Na początku lat 90. Polacy zachłysnęli się gospodarką rynkową. Każdy chciał być biznesmenem, a jak nie to koniecznie studiować marketing i zarządzanie. Powstające jak grzyby po deszczu uczelnie prywatne wyprodukowały tylu menadżerów, że wielu z tych, którzy do dziś nie zmienili zawodu, nie mają kim zarządzać. Głównie dlatego, że niektórzy za bardzo uwierzyli w maksymę powtarzaną przez wielu uczelnianych profesorów: "Nie ważne co się sprzedaje, ale ważne jak". Niektórzy zrozumieli to bardzo dosłownie. W pracy kierują się więc tą mądrością niemal bezrefleksyjnie. Bo przecież nie jest najważniejsze czy dobrze i efektywnie pracujemy, ale jak nas postrzegają przełożeni. Pracujemy przecież dla nich, to oni nas oceniają i decydują o przyszłości. Takie myślenie ma jednak jeden słaby punkt. Szef może przecież oceniać rzeczywiste wyniki pracy, a nie aurę stwarzaną przez pracownika. Ale często szef wcale od pracownika mądrzejszy nie jest i daje się nabierać na różne sztuczki...
Metoda pierwsza: stały kontakt z baząPodstawowa metoda, stosowana głównie przez przedstawicieli handlowych i sprzedawców, to stały kontakt z bazą, czyli zestaw słuchawkowy telefonu komórkowego, niemal przyklejony do ucha na stałe. W stołówce, na zebraniu, na korytarzu - cały czas trzeba mieć głośnik w uchu, bo przecież właśnie czekamy na Bardzo Ważny Telefon od Kluczowego Klienta!
- Ja robię jeszcze większy bajer, bo nastawiam sobie przypomnienia na określone godziny. A że telefony firma sprawiła nam bajeranckie, to sygnał przypomnienia mam taki sam jak dzwonek. I "odbieram" pod koniec porannej odprawy, rozmawiam głośno z Panem Dyrektorem, zapewniam, że wszystko będzie tak, jak się umawialiśmy i przekonuję, że wczorajsze spotkanie o godz. 19 naprawdę nie było dla mnie problemem, bo przecież byłem w pobliżu - opowiada 29-letni przedstawiciel handlowy jednej z sieci komórkowych. - Kierownicy patrzą z uznaniem, aż szkoda, że tego numeru nie można za często powtarzać - dodaje. Ważne też, aby zawsze mieć ze sobą laptopa i koniecznie wymóc na szefie, by móc zabierać sprzęt do domu. I tu stosujemy znany chwyt psychologiczny: gdy szef już jest niemal pewien, że chodzi nam o granie w fajne gierki, oglądanie filmów, czy patrzenie na ładne zdjęcia w necie (koniecznie z piwem), wtedy oświadczamy, że w domu możemy przygotować prezentację lub raporty, bo w pracy szkoda na to cennego czasu. Efekt murowany. Podobnie jak stawianie otwartego laptopa na stoliku w restauracji, albo najlepiej w firmowej stołówce. I klikanie co jakiś czas, choćby po to, by nie włączył się wygaszacz ekranu.
Metoda druga: szukanie błędów w MatriksieLaptop do lansu w pracy nadaje się idealnie. Stacjonarnego komputera nie można przecież ze sobą nigdzie zabrać. Ale można mieć na ekranie cały czas otwartych kilka programów, prezentacji czy projektów. Mogą być oczywiście te, które już dawno są zrealizowane. Przecież nikt nie będzie dociekał czy akurat robimy coś nowego i czego dokładnie dotyczą wykresy. Można w skupieniu śledzić ciągi cyfr, gdy jest się informatykiem, albo oglądać pomieszczenie w różnych płaszczyznach, gdy jest się projektantem lub architektem. Oczywiście robi się to tylko wtedy, gdy szef jest w zasięgu wzroku. A w razie wpadki, czyli odkrycia tego, że nie zajmujemy się akurat niczym dla firmy pożytecznym, pozostaje broń doskonała. Zawsze można przecież poprzednie projekty porównywać do aktualnych, albo jeszcze lepiej, czerpać z nich inspirację. - Często lanserzy są myleni z leniami, a to nie do końca jest prawda. To ludzie zorientowani na sukces, którzy po prostu boją się przyznać, że zrobili sobie w pracy przerwę. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie pracuje osiem lub więcej godzin dziennie na pełnych obrotach. Trzeba czasem zapalić, wypić kawę, pogadać z kolegą czy potracić czas w internecie. Niektórzy nie chcą się jednak do tego przyznać, twierdząc, że to słabość, której nie można przed szefem obnażyć. Na dłuższą metę są mniej efektywni - twierdzi Maciej Lawecki z działu kadrowego firmy World Tradex z Gdańska, który zajmuje się m.in. zatrudnianiem nowych pracowników czy organizowaniem imprez integracyjnych dla już pracujących. Taka integracja jest często niemal niemożliwa, bo lanserów mało kto lubi. Są przecież o krok od lizusostwa, a często nawet krok za. - U nas tacy nie wytrzymują dłużej niż dwa miesiące. Bo przecież gogusia z wyżelowaną grzywką i okularami przeciwsłonecznymi na pół twarzy, których "zapomniał" zdjąć wchodząc do biura, nie da się traktować poważnie. A gdy widzi, że wszyscy z niego szydzą i nie akceptują lansu, tożsamego w naszej firmie z gówniarstwem, to albo staje się normalny, albo odchodzi. Większość rezygnuje, bo w tej pracy nie mogą się w swoisty sposób realizować - opowiada Marek, który pracuje w jednej z największych gdyńskich agencji reklamowych.
Metoda trzecia: na lustroTeza, że podobają się nam tylko te piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy, jest udowodniona przez klasyków polskiej kinematografii. Podobnie jest też z ludźmi. Większość z nas ma znajomych, którzy ubierają się tak samo jak my, mają podobne zainteresowania czy cele. Dlatego zbliżenie do szefa też można zacząć w ten sposób. Jeśli zwraca uwagę na ciuchy, dobry lanser będzie zakładał czerwony sweterek o podobnym kroju jak szef. Jeśli wędkuje, mimochodem opowie w jego obecności, niby koledze z pokoju, jakiego leszcza ostatnio wyciągnął. - Najłatwiej złapać "na dzieci" i nie jest prawdą, że rozmowy o pociechach rajcują tylko szefów-kobiety. Jeśli ktoś ma dwuletniego synka to zawsze chętnie utnie pogawędkę o tym, że właśnie zaczął kopać piłkę, lub umie już mnożyć dwucyfrowe liczby. Oczywiście w tym wypadku warto powiedzieć, że mój w tym wieku jeszcze tego nie potrafił, nawet jeśli zaczął rok wcześniej. Wtedy jesteśmy i kumplem i trochę synkiem, którego dobry szef poklepie po plecach i pocieszy. A może nawet pomyśli potem: "sympatyczny ten Łukasz, dam mu tą podwyżkę, o którą prosił trzy miesiące temu". I o to przecież chodzi - przekonuje Łukasz, przedstawiciel handlowy sopockiej firmy z branży budowlanej, który podwyżki dostaje regularnie od trzech lat.
Metoda czwarta: nadgodziny nie dla rodzinyLanserzy zachowują się tak a nie inaczej, bo przede wszystkim chcą zarabiać więcej lub szybko awansować. Ale są też tacy, którzy naprawdę nie są zbytnio potrzebni w firmie, lecz nie chcą stracić posady, dobrej pensji lub po prostu dotrwać do
emerytury. Oni po prostu nie mają co robić i muszą udawać. W ciągu dnia załatwiają więc prywatne sprawy. Płacą rachunki, dzwonią do znajomych, robią zakupy. - Bywa, że wyskoczę nawet do siłowni lub na mecz halówki z kumplami. Oczywiście pod pozorem spotkania, albo pilnej awarii, do której wybiegam sprintem, robiąc wielkie zamieszanie. Przynajmniej jak jest kłopot z prysznicem, mogę wrócić spocony i wszyscy mnie jeszcze podziwiają. Ile to razy ja już słyszałem pełne zdziwienia pytania, że mi się po 15 latach tak jeszcze chce - śmieje się Andrzej, elektryk. Czasem zostaje po godzinach, bo rzeczywiście musi jeszcze popracować, albo rozliczyć jakieś zlecenie. Wtedy oczywiście też jest podziwiany, bo taki pilny i wszystko chce skończyć na czas...
Gorzej mają ci, którzy nie mają własnego biura i nie mogą wychodzić z firmy. Choć w tej sytuacji sprawa także nie jest do końca przegrana. Znane sposoby lansu to szybkie chodzenie po korytarzu, najlepiej z plikiem dokumentów lub segregatorem pod pachą. Ten sposób warto też oczywiście skooperować ze stałym połączeniem z bazą. Można też jeszcze przystanąć, robić notatki itp. Ważne jest też odbieranie telefonów, a właściwie nie odbieranie lub spławianie rozmówców. Warto mieć kilka różnych odpowiedzi w stylu: "zadzwoń za godzinę, mam spotkanie", "teraz nie mogę, muszę dokończyć projekt" albo odbieranie komórki po pierwszym sygnale i rzucanie szybko: "oddzwonię, bo mam młyn!". Przecież ktoś tak zajęty nie może się obijać... Poza tym warto co jakiś czas w ciągu dnia głośno krzyknąć, aby wszyscy dookoła usłyszeli tekst w stylu: "no, skończyłem projekt przed czasem!" albo "super, udało się zrobić wszystko tak wcześnie!".
Metoda piąta: pracuję tylko dla przyjemnościNajbardziej efektywni są ludzie, którzy lubią to, co robią. To wie każdy szef, więc warto przekonać go, że sprzedawanie klamek i rozwożenie okiennych ram i zawiasów jest robotą, o której marzyliśmy od dziecka. I pracujemy nie dla pieniędzy, ale przede wszystkim dla przyjemności. Tu warto powiedzieć tylko jednej, ale znanej ze słabości do zachowania tajemnicy osobie o swojej (prawdziwej lub nie) znakomitej sytuacji finansowej. Bo jeśli ktoś jest bogaty, to pracuje dla przyjemności. Warto także przedstawiać się jako obywatel świata. Ale nie taki, który co roku jeździ na dwa tygodnie na Majorkę czy Rhodos, ale mieszkał kilka miesięcy, a najlepiej lat w kilku europejskich i światowych stolicach. Tam poznał tajniki marketingu, informatyczne nowinki itd. A teraz dzieli się z nimi podczas zebrań, rzucając mimochodem, że "ten pomysł nie sprawdził się w Portugalii".
No dobrze, ale czy to wszystko ma sens?- Zależy co chcemy osiągnąć. Jeśli podwyżkę, to gra jest często warta świeczki. Szef nie zawsze od razu pozna się na takich trikach, zwłaszcza, gdy mamy umiejętności aktorskie, ale taka postawa na dłuższą metę nie prowadzi do niczego dobrego. Po pierwsze i tak prędzej czy później wszyscy się zorientują, że udajemy i nie będzie to miłe. Po drugie kłamiąc, bo tak można tą postawę określić, nadwyrężamy swoje zdrowie psychiczne. Cały czas udajemy przecież kogoś innego i żyjemy w ciągłym stresie. Dlatego musimy odreagować. Stąd już krótka droga do wybuchów agresji czy innych gwałtownych zachowań. No i na koniec, jest niemal pewne, że stracimy przyjaciół, a nowych trudno nam będzie pozyskać. Nikt nie lubi, mówiąc kolokwialnie, chwalipięt - podsumowuje psycholog Andrzej Kornecki.