Maciej Hyży jest na co dzień biegłym rewidentem i wiceprezesem zarządu prężnej gdyńskiej firmy "Biuro Ekonomiczno-Prawne Promar". Zajmuje się m.in. badaniem bilansów przedsiębiorstw, a także pomaga w zarządzaniu. Czas pracy - oczywiście nienormowany. Znaczy to tyle, że często z domu wychodzi bladym świtem, a wraca, gdy jego córki kładą się już spać. - W pracy nie mogę pozwolić sobie na chwilę rozprężenia, bo jest ona bardzo odpowiedzialna. Dlatego czasami wolę sprawdzić coś po raz kolejny i mieć spokojne sumienie, niż potem poprawiać własne błędy - podkreśla Hyży, który mimo natłoku obowiązków nigdy nie stronił od dodatkowych zajęć. Pisze artykuły na temat finansów i rachunkowości do branżowych periodyków. Jest także biegłym sądowym, przygotowuje ekspertyzy, głównie w sprawach gospodarczych. To jednak nie wszystko, bo często musi się też stawić w sądzie i na rozprawach wyjaśniać nieścisłości, które znalazł w dokumentach. Czasu wolnego nie ma więc prawie wcale. Z córkami widuje się głównie w weekendy, a żona Katarzyna śmieje się, że z dzieciństwa zapamiętają swojego tatę nieustannie ślęczącego nad laptopem. - Już niedługo nieco zwolnię - obiecuje Hyży. - Będę pracował mniej, a zaoszczędzony czas poświęcę na dokończenie doktoratu - uśmiecha się. - A gdy to będę miał już za sobą, na pewno znajdę więcej czasu dla mojej rodziny - podkreśla.
Dorabiają głównie specjaliści
Takich jak on, są w Polsce tysiące. Nasi rodacy masowo dorabiają. Często z przymusu, bo z jednej pensji nie sposób opłacić kredytów i żyć na poziomie, na którym by chcieli. W tej grupie jest jednak także wielu przedstawicieli zawodów, powszechnie uważanych za dochodowe. - Wielu specjalistów pracuje dużo więcej niż przeciętnie. Statystyki pokazują, że w ostatnich latach w krajach wysoko rozwiniętych liczba ludzi dorabiających po pracy cały czas jest spora. Z drugiej strony jest też dużo osób, które pracują bez umowy o pracę lub w niepełnym wymiarze czasowym. Tak jest na całym świecie. Z reguły profesjonaliści pracują dużo więcej, ale ma to pozytywny wpływ na gospodarkę. Nie zabierają miejsca bezrobotnym, bo lekarza, który pracuje w szpitalu i ma prywatny gabinet czy pracownika uczelni, który jest architektem i prowadzi własne biuro, trudno będzie zastąpić ludźmi nie mającymi pracy. Oni po prostu najczęściej nie mają odpowiednich kwalifikacji, by wykonywać takie zajęcia - mówi prof. Piotr Dominiak, dziekan Wydziału Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej. - To jednak nie jest dobra sytuacja z punktu widzenia tych ludzi, bo z czasem może się to odbić na ich zdrowiu oraz efektywności - dodaje.
W Polsce nadal mamy bezrobocie, ale pracowników nie może znaleźć wiele firm. Winna jest "szara strefa", w której wciąż pracuje 1,3-1,4 mln osób, co wynika z badań przeprowadzonych ostatnio na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. - Jakieś 9-10 proc. osób zatrudnionych, wykonuje pracę w szarej strefie. Dla większości z nich, czyli 91,6 proc. taka praca jest głównym zajęciem - mówi Mateusz Walewski, specjalista z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych.
Niektórzy dorabiają do pensji nie do końca legalnie. Handlują w internecie, nie odprowadzając podatków, czy wykorzystują służbowe samochody. Jak choćby 35-letni Łukasz z średniego miasta na Pomorzu. Jego brat prowadzi firmę zajmującą się produkcją i sprzedażą wózków i krzesełek dla dzieci. Część asortymentu sprzedaje przez internet. Przesyłka kosztuje 16 zł, ale nie wszystkie dostarcza kurier. Na terenie Pomorza wiele z nich dowozi Łukasz, który używa do tego firmowego samochodu i oczywiście paliwa (jest przedstawicielem handlowym w innej firmie). Ma nawet specjalnie wydrukowany formularz z pieczątką firmy brata. Klient płaci za towar i przesyłkę i jest zadowolony, że towar dotarł tak szybko. Łukasz też jest zadowolony, bo zatrzymuje sobie 16 zł, a ma ok. 10 przesyłek w tygodniu. Jego brat również jest szczęśliwy, bo ma pewność, że przesyłka nie zginie i nie zawieruszy się gdzieś w magazynie firmy kurierskiej. Nie wiadomo tylko co na to pracodawca Łukasza, bo na razie nic o tym nie wie...
"Półkownik" też może nieźle zarobić
Wiele osób dorabia jednak całkowicie oficjalnie. Marek Brzeski z Sopotu studiuje zaocznie dopiero na drugim roku, więc w swoim zawodzie (po studiach będzie specjalistą z zakresu marketingu i zarządzania) ma na razie małe szanse na zatrudnienie. A na studia zarobić musi, więc od dwóch miesięcy pracuje w jednym z supermarketów. Zarabia 1,2 tys. zł na rękę. Pracodawca zgodził się, by z racji studiów miał wolne wszystkie weekendy. W zamian za to czasami pracuje też w nocy. Tylko, że 1,2 tys. zł wystarcza na czesne i ledwie kilka książek.
- Dlatego muszę dorabiać. Chyba, że pogodzę się z wegetacją, ale nie chcę żyć jak biedny studencik, który nie może nawet iść z dziewczyną do kina. Pracuję jako klasyczny "półkownik", czyli po prostu wykładam towar z kartonów. Żaden wstyd, jestem uczciwy i wiem, że jeszcze nie zdobyłem wykształcenia i kwalifikacji, by robić coś ambitniejszego - przyznaje. - A poza tym to świetna szkoła życia, niemal każdy menadżer w sklepie zaczynał tak, jak ja. Oprócz pracy na etacie po godzinach zajmuję się... tym samym, ale na zlecenie prywatnych firm. Niektóre z nich mają odrębne umowy ze sklepem i wizerunkiem ich produktów zajmują się wynajęci ludzie. Wizerunkiem, czyli odpowiednim ułożeniem na półce - wyjaśnia Brzeski.
Według fachowej terminologii jest merchandiserem, czyli popularnym "merczem". Za układanie proszków do prania dwa razy w tygodniu przez dwie godziny kasuje 400 zł. To jedna trzecia jego pensji. Niektórzy jego koledzy obsługują kilka takich firm. - Jeden z nich ma siedem, więc codziennie po pracy zostaje 3-4 godziny. Zdarza się, że przyjeżdża też w nocy. Znajomi z jego działu twierdzą, że w "wolne" dni dorabia jeszcze na budowie! Ja nie mogę sobie na to pozwolić, bo studia są dla mnie jednak ważniejsze. Ale gdyby nie to, mógłbym, jak Piotr, zarabiać 3-4 tys. zł, nie mając wykształcenia i szczególnych umiejętności - mówi Brzeski.
W dzisiejszych czasach dodatkową pracę można znaleźć stosunkowo łatwo. Roznoszenie ulotek czy rozwożenie pizzy nie są wprawdzie dochodowe, ale dorobić można. I wiele osób z tej możliwości korzysta. Czy jednak praca po kilkanaście godzin dziennie przez niemal cały tydzień nie jest na dłuższą metę niebezpieczna?
W skrajnych przypadkach pracoholizm może nawet skończyć się śmiercią - mówi psycholog Maryla Pellowska. - 70 proc. schorzeń psychosomatycznych powoduje nadmierny stres, który osłabia nasz system immunologiczny: zawały, wylewy czy choroba wrzodowa są jego pochodnymi. Poza tym przez całkowite poświęcenie się pracy cierpi nasze życie rodzinne. Jest to powodem rozwodów, depresji czy problemów z dorastającymi dziećmi, którym nie poświęca się odpowiednio dużo czasu. Można jednak tego uniknąć, zachowując zdrowy rozsądek i nie przekraczając pewnego poziomu stresu. A gdy już negatywne emocje się w nas nagromadzą, po prostu dać im upust. Nauczyć się wypoczywać, pójść na siłownię, odreagować fizycznie stres. Znajdźmy czas dla siebie czy rodziny i poświęćmy się jej w 100 proc., wykorzystajmy te chwile maksymalnie - podkreśla Pellowska. - Najgorsze jest jednak to, że w Polsce pracodawcy wciąż nie dostrzegają tego, że z pracoholika na dłuższą metę nie będzie dobrego pracownika. Prędzej czy później się wypali - dodaje.