Od otwarcia rynku pracy dla Polaków minęło pięć miesięcy. Obawy o wielki exodus fachowców okazały się bezpodstawne. Targi pracy, na których wystawiały się agencje szukające polskich fachowców, zwiedzały tysiące osób, które jednak nie spełniały oczekiwań pracodawców.
- Nie spodziewałem się wielkich wyjazdów i ich nie ma. Z naszych szacunków wynika, że wyjechało ok. 2 tys. osób, a to niewiele - mówi Jacek Suski, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w
Opolu. - Problemu
bezrobocia nie rozwiąże rynek niemiecki, który chce fachowców, i to ze znajomością języka. Tacy ludzie, i do tego młodzi, albo mają w Polsce pracę, albo już są w Wielkiej Brytanii, Norwegii czy Holandii.
Prezes agencji pracy Club Silesius Katarzyna Szajca jest zaskoczona słabą znajomością języka niemieckiego wśród mieszkańców Opolszczyzny. - Na sto podań czasami jest jedna osoba, która mówi po niemiecku. A niestety wymóg, zwłaszcza wobec pielęgniarek, jest taki, by tym językiem władały dobrze. Efekt jest taki, że od początku roku do Austrii i Niemiec wyjechało dziesięć pielęgniarek - wylicza. - Duża firma chciała zatrudnić naszych informatyków, ale tylko jedna osoba wykazała się znajomością niemieckiego, niestety po rozmowie w Niemczech okazało się, że zbyt słabą - dodaje.
Szajca uważa, że rynek niemiecki będzie powoli zasysał Polaków pracujących w Danii czy Norwegii. - Coraz częściej osoby pracujące tam od kilku lat proszą o znalezienie pracy w Niemczech, by częściej mogły bywać w domu. Nawet kosztem niższych o 500-600 euro zarobków - mówi Szajca.
Bartosz Dziadek z niemieckiej firmy Alpha Personal-Service szuka 200 specjalistów: pielęgniarek, lekarzy, inżynierów. - Bez znajomości niemieckiego nie ma pracy. Dotychczas wysłaliśmy do pracy dwie pielęgniarki! Dla 140 w kilku miastach w Polsce ufundowaliśmy kurs niemieckiego i po jego zakończeniu wyjadą do Niemiec.
Bezrobocie na Opolszczyźnie wynosi 12,2 proc.