Wyjechać do Chin, by uczyć angielskiego

Dominika Karp
2008-05-15, ostatnia aktualizacja 2007-10-24 11:39
Agata i Piotr już w Chinach
Agata i Piotr już w Chinach

- Czego nam najbardziej brakuje? Dostępu do Wikipedii, taniej czekolady, kiełbasy i żółtego sera - mówią studenci Agata i Piotr. Oboje wzięli urlopy dziekańskie i wyjechali na rok do Chin, gdzie uczą angielskiego.



SONDAŻ
Chciał(a)byś pójść w ślady Agaty i Piotra?

Tak
Nie
Nie wiem

Agata Stola jest po drugim roku prawa na Uniwersytecie Warszawskim, jej chłopaka - Piotra Sobczyka - czeka ostatni rok politologii na Uniwersytecie Marii Curie - Skłodowskiej. Do Szanghaju polecieli w połowie sierpnia. Na lotnisku przywitał ich różowy transparent i przedstawiciele Yangzhou College of Education. Pierwszą rzeczą, jaką spróbowali w Chinach była zbożowo-ryżowa mrożona herbata (naszym bohaterom raczej nie smakowała). Po czterech godzinach podróży dotarli do niewielkiej, ośmiomilionowej gminy - Gaoyou. Mówią, że o wyjeździe do państwa kontrastów myśleli od zawsze. Agata chciała zerwać z rutyną na uczelni, Piotr zawsze chciał się nauczyć Wu Shu. I to koniecznie u źródła.

Dominika Karp: W jaki sposób szukaliście pracy? Na własną rękę?

Piotrek: Pracy szukaliśmy w sieci. W sumie zajęło nam to ponad dwa miesiące. Znaleźliśmy niezłego pośrednika, a właściwie to nawet kilku. To oni szukali nam ofert. My tylko wybraliśmy tę, która odpowiadała nam najbardziej. Przed wyjazdem zdaliśmy egzamin na certyfikat CAE. Najlepiej jednak mieć już na koncie studia (jakiekolwiek) i zdobyty certyfikat potwierdzający znajomość języka angielskiego dla nauczycieli, np. CELTA, czy TEFL.

Nam się udało, ale wiemy, że podczas szukania pracy w sieci trzeba bardzo uważać. Kontrakty są naprawdę bardzo różne, a warunki, które zawierają często są niejasne i można się nieźle wkopać. Powiem szczerze, że w pewnym momencie mieliśmy już dosyć czytania kolejnych ofert i szukania kruczków. Chcieliśmy przede wszystkim pojechać w ciepłe miejsce do centrum Chin, tak żeby mieć blisko do Szanghaju, Pekinu i innych ośrodków kulturalnych. Rozterki? Cała masa: inna kultura, egzotyczny język, daleko od domu i znajomych. I to wszystko w dodatku przez cały rok. Do samego końca baliśmy się, że przylecimy i nikt nas nie odbierze z lotniska, że nie będziemy mieli gdzie spać i co jeść... W końcu wszystko było umówione tylko przez internet.

Agata: Najczarniejsze wizje miałam na tydzień przed wyjazdem. Potęgowała je oczywiście moja rodzina. W pewnym momencie nie wiedziałam, czy naprawdę chcę jechać. Zaopatrzyłam się we wszystkie potrzebne, a nawet niepotrzebne leki i wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, a mogłam zabrać tylko 20-kilogramowy bagaż. Co kobieta może zapakować w taką małą walizkę?

Skąd w ogóle pomysł na Państwo Środka? Nie myśleliście o tym, żeby na początek wybrać może mniej egzotyczny kraj?

Piotrek: O wyjeździe do Chin myślałem od zawsze. Zawsze lubiłem Tai Chi, Kung Fu i generalnie kulturę chińską. Już trzy lata temu szukałem jakichś możliwości wyjazdu. Zależało mi jednak na dłuższym pobycie. Nigdy nie interesowały mnie np. dwutygodniowe wycieczki, podczas których niewiele można zobaczyć, nie mówiąc już o poznaniu kultury. Rok to było dla mnie minimum, ale wtedy wciąż brakowało mi pieniędzy, a poza tym chciałem jeszcze postudiować. Osobom, które myślą o takiej przygodzie, mógłbym powiedzieć, że nie jest to wyjazd dla wszystkich. Trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia i chęci do pokonywania dość denerwujących przeszkód, np. bariery językowej, niezrozumienia obyczajów, itp. Zawsze marzyłem o tym, żeby trenować Wu Shu (upraszczane u nas do Kung Fu) w Chinach - i to marzenie udaje się teraz spełnić. Trenujemy oboje codziennie po półtorej godziny.

Agata: Ja szukałam jakiegoś sposobu, żeby zrobić coś dla samej siebie, żeby zerwać z rutyną na uczelni i przy okazji zobaczyć trochę świata. Chiny zawsze wydawały mi się idealną opcją - mimo, że jesteśmy jeszcze studentami dały nam szansę na pracę i oczywiście zwiedzanie.

Jakie były wasze pierwsze wrażenia po przyjeździe?

Agata: Gaoyou, w którym mieszkamy i pracujemy to małe miasteczko w prowincji Jiangsu. Cała gmina liczy ok. ośmiu milionów mieszkańców i w Chinach to nadal oznacza mało. Ludzie utrzymują się tu z prowadzenia sklepików albo pracują w fabrykach. Okoliczne wsie utrzymują się z rolnictwa lub łowienia ryb. Jest tu tylko jeden college i szkoła średnia.

Po przyjeździe zaskakiwało nas wszystko i to na każdym kroku, np. zwariowany ruch uliczny i panujący tu, ogólny brud. Najbardziej zadziwiające były jednak reakcje ludzi. Jesteśmy jedynymi cudzoziemcami w mieście i gdziekolwiek się nie pojawimy wzbudzamy zainteresowanie, są szepty, uśmiechy, zaciekawione spojrzenia.

Piotrek: Obawialiśmy się, że nie będziemy mogli kupić artykułów do których przywykliśmy w Polsce - jedzenia, kosmetyków leków itp. Okazało się, że niemal wszystko można tu dostać. No może poza normalnym chlebem, czekoladą, śmietaną, masłem, normalną wędliną i niektórymi przyprawami.

Jesteście w Chinach od połowy sierpnia. Czego Wam najbardziej brakuje?

Piotrek: Szybszego internetu, dostępu do Wikipedii, tańszej czekolady, żółtego sera, a w telewizji większej ilości kanałów anglojęzycznych (mamy tylko jeden - CCTV 9).

Agata: Rodziny, kiełbasy i moich kotów.

Uczycie w college'u nauczycielskim. Jak Wam się pracuje?

Agata: Sporym zaskoczeniem było dla nas to, że w klasach jest po ok. 50 osób, a w każdej jest średnio zaledwie po trzech chłopców. O studentach, z przyczyn oczywistych nie chcemy się za bardzo wypowiadać. Powiedzmy tylko, że edukacja w Chinach kuleje i opiera się na uczeniu na pamięć. Sami Chińczycy są niesamowicie serdeczni i gościnni. Uwielbiają jeść i mają świetną kuchnię. Czasem są trochę uparci, albo robią coś w sposób, którego my nie rozumiemy. Tego nie da się opisać - to trzeba zobaczyć i przeżyć. Każdy uniwersytet ma zwykle nauczyciela z innego kontynentu - z Ameryki, Australii, czy Europy. Z naszych obserwacji wynika, że najbardziej cenieni są właśnie Amerykanie, Brytyjczycy i Australijczycy. Zaraz po nich wszyscy inni "biali". Kolor skóry jest tu bardzo ważny, jeśli chodzi o staranie się o pracę. Dogadać się nie jest łatwo. Po angielsku nie mówi nikt poza studentami i nauczycielami angielskiego. Poziom uczniów nie należy do najwyższych i czasami zdarzają nam się chwile zwątpienia, a nawet załamania. Angielski jest tu teraz bardzo modny, ale Chińczycy nadal nie mają pomysłu jak go skutecznie uczyć.

Piotrek: Mieszkamy w szkolnym campusie. Warunki mamy dobre: pokój z łazienką i kuchnię z pełnym wyposażeniem. Zarobki, jak na warunki chińskie są dość dobre, chociaż to żadne kokosy i do domu raczej niczego nie przywieziemy. Oszczędzając można tu za te pieniądze podróżować i dosyć swobodnie żyć. W ofertach pojawiają się zwykle kwoty w granicach od 3 do 8 tys. RMB. Zarobki zależą oczywiście od kwalifikacji, ilości godzin, miejsca pracy i typu szkoły. W przedszkolach zarabia się więcej. 8 tys. wyciągnąć jest raczej trudno, ale osobie z doktoratem i doświadczeniem mogłoby to się udać. Pracujemy 18 godzin tygodniowo. Dodatkowo, raz w tygodniu, prowadzimy kącik języka angielskiego. Weekendy mamy wolne.

Co Chińczycy wiedzą o Polsce?

Piotrek: Zwykle nie wiedzą, gdzie jest na mapie. Znają Chopina i Kopernika, i to by było generalnie na tyle.

Niedawno zaczęliście uczyć się chińskiego. Jak wrażenia?

Piotrek: Chiński jest kosmicznie trudny. Wszystko w nim jest inne od tego, czego się uczyliśmy do tej pory. Poza tym sami Chińczycy nie zawsze potrafią przeczytać co jest napisane. Chińskie znaki są nie do nauczenia, a mówienie wymaga użycia tonów i to jest chyba najtrudniejsza część nauki.

Agata: Studentka pocieszyła mnie mówiąc, że oni sami, gdy czytają gazetę muszą czasem sięgnąć po słownik, bo nie znają niektórych liter. Pan Sun powiedział nam, że aby móc swobodnie czytać trzeba znać, bagatelka, jedyne 3 tys. znaków. Czarno widzimy tę naukę, ale się nie złamujemy.

Jakie formalności musieliście spełnić, żeby wyjechać?

Agata: Oczywiście zdobyć wizę - na początek wystarczy turystyczna. Wizę pracowniczą i pozwolenie na pobyt w Chinach wyrabia się już na miejscu. Nam wszystkie te formalności załatwiła to szkoła, w której pracujemy. Żeby móc zostać na rok musieliśmy zrobić szczegółowe badania, w tym test na wirus HIV.

Otrzymaliście też certyfikat zagranicznego eksperta? Co to takiego?

Certyfikat eksperta przyznawany jest głównie nauczycielom pracującym w szkołach publicznych. Dobrze go mieć np. w przypadku problemów z kontraktem.

  • 86 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

  • Wyjechać do Chin, by uczyć angielskiego ma_skal 26.10.07, 09:12

    Czy ktos ma jakies sprawdzone namiary na posrednika organizujacego tego typu wyjazdy? W internecie mnostwo jest tego typu ofert, ale wolalabym cos sprawdzonego;) Bardzo prosze o informacje »

  • Wyjechać do Chin, by uczyć angielskiego ppo555 28.10.07, 19:24

    Mój Szanghaj,Ja 25 sierpnia opuściłam mój pokój w w akademiku na 13 piętrze i dobrze pamiętam, że było mi trochę smutno, jak wsiadałam do cifulieche zwanego maglev’em by w kilka »

  • Poradnik - Jak zostać nauczycielem w Chinach shenme 21.09.10, 13:30

    W Chinach mieszkam od kilku lat, pracowałem między innymi w charakterze lektora języka angielskiego. Właśnie napisałem poradnik, który zawiera informacje na temat szukania pracy, zarobków i »