników. Eksperyment przyniósł nieoczekiwane efekty. Okazało się, że niezależnie od tego, czy zmniejszano albo zwiększano ilość światła, robiono więcej krótszych albo mniej dłuższych przerw, wydajność pracy niezmiennie rosła.

Okazało się, że wydajność nie miała nic wspólnego z warunkami pracy. Ankietowani robotnicy wyznawali, że poczuli się lepiej, kiedy ktoś zajął się nimi i starał się stworzyć im lepsze warunki. Odwdzięczali się, pracując wydajniej, niezależnie od tego, jakie warunki tworzyli im naukowcy.

- Amatorzy komiksu też poczuli się docenieni, że komuś chciało się do nich dotrzeć - mówi Budziszewski. - Odwdzięczyli się, promując "Sin City" w internecie i wśród znajomych.

- Wielkie firmy straciły kontrolę nad obiegiem informacji - przekonuje Budziszewski. - Nie mają władzy nad tym, co piszą zwykli ludzie. To się zaczyna zmieniać. W Stanach Zjednoczonych były już przypadki, kiedy wielka firma kupowała prywatnego opiniotwórczego bloga. Tak samo będzie wkrótce w Polsce.

- Ale po co firmie blog?

- Powiedzmy, że jakiś miłośnik kina zakłada bloga z recenzjami. Bloga odwiedzają tysiące ludzi i idą bądź nie idą na polecane lub odradzane filmy. Pewnego dnia bloga kupuje firma dystrybucyjna...

- I nakłania do oglądania filmów?

- Do oglądania nakłania reklama - mówi Budziszewski. - My nie mówimy: kup nas. My mówimy: jesteśmy fajni.

DINKS dzieli się radością

Towar niedostępny staje się bardziej pożądany. Za miesiąc, dwa kilka tysięcy ludzi w Krakowie zostanie wyróżnionych. Zostaną prenumeratorami nowego pisma lifestyle'owego "Superowo", którego nie będzie można kupić. Będzie je można dostać za darmo.

Pod jednym warunkiem.

Dostaną je ci, którzy są fajni i opiniotwórczy. Ja nie mam szans, bo jestem za stary i nie jestem DINKS-em.

- To pismo dla znajomych i znajomych znajomych - mówi wydawca Zbyszek Dąbrowski. - To pismo dla tych, którzy dzielą się radością.

- Radością? - dziwię się.

- Radością z odkrycia nowego produktu.

- A ilu ludzi w Krakowie chce się dzielić taką radością? - zastanawiam się.

- Oceniamy, że jest ich 5 tysięcy.

- A jak wygląda taki człowiek?

- To singel i DINKS. Czyli nieżonaty, chętnie żyjący w nieformalnym związku DINKS (double income no kids, czyli para, gdzie oboje partnerzy pracują i nie mają dzieci). Wiek 25-35 lat. Przeważnie wolne zawody, aktywne życie, duże grono znajomych. Wśród nich są liderzy opinii, którzy mogą budować opinię produktu.

- Aha, powiedzmy więc, że mamy wyjątkową maślankę, którą chcemy wypromować wśród klasy wyższej. Taka maślanka ekstra, na koncentrację, pamięć i kaca jednocześnie.

- To rzeczywiście musi być dobra.

- Ale co właściwie mam z nią robić? Załóżmy, że wpadną do mnie znajomi. I co dalej? Mam udawać, że jestem jak żona Trumana z "Truman Show"? Zaczniemy rozmawiać i nagle mam podejść do lodówki, wyjąć maślankę i pokazując etykietę oznajmić: a teraz napijemy się znakomitej maślanki Złoty Smok, która oczyszcza umysł i leczy kaca, dostępna w dobrych sklepach w cenie 4,99 zł?

- Musimy wiedzieć, z kim mamy do czynienia.

- No z moimi znajomymi.

- Może ta maślanka to nieszczęśliwy pomysł. Gdyby to był dobry sprzęt AGD...

- Wtedy tym bardziej by musieli do mnie wpaść. Przecież w knajpie nie powiem znajomym, że właśnie kupiłem sobie rewelacyjny piekarnik Amica z termoobiegiem i elektroniczną regulacją temperatury.

- Nie, nie. Marka jest zawsze na drugim miejscu. Na pierwszym jest historia.

- To ten piekarnik albo maślanka muszą mieć historię? Nie wystarczy termoobieg?

- Przecież nie chodzi o to, żeby pokazywać katalog. Ale można wspomnieć, że tę linię kuchenek zaprojektował słynny designer włoski.

- I już?

- Przecież nie mówimy o wyborze między produktem najlepszym, średnim i złym. Teraz są wyłącznie dobre produkty. Mamy masę świetnych kuchenek i maślanek, wybieramy po prostu te, które mają swoją historię.

- I mam ją reklamować moim przyjaciołom?

- Tu nie chodzi o reklamę. Dzielimy się z przyjaciółmi historią i radością.

Czarna_mamba atakuje

Robert ma 17 nicków i aktualnie jest kobietą. - Poczekaj chwilę, muszę dokończyć wątek - mówi i loguje się w jednym z portali jako Czarna_mamba.

Czarna_mamba to złożona osobowość znająca się na modzie i kuchni, która właśnie zaangażowała się w dyskusję o produktach odchudzających.

"Spróbowałam tego jogurtu jakieś dwa tygodnie temu i mówię wam - pycha. Schudłam już trzy kilo".

- I co? Sprzedaż rośnie - zainteresowałem się.

- Chodzi raczej o przyjazną poradę - mówi Robert i loguje się teraz jako Apollo. - Ludzie zobaczą w telewizji reklamę produktu, ale już wiedzą, że reklama to tylko reklama. Szukają jakiegoś autorytetu, który powie im od siebie, co jest naprawdę dobre.

- I Czarna_mamba jest autorytetem?

- Tak, ale naprawdę ciężko na to pracuję. Moja dziewczyna pomaga mi, kiedy muszę napisać coś o odchudzaniu. Dużo piszę o dietach. Zdobywam reputację. Jeśli napisałbym ni z tego, ni z owego o jogurcie jako ktoś zupełnie nieznany, to mój post przeszedłby niezauważony. A Czarna_mamba jest poważaną znawczynią diet i zdrowego trybu życia.

- A Apollo? Komu będzie doradzał? - zainteresowałem się.

- Apollo to fajny facet po trzydziestce. Dużo gotuje, ma wielu przyjaciół. Chętnie dzieli się swoimi odkryciami ze znajomymi z forum. Dziś napisze o keczupie.

- A co z keczupem? - dziwię się.

- Na razie nic specjalnego. Zaczniemy od wykreowania potrzeby: "Nie wiecie, gdzie można kupić keczup Magnat? Byłem na grillu u znajomych i mówię wam - rewelacja. Ale nie ma w moim sklepie. Pomóżcie".

- I co teraz?

- Ludzie zaczną się rozglądać po półkach w swoim sklepie. Napiszą, gdzie można kupić Magnata. Kiedy sami będą kupować, przypomną sobie tego posta. Albo nie przypomną, ale będzie im chodzić po głowie, że Magnat to pyszny keczup.

- I wszystko można tak wypromować?

- No nie. Trudno by było pisać o proszku do prania.

- A co najłatwiej opisać?

- A o czym rozmawiasz ze znajomymi? O filmach, samochodach, serialach. Nie ma nic łatwiejszego od seriali. One albo bardzo się podobają, albo nie podobają. Można pisać, że aktorka jest fantastyczna albo że jest drętwa jak deska. O samochodzie, że jeździ się nim już pięć lat i tylko dolewa benzyny albo że psuje się co chwila. O, tu, na tym forum motoryzacyjnym, mój Disel toczy wojnę - chyba z konkurencją, bo za bardzo się wściekają i odpisują co chwila. Piszą, że marka, którą promuję, to szmelc. No to ja im napiszę, że są jełopy i chyba nie wiedzą, że ta marka właśnie zdobyła tytuł najpiękniejszego samochodu.

- Popiera cię jakiś Wozzek - wyłowiłem wątek z dyskusji.

- A to też ja - machnął ręką Robert.

Robert ma zasadę: nie robi czarnego PR.

- Ale widzę, że są tacy, którzy mają za zadanie zniszczyć konkurencję. Popatrz na tego posta, facet pisze, żeby nie kupować napojów Malinowy Sad, bo znalazł w nich pleśń.

- Może naprawdę znalazł - zastanawiam się.

- I pewnie dlatego dodaje, że przerzucił się na firmę Wiśniowy Raj, która ma największą zawartość owoców - ironizuje Robert. - Szukasz informacji w internecie?

- Czasem.

- A czego chciałbyś się dowiedzieć?

- Bo ja wiem, może jaki sprzęt stereo kupić.

- Zapytaj, może ja będę z drugiej strony.

- I wpuścisz mnie w maliny, bo ktoś ci płaci?

- No co ty, przecież jestem twoim przyjacielem. Dam przyjacielską radę. Dzisiaj wszystkie produkty są dobre, wszystkie proszki piorą i wszystkie odtwarzacze są super. Po przyjacielsku polecę ci po prostu jeden z nich. Na pewno będziesz zadowolony.

Potrójna filtracja

- Muszę lecieć, jestem umówiony z Romkiem - żegna się Marek.

- Stary Browar jest the best. Potrójna filtracja. Stara etykieta.

- Bardzo dobrze.

- Ale właściwie dlaczego uważasz, że jesteś prostytutką?

- Bo, widzisz, ja cholernie nie lubię piwa - uśmiecha się Marek.

* Z oczywistych powodów większość nazw produktów, ich rodzajów, imion bohaterów i ich ni-cków została zmieniona. Przyjaciele - żeby byli skuteczni - muszą pozostać anonimowi



Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

  • Re: Przyjaciel poleci ci adam81w 13.03.06, 19:56

    ok rozumiem wpuszczanie w maliny jakis bolkow , ktorych ten czlowiek poznaje na imprezach tylko po to zeby ich wpuscic w maliny ale wpuszczac w maliny znajomych , klamac im ze jakies g.... »

  • Re: Przyjaciel poleci ci javona 14.03.06, 08:47

    A ja uwazam, ze wyroznienie bycia "przyjacielem" pod kazda z nazw ktore tutaj padly jest interesujace na samym poczatku. Potem musi byc naprawde ciezko. Jak dla mnie podchodzi to lekko pod »

  • American Beauty darius11 14.03.06, 14:44

    Pamiętacie scenę kiedy do rodziny, która dopiero co się wprowadziła przyszło 2 gości z ciastem i tekstem 'Witamy w naszej okolicy'. Facet ich pogonił, bo był przekonany, że to akwizytorzy, »