- Tylko raz nie wytrzymałem. Przed dwoma laty powiedziałem glazurnikowi, żeby poszedł w diabły. Dowiedziałem się, że sprzedawał klej, który przywoziliśmy, a kupował niemal o połowę tańszy i na nim pracował. Do dziś żałuję, że się go pozbyłem. Trzeba było udawać głupiego - zaczyna swą opowieść przedsiębiorca z Pomorza, który postanowił podzielić się z nami swoim kilkunastoletnim doświadczeniem w prowadzeniu firmy budowlanej i zatrudnianiu robotników w obecnych czasach.
***
Gdy kilkanaście lat temu zaczynałem działalność, nie wiedziałem co mnie czeka. Interes szedł świetnie. Na początku zatrudniałem pięć osób, w szczytowym momencie ponad 40. Gdy potrzebowałem nowych, dawałem ogłoszenie w gazecie, albo pytałem pracowników, czy nie mają kogoś na oku. Gdy przyprowadzali kogoś, ta osoba najpierw dwa dni pracowała na zlecenie. Obserwowałem, pytałem, rozmawiałem z resztą ekipy. Jak się sprawdziła, pracowała dalej. Zasada była prosta: szansa na etat jest po trzech miesiącach. Ludzie byli zachwyceni, cieszyli się, że w ogóle mają jakąś umowę. Byli uczciwi, ja też. Żadnego kombinowania z nieterminowymi wypłatami, nic z tych rzeczy. Robota huczała, zamówień było sporo. Rok, dwa lata temu przeciętna pensja robotnika wynosiła średnio 1,5 tys. na rękę. Były jednak dodatki. Jak miałem dobry rok, to dorzuciłem coś na święta, czy przywiozłem każdemu po dwa karpie z hodowli znajomego.
Modliłem się, żeby nie wyjechali do Wielkiej Brytanii
Przez parę lat wszystko, co zarobiłem inwestowałem w ziemię rolną w okolicach małych miasteczek na Pomorzu. Dziś większość działek graniczy z domami jednorodzinnymi i albo jest już budowlana, albo niedługo będzie. Dzięki temu będę miał z czego żyć i będę mógł wreszcie rzucić ten przeklęty biznes. Bo tak dalej już się nie da. Kiedyś mogłem wyselekcjonować kandydatów, zatrudnić tych, którzy mi pasowali. A dziś? Mógłbym mieć robotę na 60 osób od zaraz, ale niektórych projektów w ogóle się nie podejmuję, bo nie mam "kim robić". Żebyśmy się dobrze zrozumieli: mam 12 pracowników, ale ośmiu z nich praktycznie nic nie umie. Tych czterech, w tym murarz i malarz, to moje największe skarby. Gdy jeszcze bardzo zależało mi na firmie, codziennie modliłem się, żeby nie wyjechali do Wielkiej Brytanii. Na szczęście mają dzieci w różnym wieku, więc nie wyjadą. Reszta to cwaniacy i kombinatorzy, w większości przede wszystkim lenie i prostaki.
Problem pierwszy: krnąbrność
Pomocnik murarza chce "na dzień dobry" 2 tys. zł miesięcznie. A przecież on tak naprawdę nic nie musi umieć, wystarczy, że wie ile łopat piasku ma wrzucić do betoniarki na jeden worek cementu. Musi też nosić, umieć jeździć taczką, umieć podać cegłę... No, ale trudno takie są prawa rynku, więc gdy zatrudniałem kolejnego, zgodziłem się na jego stawkę. Poprosiłem go więc, by spisał wszystkie swoje dane wraz z numerem konta, na które będę mógł przelewać pieniądze, a on na to: "o nie, goguś, albo kasa pierwszego do rączki, albo do widzenia". Goguś?! Dwa lata temu z takim rozwiałbym pewnie umowę. Teraz musiałem zacisnąć zęby i już. Gdybym go zwolnił, to miałbym to samo co z glazurnikiem - rąbał mnie na każdej budowie, ale przynajmniej solidnie pracował. Ludzie byli zadowoleni. Przez 2-3 lata nie będą mieli pojęcia, że płytki zaraz zaczną odpadać. Potem odszedł, a jego następcy szukam prawie dwa lata.
Problem drugi: "jakość" pracy
Ostatnio miałem zlecenie na wybrukowanie prawie 400 metrów kwadratowych przed domem w Gdyni. Właściciel konkretny, wiedział czego chce, od razu uzgodniliśmy termin i warunki. No i się zaczęło. Ekipa brukarzy ma wynagrodzenie akordowe. Od ponad roku płacę im od każdego położonego metra. Wcześniej była stawka godzinowa, ale straciło to sens, gdy musiałem stać nad nimi "z batem" niemal cały dzień. Gdy tylko pojechałem coś załatwić, po prostu siadali i nic nie robili. Zmiana systemu powinna zaowocować zwiększeniem wydajności pracy, ale zmieniło się tylko tyle, że połowa obrażonych odeszła, a zamiast nich musiałem zatrudnić byle kogo. Dosłownie byle kogo, bo nie dość, że im się nie chce, to jeszcze odwalają taką "popelinę", że szkoda gadać.
Niemal za każdym razem są niedoróbki, a numer telefonu zmieniałem już kilka razy, średnio co pół roku. Zazwyczaj dopiero po zimie okazuje się, że kostka się zapadła, bo np. pod spodem nie było piasku wymieszanego z cementem, ale sam piasek, który został później wypłukany przez wody opadowe lub gruntowe. Na szczęście nie daję żadnych gwarancji, bo bym chyba zbankrutował. A jak zmienię numer, to ludziom już się nawet nie chce szukać czy dzwonić do tych partaczy, tylko szukają innej firmy, która poprawia po nas. Mam nadzieję, że chociaż solidnie... Mam już dość tłumaczenia się wszystkim za to, że robotnicy nie wykonują poleceń. To teoretycznie moja wina, ja mam ich nadzorować, tylko jak mam to zrobić? Krzywo się spojrzę i odchodzą do konkurencji. Mam uwagę co do ich pracy, to patrzą tak, że od razu widać, że nie mają pojęcia o czym mówię. A innych po prostu nie ma. Nie ma! Alternatywa jest jedna: albo zatrudniam tych i godzę się na nerwówkę, albo firma nie działa wcale.
Problem trzeci: kultura osobista
Tydzień temu dzwoni do mnie Zbyszek, majster na budowie i mówi: "Szefie, babę totalnie popier... , czepia się i każe robić jeszcze raz, musisz pan przyjechać". Więc jadę. Najpierw diagnoza problemu. Zleceniodawczyni nie ma, pracownicy pokazują o co chodzi. Okno na pierwszym piętrze jest wyżej o jakiś 3-4 cm od tego, które jest dwa metry obok. "Tak wyszło, ale przecież to będzie w innym pokoju, więc co za różnica?" - słyszę. Szlag mnie trafił! Ale to dopiero początek. Po kilkunastu minutach przyjeżdża kobieta z mężem i mówi, że wyprasza sobie takie traktowanie. Tłumaczę jej, że to nieporozumienie, że zaraz to zaczniemy poprawiać, to tylko pomyłka, ktoś źle podmurował, bo nie spojrzał na plany i nie ma sprawy. Tylko, że kobiecie wcale nie chodzi o okno, bo poprawienie okna jest dla nią sprawą oczywistą. Mówi, że nie życzy sobie by moi pracownicy nazywali ją "babą" i mówili, że ją popier... Okazało się, że Zbyszek dzwonił po mnie, stojąc metr od niej! Gdy pytam się przy wszystkich czy tak było, mówi ze swoim kretyńskim uśmieszkiem, że "przecież prawdę mówił". Do akcji wkroczył więc mąż. Koniec budowy, nie będzie tynkowania, nie będzie wykańczania, nie będzie kasy. A ten kretyn się śmieje, że im pokazał, a roboty jest przecież pełno i zaraz podłapiemy kolejną. Zwolnić Zbyszka? Nie mogę. Nie mam nikogo na jego miejsce. Zna się na robocie, chociaż wszystko olewa. Jak mu się chce to może pałac zbudować. Ale coraz częściej mu się nie chce i wcale nie udaje, że tak nie jest. Ma już 40 lat i twierdzi, że już się w życiu narobił...
Niestety muszę go czasami brać na pierwsze rozmowy z klientami. Potrafi doradzić, wskazać lepsze rozwiązanie, podpowiedzieć. Ale cały czas żre ten cholerny słonecznik i pluje łupinkami tam, gdzie stoi. Rozmawiam z facetem, który przyjechał czyściutką terenówką w modnym garniturze, a Zbyszek stoi obok i co chwilę pluje nam pod nogi! Nie mówię już o tym, że podczas rozmowy bez "łaciny" się nie obejdzie. Desek nie można przyciąć, ale "upierd...", muru nie można zburzyć, ale "rozjeb...", a w ogóle to nie będzie tu "dużo pracy", tylko "zap...ol".
Problem czwarty: prowadzenie się
Robót poza moim terenem unikam, bo już się na tym sparzyłem. Pracownikom trzeba zapewnić nocleg, a to jest istna tragedia. Co tam się dzieje, panie. Przede wszystkim podczas wyjazdowych prac wielu z nich chce dostawać dniówki, a już co najmniej tygodniówki. Biorą kasę i po prostu chleją jak świnie. Wstają na kacu, zioną wódą i pracują trzy razy wolniej. A potem dzwonią do mnie ich żony, pytając co ja im tam każe robić i czemu nie płacę, bo mąż przyniósł tylko tysiąc złotych na utrzymanie trójki dzieci. Kiedyś ich nawet kryłem, ale potem zacząłem mówić wprost, że wszystko przechlali.
Robota? Przecież nie po to się wyjeżdża "na delegację". Takie zlecenia to tylko koszty, bo niemal wszystko trzeba poprawiać, a poza tym traci się renomę. A raczej resztki renomy, bo teraz firmy budowlane nie mają jej niemal wcale. Często jeżdżę na budowy i słyszę rozmowy pracowników. Co jest głównym tematem? Burdel, chlanie, imprezy. Drą gęby, nie patrząc, że obok przechodzi masa ludzi. Dzicz po prostu. Nie wspomnę już o tym, że zamiast spytać właściciela o łazienkę, to podczas remontu czy budowy po prostu wychodzą do ogrodu i szczają pod drzewem. Wyobraża pan to sobie? Trawniczki przystrzyżone, piaskownica, stoi grill, a tu sobie Kazik leje pod iglakiem, bo zawsze tak robił i nie widzi w tym nic zdrożnego.
Mam już dość, rzucam to
Nic dziwnego, że niewielu normalnych ludzi chce pracować jeszcze w tej branży. Nie wiem czy wszyscy wyjechali, czy wolą robotę za biurkiem. Ale prawda jest taka, że dobry fachowiec wyciąga u mnie 4, a w sezonie nawet 5 tys. zł na rękę! Nie ma wielu, którym tyle płacę, tylko dlatego, że ci, którzy przychodzą, to w większości same lumpy, które tylko patrzą co by tu podwędzić i jak podpisać umowę, żeby "popracować" pół roku nic nie robiąc, zwolnić się, pobierać zasiłek i robić gdzieś na czarno. Chętnie przyjąłbym jakiegoś murarza i tynkarza. I tego cholernego glazurnika... Ostatnio się nawet jeden pojawił, ale powiedział, że chce 6 tys. zł na rękę. Myślałem, że dostanę zawału! Gdy powiedziałem mu, że niemal tyle to się zarabia, jak się jest posłem, to się obraził.
Żona mówi, że przez ostatnie dwa lata schamiałem. Zdarza mi się przekląć przy dzieciach, zrobiłem się nerwowy. Za kierownicą trąbię, wymachuję rękami, wyzywam zajeżdżających mi drogę. Nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak, czy ludzie z którymi muszę pracować są jacyś chorzy. Wiem za to, że wcale nie muszę tego ciągnąć w nieskończoność. Zaczynam już sprzedawać działki i gdy będę już mógł, za 2-3 lata pojadę na budowę i powiem tym wszystkim ludziom, co o nich myślę. I tak się tym nie przejmą, dalej będą opowiadać sobie o dziwkach i o tym ile da się wypić w dwie godziny. Pewnie za parę lat się to poprawi, gdy normalni pracownicy wrócą z emigracji, ale nie chcę już na to czekać. Pewnie, że nie wszyscy są tacy, ale dziś znaleźć dobrego pracownika w budowlance to cud. "Normalni" rzadko szukają roboty, zmieniają firmę, bo właściciel wie ile są warci i ich dopieszcza, jak ja swoich czterech asów. Ale z pozostałymi nie da się pracować. Dlatego powiem na koniec jak na budowie: pieprzę taką robotę!"