Nie pracują, a zarabiają - jest czego zazdrościć?

Michał Sielski
2008-04-10, ostatnia aktualizacja 2008-04-11 10:09
Zachód słońca w Kołobrzegu
Zachód słońca w Kołobrzegu
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG

Inwestują na giełdzie, zarabiają na wynajmowaniu mieszkań, albo korzystają z tego, co zarobili wcześniej. Podobno niemal każdy marzy, by żyć jak oni - nie wstawać codziennie rano i nie "tracić" całego dnia w pracy.

11 kwietnia - Ogólnopolski Dzień Walki z Bezrobociem

Wielu dzisiejszych 30-latków marzy już emeryturze. Stały dopływ gotówki, pobudki zgodne z zegarem biologicznym, a nie z budzikiem i niemal nieograniczony czas wolny. Niby nic nie stoi na przeszkodzie, brakuje tylko tego stałego dopływu gotówki.

Kiedyś wydawało się to dużo łatwiejsze. Wystarczyło uzbierać odpowiedni kapitał i żyć z hossy na giełdzie. Niektórzy uwierzyli, że indeksy będą zielenić się cały czas i zrezygnowali z pracy. Różnie na tym wyszli.

Hulaj dusza, piekła nie ma

Marek, który prosi, by nie podawać jego nazwiska, żyje z tego, co zarobi na giełdzie. Trzy lata temu dostał w sumie 300 tys. zł. Tyle zostało oszczędności po tragicznie zmarłych rodzicach. Był jedynakiem. Ma trzypokojowe mieszkanie w zwykłym bloku w jednej z gdańskich dzielnic. Żonę, która pracuje w urzędzie. Nie ma i nie planuje dzieci. Ma 42 lata.

- Nie byłem żadnym górnikiem czy kolejarzem, więc na wcześniejszą emeryturę nie miałbym szans. Gdy rzuciłem robotę, miałem przed sobą perspektywę jeszcze ponad 25 lat harówy. Na samą myśl o tym "łapałem doła" - wspomina.

Pracował jako zastępca szefa marketingu i reklamy w sieciowym salonie samochodowym znanej marki. Wiodło mu się nieźle. Z premiami zawsze miał więcej niż średnią krajową, dodatkowo pensja żony i żadnych obciążeń - dzieci, kredytów...

- Ale dostawałem szału, gdy w niedzielę pomyślałem, że następnego dnia punktualnie w południe będzie wielka narada, na której spędzę kilka godzin i z której nic nie wyniknie. Znowu bicie piany i korporacyjna papka. Powiedziałem wreszcie dość - wyjaśnia.

Gdy dostał spadek, miał już za sobą dwuletnie doświadczenie na warszawskiej giełdzie. Grał z niezłym skutkiem (zarabiał 30-40 proc. rocznie), ale małym kapitałem. Cały czas trzymał się swojego planu: pierwszy milion zarobi na giełdzie i będzie mógł zrezygnować z pracy. Będzie podróżował i odpoczywał. Przy takiej stopie zwrotu z inwestycji, wystarczy na dostatnie życie dwóch osób. Gdy dostał niespodziewane pieniądze, postanowił zrewidować plan. 30 procent z 300 tys. zł to 90 tys. zł rocznie. To trzy razy więcej niż jego roczna pensja. - Pomysł był tak prosty, że aż oczywisty. Z roku na rok osiągałem coraz lepsze rezultaty, a nie miałem czasu, by całkiem się w to zaangażować. Więcej czasu przed monitorem zdawało się gwarantować większe zyski, więc długo się nie zastanawiałem. Wysmarowałem do wszystkich w pracy maila, napisałem co sądzę o naszych poniedziałkowych zebraniach i złożyłem rezygnację. Od następnego miesiąca miało być tylko lepiej - uśmiecha się Marek.

I było. Na giełdzie szalała hossa. Dziś analitycy mówią o niej, że nawet większość małp by wtedy zarobiła... Rosły ceny akcji niemal wszystkich spółek. Niektóre w zawrotnym tempie. Marek zarabiał więcej niż zakładał.

- Żyłem jak król, a żona była ze mnie dumna. Jeździliśmy na Bora Bora, do Peru, Egiptu... A kasy przybywało. Jak wyjeżdżałem na wakacje to nawet nie sprzedawałem papierów. Wracam do domu i po dwóch tygodniach mam 40 tys. więcej! Byłem zachwycony! Przecież w tym czasie nic nie robiłem: pływałem na desce i leżałem na plaży...

Pierwsza korekta trochę ostudziła jego zapał. Nie docenił, że może być tak głęboka, nie sprzedał w porę akcji. Cały czas czekał na odbicie. I się doczekał, ale przez kilka miesięcy wartość jego akcji dramatycznie spadała.

- Co miesiąc sprzedawałem część akcji ze stratą za ok. 3 tys. zł, żeby mieć za co żyć. Żonie ani słowa, ale w końcu się zorientowała, bo zacząłem coraz więcej siedzieć przed komputerem. Pięć, sześć, potem już po dwanaście godzin dziennie. Kawa, herbata, łazienka, sucha bułka. Przekonałem się, że giełda to nie jest łatwy kawałek chleba. W dzisiejszych czasach jak zarobię 2 tys. miesięcznie to jestem zachwycony. Najczęściej jednak co miesiąc kapitał topnieje. A coś muszę przecież jeść... Teraz od giełdy odpoczywam tylko w soboty. W tygodniu sesje od rana do popołudnia, potem komunikaty ze spółek, analiza wykresów, czytanie informacji w internecie. Kilka lat temu byłem okazem zdrowia. Mogłem nurkować, skakać na bungee, jeździłem na rowerze, pływałem. Dziś mam już solidne okulary, boli mnie kręgosłup, bo ciągle siedzę, chce mi się spać, bo nie mam czasu na siłownię. Nie wyjechałem nigdzie od 14 miesięcy... Giełda to strasznie ciężka robota. Trzeba się nie tylko znać, ale mieć dużo szczęścia. Podczas bessy dobre spółki też tracą na wartości. Jedyne co mnie pociesza i oddala myśli o powrocie do etatowej pracy to pewność, że prędzej czy później znowu zacznie się hossa, znowu będzie Bora Bora. Ale już bez 300 tys. zł rezerwy...

Czym chata bogata

Włodzimierz Augustyniak jest w podobnej sytuacji. Też zawdzięcza kapitał rodzicom. A jego kapitał, to cztery mieszkania w Gdyni. Jedno w prestiżowej dzielnicy Kamienna Góra. Pół willi, w której mieszka z żoną i dwiema córkami. Trzy pozostałe są rozsiane niemal na granicach miasta. Augustyniak żyje z ich wynajmu i twierdzi, że cały czas musi tam jeździć. Po co?

- Jak to po co? Podpisać umowę, przedłużyć umowę, spisać liczniki, zawieźć rachunki, pojechać po pieniądze... Wyliczać mogę długo - zapewnia.

Wydawałoby się, że to nic wielkiego, ale Augustyniak obrusza się, gdy mówię, że w sumie może uzbierają się dwa dni "pracy" w miesiącu. A dochód to 3-6 tys. zł miesięcznie w zależności ile mieszkań, komu i na ile wynajmuje. Dochodzi do tego pokaźny wzrost wartości jego nieruchomości, jaki zwłaszcza w ostatnich latach miał miejsce. Mieszkania są teraz w sumie warte grubo ponad 1,5 mln. zł.

- Wszyscy myślą, że to takie proste, bo wystarczy znaleźć najemcę. A to nieprawda. Kiedyś korzystałem z oferty biura nieruchomości, które wszystko miało robić za mnie. I robiło, ale jak po roku obejrzałem jedno z mieszkań, to złapałem się za głowę: ściany porysowane przez dzieci, meble pogryzione przez psa, wszystko zaniedbane, jakby jakieś dzikusy tam żyły. Remont kosztował prawie 15 tys. zł, za wynajem dostałem wtedy dokładnie 22400 zł. Powiedziałem: dość. Od tamtej pory sam wybieram, komu wynajmę mieszkanie i sam wszystko załatwiam - podkreśla gdynianin.

Przez ten czas nabrał już trochę doświadczenia. Według niego najlepszymi najemcami są ludzie, którzy są ściągani do pracy przez swoje firmy. Rodziny zostają w innych miastach, a menadżer przyjeżdża do Trójmiasta. Po pierwsze: firmy nie kręcą z pieniędzmi, nie proszą o rozłożenie na raty, nie mówią, że "dadzą po świętach" itp. Po drugie: taki człowiek praktycznie tam nie mieszka, więc raczej nic nie zniszczy. Zazwyczaj pracuje od rana do wieczora i przyjeżdża się tylko wyspać. A w weekend nie zaprasza znajomych i nie robi imprezy, tylko pędzi do rodziny.

Przekonał się także do studentów. Woli ich niż rodziny z małymi dziećmi i zwierzętami. Przez ostatnie lata coraz trudniej bowiem wynająć mieszkanie komuś sensownemu. - Młode rodziny jak tylko mogą, biorą kredyt. No bo po co mają płacić komuś i w dalszym ciągu nic nie mieć, jak mogą spłacać własne mieszkanie? Dlatego na tym rynku pozostały tylko cztery grupy: "przesiedleni" pracownicy, studenci, urlopowicze i kombinatorzy. Dwie ostatnie dla mnie odpadają, więc jest coraz ciężej - przekonuje Augustyniak, który kiedyś brał pieniądze za pół roku z góry. Teraz ciężko przekonać kogoś, by zapłacił kaucję w wysokości 2 tys. zł. i czynsz za trzy miesiące.

Wybranie najemcy to jednak dopiero pierwszy krok. Potem trzeba spisać umowę i to taką, która w świetle kulawego polskiego prawa pozwoli na ewentualne wyrzucenie nie płacących lokatorów. I wtedy się dopiero zaczyna... - Nie każdy płaci, nie każdy płaci na czas, nie każdy płaci od razu wszystko - wylicza Augustyniak. Twierdzi, że w sumie do trzech mieszkań musi tylko po pieniądze za wynajem pojechać ok. sześciu razy w miesiącu. Dlatego tak walczy o umowy z firmami. A przed świętami bywa jeszcze gorzej. Zaczynają się utyskiwania na pracodawców, drożyznę w sklepach, prośby o raty...

Do tego dochodzą rachunki, które Augustyniak woli płacić sam. Prąd, gaz, woda, kablówka - wszystkie są przysyłane do niego do domu, wszystkie w innych terminach. Większość trzeba zapłacić "za trzy dni", bo poczta jest niewydolna. Więc bierze je i z każdym rachunkiem jedzie do lokatorów. Oni dają pieniądze, on płaci.

- Jak jest jakiś problem, to codziennie muszę coś załatwiać. Jak nie ma, to mam wolne piątki - rozkłada ręce. To załatwianie zajmuje jednak maksymalnie dwie godziny dziennie. Cały dzień ma dla siebie. Chodzi do kina, gra w tenisa, zajmuje się ogródkiem. - Wiem, że inni pracują dużo dłużej, często ciężej. Nie mam prawa narzekać. Ale to nie jest tak, że cały dzień się byczę. Jedni po prostu mieli więcej szczęścia w życiu, inni mniej - uśmiecha się szeroko.

American dream Polaka

Grzegorz, który mieszka teraz w USA i używa tam imienia Greg, mógł tylko marzyć o takim starcie. Zaczynał praktycznie od zera, do wszystkiego doszedł sam. Był chłopcem z przeciętnej polskiej rodziny, która borykała się z niedostatkami i absurdami PRL-u. Rodzice wychowali go jednak na światłego i ciekawego świata człowieka, który szybko skorzystał z możliwości "naukowego" wyjazdu do USA podczas studiów. Wyjazdu, z którego oczywiście nie wrócił.

W Stanach skończył studia, podczas których pracował dorywczo, by się utrzymać. Cały czas starał się też rozwijać wymyślony przez siebie program, który służył do szyfrowanego przekazywania danych przez internet. Podobno przeciętny człowiek, nie związany z branżą informatyczną, nie ma szans zrozumieć na czym działanie tego programu polega. Potwierdzam, tłumaczył mi.

Po studiach założył własną firmę, a gotowy produkt sprzedał kilku przedsiębiorstwom. Po kilku latach zatrudniał już 30 programistów, którzy po paru kolejnych tworzyli przeróżne programy i całą masę udoskonaleń tych już działających. Gdy miał 30 lat dostał pierwszą ofertę sprzedaży firmy. - Byłem w szoku. Te zera mieniły się w oczach. Kupcy przekonywali, że to niesamowita okazja. Gdybym miał podjąć decyzję w jeden dzień, na pewno zgodziłbym się na ich cenę bez żadnych negocjacji. Ale dali mi tydzień i to był ich błąd - zaznacza Grzegorz.

Udał się do firmy, która zajmuje się wyceną przedsiębiorstw. Zazwyczaj wycena firmy tej wielkości zajmuje miesiąc, ale to przecież Ameryka, nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście jeśli zapłaci się sporo ekstra. Po czterech dniach miał gotową wycenę. Według niej firma była warta prawie dwa razy więcej.

- I kolejny szok. Wróciłem do rozmów, podałem dwa razy wyższą cenę i ku mojemu zdziwieniu nadal byli zainteresowani. Postanowiłem więc zakończyć negocjacje i ochłonąć. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że pracuję 12 godzin dziennie, a jestem niesamowicie bogaty. Niesamowicie - podkreśla Grzegorz.

Firmę sprzedał kilka lat później, nie chce powiedzieć za ile. Ma 45 lat i od kilku jest już na "emeryturze". Ma dom w Kalifornii z polem golfowym, mieszkania w Paryżu i Polsce. Gdy przylatuje do Europy woli spać u siebie niż w hotelach... Zajmuje się głównie podróżowaniem i jak sam przyznaje nadrabianiem zaległości. Robi wszystkie rzeczy, na które przez ostatnie 25 lat nie miał czasu ze względu na pracę. Zwiedza, gra w golfa, do Disneylandu pojechał po raz pierwszy na 40. urodziny. - Dopiero teraz odkryłem, a właściwie wciąż odkrywam ile przyjemności daje np. dwugodzinna kolacja w dobrej, włoskiej restauracji. Nie żebym tyle jadł, ale lubię posiedzieć przy świeczce i winku. Posiedzieć i nie myśleć, że jutro muszę rano wstać, mam trzy spotkania, cztery prezentacje, kilka rozmów itd. Albo posłuchać własnego organizmu i w środku dnia uciąć sobie drzemkę, bo akurat zachciało mi się spać... - rozmarza się.

Mimo góry pieniędzy uzyskanej ze sprzedaży większości udziałów w firmie, zostawił sobie pakiet akcji, który pozwala mu uczestniczyć w zebraniach zarządu. Zawsze na nie przylatuje, nawet gdy trzeba zrobić przerwę podczas pobytu w rodzinnej Warszawie czy innym europejskim mieście. - To przecież moje dziecko! Nie mogę nie wiedzieć co się z nim dzieje, w jakim kierunku się rozwija, jakie decyzje podejmuje i dokąd zmierza. To już się na pewno nie zmieni, tym bardziej, że w firmie traktują mnie z szacunkiem. Nie jak starego, zrzędliwego dziadka, który chce wtrącić swoje trzy grosze, tylko jak fachowca, który często wie na dany temat więcej od nich. Ale Amerykanie generalnie zdają sobie sprawę, że nie są najmądrzejsi na świecie i słuchają innych. To ich największa zaleta. Dlatego na pewno zostanę to na stałe i mam nadzieję, że dzięki rewelacyjnej opiece medycznej będę żył szczęśliwie ze 100 lat - kończy z entuzjazmem Grzegorz.

Zobacz więcej na temat:

  • 71 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów