Przyjaciel poleci ci

Leszek K. Talko
12.03.2006 , aktualizacja: 10.03.2006 00:00
A A A
Chciałem po prostu napić się piwa i kupić keczup. Nie miałem pojęcia, że mogą mi pomóc zawodowi przyjaciele. Będą przy mnie zawsze, służąc radą i pomocą. I sprawdzając, czy zostałem przekonwertowany i jestem wyznawcą właściwego keczupu.
Moim przyjacielem chciał zostać Marek. Wyglądał, jakby właśnie wyszedł od fryzjera (bo rzeczywiście właśnie wyszedł), jakby dopiero co ubrał go stylista (rzeczywiście go ubrał) i jakby żył w bajce (rzeczywiście żył).

Podjechał po mnie sportowym czerwonym kabrioletem i puścił muzykę na full. Wyglądał jak sto dolarów.

- Jestem prostytutką - wyjaśnił. - Nie, nie chodzi o żadne chodzenie do łóżka. Zaprzyjaźniam się z ludźmi, wchodzę w ich życie, a potem namawiam, żeby spróbowali piwa Stary Browar. Mam to w kontrakcie. To co? Przejedziemy się?

No i pojechaliśmy.

Naśladuj albo giń

Artur Budziszewski, założyciel firmy Streetcom, która zajmuje się marketingiem szeptanym, wyłapuje kandydatów do pracy na ulicach, w kafejkach i klubach. Kusi ankietą na swoich stronach internetowych. Kandydat musi powiedzieć, co jest trendy, a co passé. Co sądzi o ludziach na zdjęciu. Są trendy, a może wyglądają jak wiocha? Jakiej muzyki słuchają? Na czym byli ostatnio w kinie? Ile mają numerów zapisanych w komórce (jeśli powyżej stu, to dobrze, jeśli nie ma nawet 50, to źle). Ile kontaktów mają na Gadu-Gadu? (im młodsi - tym więcej. Im starsi - tym mniej, najstarsi często w ogóle nie mają Gadu-Gadu).

- Marketing szeptany to nie reklama proszku do prania - twierdzi Budziszewski. Tu się nie da wcisnąć kitu, bo ręczysz za produkt samym sobą, swoją reputacją. Ale najważniejsza jest historyjka. To, że proszek pierze, a piwo się pieni, to naturalne. Produkt musi mieć historię, którą można opowiedzieć znajomym, a oni przekażą ją dalej.

Trendsetterzy opisywani przez Malcolma Gladwella, dziennikarza "New Yorkera", na początku lat 90. byli niezależni. Wyłapywali prądy, które potem przejmował cały Nowy Jork, cała Ameryka, a potem cały świat.

Wszystko zaczynało się od jednego dzieciaka, który pierwszy wymyślił, żeby bejsbolówkę założyć daszkiem do tyłu albo żeby w adidasach nie wiązać sznurówek.

Streetcom robi to, czym w Stanach Zjednoczonych od lat zajmują się gigantyczne agencje zatrudniające tysiące ludzi.

Amerykańska agencja Zandl ma 3 tysiące współpracowników - najmłodsi mają osiem lat - których zadaniem jest sprawdzać, co jest modne, a co nie. Ci młodsi przesiadują zwykle w centrach handlowych i wypytują rówieśników o zainteresowania, filmy, zespoły, a nawet robią zdjęcia ich fryzurom i ciuchom. Potem wszystko wysyłają do centrali, która dzięki temu wie nawet, jak szybko trendy docierają z Nowego Jorku na prowincję (dojście trendu do Teksasu zajmuje sześć do ośmiu miesięcy).

Zandl przesiewa informacje i przygotowuje raport - "Hot Sheet" - o tym, co będzie modne w tym sezonie.

Pod koniec lat 90. wielkie firmy doszły do wniosku, że niekiedy trendy pojawiają się zbyt szybko i zbyt szybko znikają, by można było na nie zareagować. Zanim firma wyprodukowała serię koszulek, butów czy drinków, trend był już przeszłością.

Drugi wniosek był taki, że skoro istnieją trendsetterzy, którzy rozsiewają trendy, nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć własnych trendsetterów zamiast tylko podpatrywać tych oryginalnych.

Reklama nowej kuchenki czy piwa jest przecież opłacona przez producenta, który ma interes w promowaniu produktu - rozumuje klient. Co innego zwykły człowiek, który podzieli się opinią z przyjaciółmi, napisze na blogu. Opinia zadowolonego użytkownika takiej kuchenki liczy się o wiele bardziej - przecież on nie ma żadnego interesu w tym, żeby promować kuchenkę.

O ile nie jest trendsetterem stworzonym przez firmę.

Jak Marek.

Fajny przyjaciel od stylisty

Kiedy Marek trafił do Starego Browaru, wiedział już, że każda marka musi mieć amplifiera (który po polsku zwany byłby wzmacniaczem, podczas gdy amplifier brzmi zagadkowo i tajemniczo). Amplifier to taki trendsetter stworzony przez producenta, który już wiedział, że konwencjonalna reklama nie wystarczy, by dotrzeć do niektórych środowisk, a nawet je odstraszy.

Kiedy na rynek wchodziło nowe piwo, jego nazwa pojawiała się na billboardach i w telewizji. Wzmacniacz miał sprawić, żeby ludzie o niej nie zapomnieli, kiedy kampania się skończy. Żeby piwo nadal było na topie i w modzie.

1 2 3 4 5 6 7 8 9  następne »
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX