Zanim przeczytasz, zobacz co Cię czeka w przyszłości...
Poczta w Redzie, mieście leżącym na trasie Gdańsk-Szczecin, pomiędzy Gdynią a Wejherowem. Okienka są cztery, ale czynne tylko dwa. To i tak dużo, bo zdarza się, że 20 tys. mieszkańców obsługuje jedna osoba. Ale kolejka (nie ma systemu "numerków") ciągnie się przez drzwi aż na zewnątrz. Dlaczego? W jednym okienku siedzi znana stałym bywalcom pani: ostry makijaż, wiek przedemerytalny, kilka złotych bransoletek, naszyjników i pierścionków. Nastrój wybitnie "nieprzysiadalny". Tempo pracy jak w zwolnionym filmie: znaczki naklejamy powoli, pojedynczo, piszemy jak na lekcjach kaligrafii i co jakiś czas ciężko wzdychamy - żeby wszyscy widzieli jak w robocie ciężko. Na pytania odpowiadamy półsłówkami, albo wcale. Klasyczny przykład pracownika, który mentalnie utknął w poprzedniej epoce. Niestety w Polsce wciąż jest ich wielu, głównie w biurach i urzędach. Dlaczego właśnie tam?
- To oczywiście ogromne uproszczenie i generalizowanie, ale do pracy biurowej zgłaszają się często po prostu ludzie leniwi. Wyobrażają sobie, że za biureczkiem to się jak za "starych, dobrych czasów" tylko siedzi i przekłada papierki. Potem okazuje się, że trzeba pracować, ale oni i tak realizują swoje zamierzenia i nie robią nic, albo bardzo niewiele. A inni, w tym ludzie, którym ich praca miała pomagać, wściekają się i wprost wychodzą z siebie. Dlatego nie można znaleźć sprzedawczyni do sklepu z odzieżą za 1,2 tys. zł, a pracownika biurowego za 200 zł mniej bez problemu się znajdzie - mówi zajmujący się rekrutacją Marek Karmen z gdańskiej firmy Biuro-Projekt. - U nas rotacja na takich stanowiskach jest największa, bo wielu przychodzi z przeświadczeniem, że w pracy będą odpoczywać i pić herbatkę - dodaje zniesmaczony.
Frontwoman z kamienną twarząUtarło się, że praca biurowa to najlżejsze zajęcie. A poza tym pani za biurkiem ma "władzę". Może dlatego właśnie w tej pracy realizują się niemal głównie kobiety? - Praca w biurze jest w powszechnym odczuciu lekka, łatwa i przyjemna. Przecież ani się człowiek nie ubrudzi, ani fizycznie nie zmęczy. Pewnie również nie napracuje, a może się często bez konsekwencji wyładować. Dlatego to wymarzona praca dla kobiet, które w domu nie mają wiele do powiedzenia i chcą jakoś zaistnieć. Z psychologicznego punktu widzenia to jednak brnięcie w ślepy zaułek, bo dokuczanie innym może poprawić humor tylko jednostkom ewidentnie rozregulowanym emocjonalnie i nawet im tylko na krótką metę - mówi psycholog Andrzej Kornecki.
Poprawianie humoru w tak osobliwy sposób wciąż się jednak zdarza, i głównie z powodu jakości obsługi wizyta w urzędzie miasta czy biurze paszportowym kojarzy się nam z drogą przez mękę. Ale czasy gdy panie piłowały paznokcie i ostentacyjnie piły herbatkę, zamiast przyjmować podania, na szczęście mijają.
- Myślę, że w większości miejsc już dawno minęły i to bezpowrotnie. Urzędnik, który pracuje na tzw. pierwszej linii i ma ciągły kontakt z klientem musi być bardzo odporny psychicznie, bo często ludzie przychodzą nastawieni bardzo wojowniczo i próbują wyładowywać na nas swoje frustracje czy niepowodzenia. Staramy się dobrym nastrojem, ale także wydajną pracą łagodzić takie sytuacje już w zarodku - podkreśla rzecznik urzędu miasta w Gdyni Joanna Grajter. W urzędach nie da się jednak często zachować spokoju. Zmuszają do tego piętrzące się trudności. Żeby dostać dokument, po który się przyszło, trzeba najpierw przedstawić inny, o którym się nawet nie słyszało. A żeby go zdobyć, należy mieć znaczek skarbowy, który trzeba kupić w innym pokoju... i już stres gotowy. - Tylko co ja mogę na to poradzić, skoro muszę przestrzegać wszystkich przepisów. Często przychodzą do mnie ludzie, których znam i mówią, że "jutro doniosą kwitek", a ja po prostu nie mogę się na to zgodzić, bo w razie kontroli od razu mam dyscyplinarkę. Przepisy po prostu krępują mi ręce i w pewnym sensie nie pozwalają być miłą - przekonuje pani Anna z gdańskiego magistratu. W urzędach nie jest już jednak tak źle, jak przed laty. Coraz więcej spraw można załatwić w miarę bezproblemowo, bo ludzie, którzy byli przekonani, że petenci są dla nich, a nie odwrotnie, są przesuwani na inne stanowiska. Tylko, że gdy sprawa trafia do nich, tempo jej realizacji zdecydowanie spada.
- I nic im nie można zrobić. Nie mają kontaktów z petentami, więc nikt się na nich nie poskarży. Jedyny przełożony to taki sam leser, a w dodatku kolega ze szkolnej ławy. Więc jak przekazuję dokumenty do niektórych pokojów to z góry wiem, że uda się np. uzyskać zezwolenie pod sam koniec ustawowego terminu. A można to zrobić w dwa dni. Ja muszę siedzieć z kamienną twarzą, a oni jawnie drwią sobie z nas wszystkich - dodaje pani Anna.
Zamraża wodę jednym spojrzeniemDobrą szkołę przeżycia w biurowej dżungli można dostać już na studiach. Każdy, kto bywał w dziekanacie bądź rektoracie, z pewnością do dziś wspomina te chwile. Po pierwsze zazwyczaj dziekanaty otwarte są w godzinach, w których student ma wykłady. Tzn. czynne są dłużej, ale tylko w wyznaczonych porach można się czegoś dowiedzieć. Chyba, że jest się studentem zaocznym, ale wtedy w poniedziałki w godz. 9-13 lub wtorki w godz. 12-15 najczęściej się po prostu pracuje. Na pytania dlaczego studenci zaoczni nie mogą przyjść do dziekanatu w soboty, odpowiedź przez lata była ta sama: bo w soboty się przecież nie pracuje. Dziś zmianę tego systemu, ale nadal w bardzo niewielu miejscach, wymusiły szkoły prywatne, które starają się traktować studenta przyjaźniej. Ale nie zawsze im wychodzi. Przed wejściem do dziekanatu Wyższej Szkoły Humanistycznej w Gdańsku w zeszłym roku ktoś przykleił kartkę: "Smocza jama. Nie wchodzić z czekoladą, ani tym bardziej bez." Kartka znikła po niecałej godzinie, niesmak pozostał długo. Bo o paniach z dziekanatu mówi się różne rzeczy, ale rzadko pozytywne. Najbardziej znane powiedzenie to: "Bóg wie wszystko, ale pani z dziekanatu wie wszystko najlepiej". Zdarzają się też określenia bardziej opisowe: "Zamraża wodę jednym spojrzeniem, oślepia blaskiem lakieru do paznokci". Wielu studentów, gdy spotyka sympatyczną i nie wymyślającą problemów panią na tym miejscu, traktuje to jako niebywałe szczęście. A przecież powinno to być normalne. - Powinno, ale nigdy nie będzie. W dziekanacie nie zarabia się zbyt dobrze, więc ludzie ambitni i chcący się rozwijać raczej tam nie trafią. Zarobki rzędu 1,5-2 tys. zł i praktycznie żadna perspektywa awansu nie są przecież ogromnym magnesem - mówi Hanna, która pracowała w dziekanacie jednej z gdańskich uczelni przez dwa lata. - Dlatego potem wyżywają się na studentach i starają się za wszelką cenę udowodnić, że są lepsze od nich. Zresztą tak samo jak w urzędzie. Bo jak przychodzi 25-letni facet i rejestruje sobie nowego mercedesa, albo wyrabia pozwolenie na budowę domu nad morzem, to każdego "prawdziwego Polaka" ze średnią krajową trafi z zazdrości szlag i zrobi wszystko, by utrudnić mu życie - dodaje.
Nie stresuj się, idzie weekend...