Marta Piątkowska: Gdyby miał pan firmę, to obawiałby się kontroli PIP? Wydaje się, że ten urząd nie kojarzy się w Polsce z batem na pracodawców, a bardziej ze skrzynką skarg i zażaleń pracowników. Dr Jan Czarzasty: Autorytetu instytucji publicznej nie powinno się budować na strachu, bo niewiele z tego wynika. Dlatego to, że PIP nie kojarzy się z batem na pracodawców, nie musi świadczyć na jej niekorzyść. Z założenia inspektorat dba, żeby na naszym rynku
pracy było jak najmniej patologii. Poza nakładaniem mandatów pełni również funkcję doradczą. Mówi, zarówno pracownikom, jak i pracodawcom, jak przestrzegać prawa pracy.
Kontrolę natomiast traktowałbym jak uciążliwość, bo każda ingerencja z zewnątrz utrudnia i dezorganizuje funkcjonowanie firmy.
Na co może liczyć pracownik zgłaszający swój problem do PIP? - Przede wszystkim na to, że otrzyma tam nieodpłatnie opinię lub poradę. To w naszych realiach bardzo ważne. Większość firm to mikroprzedsiębiorstwa zatrudniające po kilku pracowników, którzy są zdani sami na siebie. Nie mają co liczyć na związek zawodowy czy radę pracowników. Zresztą sama inspekcja zwraca na to uwagę. Dawniej bywało tak, że naprzeciw pracodawcy stawała organizacja pracowników i na tym polegała ich siła. A jak to wygląda dzisiaj? Pozycja przetargowa zatrudnionych jest słaba.
Możemy dyskutować, czy inspekcja jest potrzebna, czy prawo jest dobre, ale ktoś musi działać w interesie ludzi.
Tylko czy PIP jest skuteczna w działaniach? Faktycznie zwalcza nadużycia na rynku pracy? - To, że jej skuteczność często rozczarowuje, nie wynika z indolencji czy braku dobrej woli, ale z faktu, że ma za małe moce przerobowe. Trudno wszystko ogarnąć, zwłaszcza te najmniejsze firmy, kiedy ma się do dyspozycji skromne zasoby kadrowe.
Zdarza się, że jej
inspektorzy ulegają biurokratycznemu rytualizmowi i koncentrują się na tym, by mieć porządek w papierach, bo są rozliczani z efektywności formalnej. W trakcie kontroli zależy im na tym, żeby wszystko było w porządku. Nie zawsze drążą tematy, choćby mogli. Dodatkowo, jeżeli na jednego inspektora przypada zbyt wiele zgłoszeń, to zaczyna pracować pod presją. Wszyscy wiemy, że przeciążenie
pracą nie wpływa dobrze na jej jakość.
Połowa Polaków nie ufa inspekcji - tak wynika z badania TNS OBOP. Dlaczego? - Polacy generalnie nie ufają sobie nawzajem, a tym bardziej instytucjom publicznym. Niektórym z nich są jednak skłonni okazywać sympatię, bo uważają, że przeciętnemu człowiekowi nie zaszkodzą, a czasem mogą nawet pomóc. Do nich zalicza się PIP, podobnie jak Rzecznik Praw Obywatelskich czy rady pracowników. Sympatia nie jest jednak równoznaczna z wiarą w efektywne działanie. Idziemy do inspekcji, bo nic nas to nie kosztuje, a może coś da.
Wyobraźmy sobie inną sytuację - nagle 100 proc. obywateli ufa inspekcji i śle skargi na potęgę. Co by się stało? Po prostu sparaliżowałoby to inspekcję, tym bardziej że ustawowo musi odpowiedzieć na skargę w 30 dni.
Czyli instytucje kontrolujące warunki pracy, nawet jeżeli robią to średnio efektywnie, są potrzebne? - Bezwzględnie potrzebne, ponieważ wymiar sprawiedliwości nie jest zbyt skuteczny. Ponadto związki zawodowe są w Polsce słabe, podobnie jak inne formy reprezentacji interesów pracowniczych, a układy zbiorowe pracy mają marginalne znaczenie. Wobec braku takich buforów pozostaje inspekcja, nawet jeśli mamy zastrzeżenia do jej funkcjonowania. Krytyka, często zasadna, nie powinna się przeradzać w nawoływania do likwidacji PIP w imię niesprecyzowanych bliżej oszczędności budżetowych. Należy pomyśleć, jak poprawić podstawy jej działania, aby mogła wspierać osoby pracujące, ale niebędące pracownikami najemnymi, jak samozatrudnieni czy osoby pracujące na umowach cywilnoprawnych.
W którym kraju odpowiednik PIP działa najlepiej i co wyrokuje o jego skuteczności? - Trudno tu porównywać, ponieważ inspektorat pracy w każdym kraju ma specyficzne kompetencje. Wiele europejskich inspektoratów definiuje misję w kategoriach polepszania środowiska pracy, jak ma to miejsce choćby w Szwecji. Tam inspekcja pozycjonuje się jako partner stron stosunków pracy i wyciąga do nich rękę. W Holandii od początku tego roku inspekcja jest częścią szerszej struktury obejmującej dawny inspektorat pracy, inspekcję zatrudnienia i dochodów oraz tzw. wywiad społeczny i dochodzenia. Współpracuje przy tym z administracją skarbową i celną oraz policją, co, reasumując, pozwala jej na roztoczenie kompleksowego nadzoru nie tylko nad warunkami pracy, ale też nad rynkiem pracy jako całością. O skuteczności inspekcji pracy w danym kraju decydują głównie dwa czynniki: poszanowanie dla instytucji oraz skuteczność egzekucji prawa. Jeśli brak pierwszego, to inspektorat jest zawieszony w próżni, a bez współpracy podmiotów ze swojego otoczenia nie może być skuteczny, zaś w przypadku braku drugiego jakiekolwiek sankcje nakładane przez inspektorat nie mogą być traktowane poważnie.
Jaki byłby pana zdaniem idealny inspektorat? - W skrócie: inspektor działa jak doradca, a nie rewizor, którego głównym motywem działania jest przyłapanie kontrolowanego na łamaniu prawa. W pierwszej kolejności udziela pouczenia, a dopiero w razie niezastosowania się nakłada karę. W takim wypadku powinna być ona egzekwowana bezwzględnie i drobiazgowo.
Gdyby, jak w licznych krajach europejskich, istniały w Polsce silne reprezentacje interesów pracodawców i pracowników, większość spraw z dziedziny zainteresowania PIP można by rozstrzygać w drodze negocjacji, bez konieczności nadmiernego angażowania w nie państwa.
Innymi słowy, inspektor wchodzi do firmy, rozmawia z pracodawcą i pracownikami, po czym ustalają, co robić, by poprawić warunki pracy, a przyjęte w ten sposób rozwiązania są respektowane. W najmniejszych firmach inspektor powinien być także źródłem wiedzy prawnej, edukując pracodawców, którym nieraz brakuje wiedzy w zakresie prawa pracy. W sytuacji deficytu kapitału społecznego w naszym kraju model ten nie wydaje się jednak obecnie możliwy do urzeczywistnienia.
*Dr Jan Czarzasty pracuje w Katedrze Socjologii Ekonomicznej Szkoły Głównej Handlowej w
Warszawie, jest ekspertem Instytutu Spraw Publicznych