Młodzi biorą dziś, co dają

Rozmawiała Marta Piątkowska
2011-11-28, ostatnia aktualizacja 2011-11-28 14:47

Przy tej fali absolwentów do 2015 roku musimy utworzyć 2 mln miejsc pracy, inaczej ten ogromny ludzki kapitał zostanie niewykorzystany lub wyemigruje

Oburzeni do odzysku
Logo akcji
Oburzeni do odzysku
ZOBACZ TAKŻE
Rozmowa z prof. Mieczysławem Kabajem*

Marta Piątkowska: "Oburzeni do odzysku" to druga część naszej akcji "stracone pokolenie". Szukamy rozwiązań, które umożliwią młodym wejście na rynek pracy. Michał Boni, autor rządowego raportu "Młodzi 2011", chciał np., żeby przy umowie o dzieło płacić składki emerytalno-rentową i zdrowotną tak jak przy umowie-zleceniu.

Prof. Mieczysław Kabaj: Wspaniale, tylko kto miałby to robić? Zabrakło odpowiedzi. To skłania do myślenia, że koszty przerzuci się na pracownika, bo nie sądzę, żeby pracodawcy wzięli je na siebie.

Brak składek od umów o dzieło to nie najważniejszy problem młodych w Polsce. Recenzowałem ostatnio kilka prac doktorskich i magisterskich o tym zagadnieniu. Z badań przeprowadzonych na ich potrzeby wynika, że młodzi nie wzbraniają się przed tego typu umowami. Jeżeli coś budzi ich sprzeciw, to brak pracy.

W 2008 r. mieliśmy dziesięciu bezrobotnych na jedno miejsce pracy, dziś 25-27, czyli szanse na znalezienie pracy pogorszyły się trzykrotnie. W urzędach pracy statystyki są jeszcze gorsze. Średnio jest 30-40 chętnych na jedno miejsce, ale jak sprawdzimy np. Radom, to będzie aż 200. I to jest problem nie tylko młodych, ale wszystkich szukających pracy.

To na czym powinniśmy się skupić?

- Strategiczne zadanie to odpowiedź na pytanie, co zrobić, żeby osiągnąć stan zatrudnienia jak np. w Holandii i Belgii - na jedno miejsce pracy przypada tam dwóch-trzech chętnych. To usunie m.in. problem jakości umów. Jakie pole do negocjacji ma teraz pracownik, kiedy na to samo stanowisko stoi z nim blisko 30 chętnych? Bierze bez dyskusji to, co dają, bo do wyboru ma bezrobocie i przymieranie na zasiłku.

Najważniejsze nie są administracyjne regulacje co do składek od umów, ale przywrócenie statystyk z 2008 roku.

Jak to zrobić?

- Przy tej fali absolwentów do 2015 roku musimy utworzyć 2 mln miejsc pracy, inaczej ten ogromny ludzki kapitał zostanie niewykorzystany lub wyemigruje. Bo naszym problemem jest też ogromy wzrost liczby studentów - mamy ich najwięcej w Europie. I na dodatek na tych 2 mln studentów mamy ledwie 800 tys. absolwentów szkół zawodowych zasadniczych i technicznych. To odwrócone proporcje. Jak pójdziemy na budowę, to spotkamy dwóch inżynierów na jednego robotnika? Nie. Na dziesięciu pracowników wystarczy jeden inżynier.

Czy można odwrócić ten trend?

- W 2001 r. powołano Międzyresortowy Zespół do Prognozowania Popytu na Pracę, ale zlikwidowano go wraz z Rządowym Centrum Studiów Strategicznych w 2006 r. To był fatalny krok, bo robiliśmy tam badania i prognozy dotyczące rynku pracy, m.in. „Popyt na pracę w gospodarce opartej na wiedzy” oraz „Popyt na pracę w nowych zawodach”, czyli to, czego skutki odczuwamy dziś, a czemu można było przeciwdziałać kilka lat temu. Proszę nie pytać, dlaczego nikt nie skorzystał z naszej wiedzy.

Zrobiłem też badanie o zapotrzebowaniu na kadry do 2010 roku, z którego wynikało, że nie wolno masowo likwidować szkół zawodowych, bo zabraknie rzemieślników i techników. A między 2001 a 2010 rokiem zamknięto ich ponad 4 tys. Były też prognozy na najbardziej potrzebne zawody, ale z tym też nic nie zrobiono.

Jak namówić młodych, żeby szli na studia, po których będzie praca?

- Potrzebny jest doradztwo zawodowe już w gimnazjach. Młodzi rzadko wybierają wtedy szkoły zawodowe. System doradztwa oparty na realiach rynkowych mógłby to zmienić. Ale on kuleje nawet tam, gdzie jest równie potrzebny, czyli w urzędach pracy. Na jednego doradcę przypada 1,3 tys. bezrobotnych.

Doradców musi ktoś przeszkolić, tylko kto? Kto będzie im dostarczał prognoz? Jako pierwsi powinni wiedzieć, jakie będą trendy w zatrudnianiu i gdzie kierować młodych. Tak od 50 lat robią w Holandii i to działa.

Potrzebny jest instytut albo zespół międzyresortowy, który z danych będzie umiał korzystać. Dziś nawet jeżeli dyrektorzy urzędów pracy wiedzą, na jakie zawody jest zapotrzebowanie, to nie przekazują tego dyrektorom szkół. Edukacja i zatrudnienie są oddzielnymi bytami. Przez to absolwenci wchodzą na rynek pracy średnio przez dwa lata.

Byłoby inaczej, gdyby pojawiało się więcej ofert pracy?

- Z pewnością, tylko że od tego roku rząd zamiast tworzyć miejsca pracy, robi coś odwrotnego. O polepszeniu decydują nowe inwestycje, wzrost gospodarczy, eksport i budownictwo. Na razie wszystko kuleje. A wystarczy cofnąć się do lat 1994-96, kiedy wprowadzono ulgi inwestycyjne dla firm, które tworzyły nowe miejsca pracy. Inwestycje się podwoiły i przybył milion miejsc. Czyli można.

Ponadto w Polsce nie ma ubezpieczenia od bezrobocia, które jest standardem w Europie. Zastępuje je Fundusz Pracy, który finansuje zasiłki dla bezrobotnych i formy przeciwdziałania bezrobociu. Te środki minister finansów obciął o prawie 3,5 mld zł, co oznacza, że szanse na aktywizację straciło ok. 180 tys. osób w pierwszej połowie 2011 r. W drugiej połowie roku pieniędzy zabrakło m.in. na staże dla młodych. Rok wcześniej skorzystało z nich prawie 300 tys. osób i szacuje się, że co drugi został zatrudniony.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

  • Pracy nie będzie quaga 04.12.11, 09:40

    Pora zrozumieć że pracy bedzie coraz mniej. Przecież zyjemy w XXI wieku. Do tego żeby zapewnic ludzkości wikt, opierunek i dach nad glową wystarczy przy istniejacych środkach produkcji praca»