Pleśń nie zabija - czyli praca w barze fast-food

Karolina Łagowska
2008-08-06, ostatnia aktualizacja 2008-08-06 11:03
Pizza pizzy nie równa...
Pizza pizzy nie równa...
Fot. Albert Zawada / AG

Przez dwa dni 18-letnia licealistka pracowała w barze fast-food. - Podejrzewałam, że z higieną będzie na bakier, ale żeby aż tak? Było jak w chlewiku. Długo będę omijać takie jedzenie z daleka - mówi zszokowana dziewczyna.

Ewa ma 18 lat. Uczy się w jednym z wrocławskich liceów. Po wakacjach idzie do trzeciej klasy, po maturze planuje studia prawnicze lub filologię. W wakacje czasami sobie dorabia. Roznosiła już ulotki, pomagała w schronisku dla zwierząt i cioci malarce w pakowaniu płócien do wysyłki. Dwa tygodnie temu przeczytała ogłoszenie i zgłosiła się z koleżanką do jednej z lokalnych firm gastronomicznych. - Szukali młodych ludzi do obsługi na wyjazdy. My załapałyśmy się na festyn w jednej z okolicznych gmin - opowiada. Warunki dziewczynom pasowały: pracodawca nie wymagał ani książeczek zdrowia, ani żadnych zaświadczeń. Za pracę "na czarno" dostały - 100 złotych za dzień (około 8-9 godzin pracy). - Czy to była ciężka praca? Średnio, ale do tej pory nie wierzę, że fast foody mogą być przygotowywane w tak kiepskich warunkach - mówi Ewa.

Zgniłe wytnij, pleśń nie zabija

Ewa i Monika zostały rzucone od razu na głęboką wodę. - Festyn zaczynał się o jedenastej, ale my zaczęłyśmy pracę o ósmej. Trzeba było przygotować składniki - opowiada Ewa. - W życiu nie robiłam wcześniej takich rzeczy do jedzenia, ale właściciel szybko nas przeszkolił. Pokazał dziewczynom zaplecze kontenera, w którym mieści się bar: zlewozmywak, lodówka, na niej kuchenka mikrofalowa, druga na podłodze. Kuchenka z gazową płytą i elektrycznym piekarnikiem. Przy zlewie płyn do mycia naczyń i sterta jednorazowych talerzy i sztućców. W szafce powyżej serwetki. W reklamówkach warzywa, trzeba je obrać i pokroić. Szybka instrukcja robienia hot-doga: długa bułka, parówka, musztarda, włożyć do mikrofali na trzy minuty, na koniec keczup, majonez lub musztarda. Knysza: do pity wlewamy trochę sosu czosnkowego (na spód), na to sporo kapusty pekińskiej, czerwonej, trochę mięsa, parę plasterków ogórka, ze dwa pomidora i znów sos. Zapiekanki: są gotowe w lodówce, od razu wkłada się taką do kuchenki mikrofalowej, po chwili wyjmuje i polewa keczupem. I pizza z pieca, w cenniku oznaczona jako hit dnia. - Ale pan Michał mówił, że najwięcej będzie zamówień na pizzę i knysze, dlatego pizzę mamy robić nie z pieca tylko z mikrofalówki - tłumaczy Ewa. - Zażartowałam, żeby wobec tego zmienić nazwę na "pizza z mikrofalówki". Ale tylko wzruszył ramionami i poszedł.

Dziewczyny zabrały się za mycie i krojenie warzyw. - Jak otworzyłam reklamówkę to myślałam, że pomylił torby. Kapusta pekińska wyglądała jak mop do podłogi, była tak bardzo zwiędnięta. Pomidory poobijane i pognite, chyba tylko jeden ogórek był w dobrym stanie, reszta też jakaś stara. W domu mama kazałaby mi coś takiego wywalić - opowiada dziewczyna. - Poszłam do pana Michała przerażona i mówię, że potrzebujemy świeżych warzyw, bo te się popsuły. Zaśmiał się tylko i powiedział: jak coś zgniło to odetnij ten kawałek, a kapustę trzeba pokroić i namoczyć, to będzie lepiej wyglądać. W tym czasie Monika wyjmowała bułki do knysz. - Pokazała mi coś szarego, z boku bułek. Myślałam, że to jakaś pajęczyna, potem patrzę: pleśń. I znów do pana Michała, a on: zdrapać albo odkroić, pleśń nie zabija. Byłyśmy w szoku, to było jak z czarnej komedii - mówi licealistka.

Pizza nie tylko z pieczarkami

O jedenastej zaczął się festyn. Do budki zaczęli przychodzić klienci. Pierwsze zamówienie: knysza. Warzywa leżały już pokrojone w pojemnikach, w obok w innych sos czosnkowy (rozrobiony wcześniej plastikowym wiaderku po śledziach, bo innego w kontenerze nie było). Na specjalnym grillu przypiekała się wołowina w przyprawach. Ewa: - Jeśli chodzi o mięso, jestem bardzo wybredna, ale takiego nie dałabym nawet psu. Widziałam daty ważności na paczkach, bo pan Michał kupił je w jakimś supermarkecie. Z reguły bierze podobno świeże, z rzeźni. A to mięso cuchnęło! Dobrze, że zaczęło się piec już o dziewiątej, bo chyba ludzi by ten widok i zapach nie przyciągnął. W budce nie było klimatyzacji, więc już po godzinie w środku panowało ze 40 stopni. - Warzywa nie zmieściły się do lodówki, więc zwiędły do reszty. Najgorzej wyglądały pieczarki, które trzeba było pokroić i razem z serem dodać do pizzy. Były tak pokurczone, że nie dało się ich pokroić, starłyśmy na tarce. I okazało się, że są... robaczywe! - wzdryga się Ewa. - Łaziły po nich małe, czarne robaczki. Chciałam wywalić wszystkie do kosza, ale znów okazało się, że to standard w tej firmie - mówi. W ciągu kilku godzin dziewczyny zrobiły ponad 30 knysz i prawie tyle samo zapiekanek. Uwijały się jak w ukropie, nie miały nawet chwili, by usiąść i odpocząć. Zamówienie na pierwszą pizzę padło przed godz. 13. Ewa: - Monika wyjmowała i wrzucała do mikrofalówki kolejne zapiekanki, a ja miałam minutkę, bo podgrzewałam trzy bułki do knysz, więc poszłam wstawić też pizzę. Do piekarnika, bo mikrofale były zajęte. Na górę dałam ser i pieczarki, tak jak zalecił pan Michał. Starałam się nie patrzeć na te pieczarki. Po kilku minutach Ewa wyjmowała pizzę z pieca. - Nie miałyśmy specjalnych, grubych rękawic, więc żeby się nie poparzyć, musiałam wziąć ścierki do rąk. Brudne jak nie wiem co. W dodatku, żeby wyłożyć potem pizzę z blachy, musiałam ją dotykać tą samą ścierą. Sama bym tego nie zjadła, ale klientowi musiałam podać z uśmiechem - wspomina. Jakby tego było mało, na środku pizzy, zatopiony w serze, leżał ogromny komar. Musiał wpaść tuż przed włożeniem do pieca. - Budka była z przodu otwarta, owady wpadały w strasznych ilościach. Wyciągnęłam komara, a raczej to co się dało i polałam keczupem. Klientowi chyba smakowało, bo potem przyszedł jeszcze po drugą - śmieje się Ewa. I dodaje: - Wiem, że to nie jest śmieszne. Ale wtedy, przez to tempo i głupie zachowanie właściciela baru ogarnęła nas głupawka. No bo jak można komuś podać pizzę z pieczarkami, czarnymi owadami i komarem na środku?

Sos wiecznie świeży

Drugi dzień pracy dziewczyn prawie niczym nie różnił się od poprzedniego. Z tą różnicą, że co chwilę do knysz wpadały muchy i przeróżne, mniejsze owady. - Na szczęście, przygotowując to, byłyśmy odwrócone do klienta plecami - mówi Ewa. - Nalałam sosu i zobaczyłam, że coś w nim pływa. Mucha się topiła. Ale że nie było za dużo czasu, a klient był bardzo chamski, zostawiłam ją. Następną muchę, miłej kobiecie już wyjęłam - przyznaje się licealistka. Razem z Moniką zbuntowały się tylko przeciwko używaniu tego samego sosu, zrobionego dzień wcześniej. Zostało go mniej niż pół metalowej miski i pan Michał kazał im dorobić nową porcję do tego samego. - Tam było mnóstwo majonezu, po całym dniu w upale na pewno nie był już zbyt zdrowy - oburzyły się. Tym sposobem klienci nie wylądowali masowo na oddziale zatruć. Po dwóch dniach pracy uczennice dostały po 200 złotych. Pan Michał zaproponował im też zjedzenie posiłku. Tak samo, jak dzień wcześniej - grzecznie podziękowały. - Chyba już nas nie zatrudni, a ja długo nie zjem zapiekanki z budki - mówi Ewa.

  • 146 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

  • Pleśń nie zabija - czyli praca w barze fast-food fajny_poznaniak 06.08.08, 18:20

    to jeszcze nic, jak ja pracowałem w fast-foodzie to niektórzy chłopacyposikiwali do sosów, żey urozmaicić smak!»

  • "Podgnite"? Cóż to za słowo? send_me 07.08.08, 01:05

    Raczej - podgniłe, albo zgniłe. Proszę bez regionalizmów.»

  • a czepiają się mc donalds danz 07.08.08, 15:36

    tam to by było nie do pomyślenia, kiedyś rozmawiałem z jednym gościem copracował w mc donalds i w towarzystwie mówił jaki syf i smród. Później sięprzyznał że było ok, ale jak by mówił że ok.»