Kto zarabia na olimpiadzie?

Michał Sielski
2008-08-13, ostatnia aktualizacja 2008-08-13 13:42
Pekin 2008
Pekin 2008
Fot. Kuba Atys / AG

Najbardziej pokrzywdzeni są europejscy restauratorzy, którzy nie mają co marzyć o zwiększonych obrotach ze względu na różnicę czasu transmisji. Kokosów nie zbiją także stacje telewizyjne, bo nie ma chętnych na drogą reklamę w środku nocy. Na pewno zarobią za to Chińczycy...

Pekin 2008
Fot. Kuba Atys / AG
Pekin 2008
Pekin 2008
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Pekin 2008
Pekin 2008
Fot. Kuba Atys / AG
Pekin 2008
Pekin 2008
Fot. Raphael Fournier / AG
Pekin 2008
- Zawsze, gdy jest wybór gospodarza wielkiej imprezy, mistrzostw świata w piłce nożnej czy igrzysk olimpijskich, czekam na werdykt z zapartym tchem. Jedno słowo znacząco decyduje o wysokości obrotów przez dobre kilka tygodni. A słowo "Pekin" było dla mnie ciosem - mówi Marek Wysocki, menadżer jednego z wrocławskich klubów. - Raczej nie spodziewam się, że ktoś przyjdzie na piwo o godz. 11 rano i będzie kibicował z kumplami sportowcom - dodaje. Dla takich jak on środowy, nawet towarzyski, mecz reprezentacji Polski w piłce nożnej to jakieś 20-30 proc. większa sprzedaż niż w inny dzień powszedni. Podczas meczów o stawkę, zwłaszcza na mistrzostwach czy igrzyskach, wpływy do kasy rosną jeszcze bardziej. Dlatego igrzyska w stolicy Chin dla polskich restauratorów praktycznie nie istnieją. Tylko nieliczne knajpy z tego powodu zmieniają wystrój lub dodają choćby olimpijskie akcenty. Przecież większość z nich zaczyna działać, gdy w Chinach jest już noc i nic się nie dzieje. Wydawać by się mogło, że na relacjonowaniu igrzysk zarobi TVP. I rzeczywiście, wpływy z samych reklam szacuje się na ok. 10 mln zł, ale to kilkakrotnie mniej niż to, co zebrał Polsat podczas transmisji Euro 2008. Tylko, że mecze w Niemczech i Austrii odbywały się wieczorami w tzw. prime time, a reklamodawców gotowych wyłożyć duże pieniądze na spoty o godz. 5 rano, brakuje. Pod względem komercyjnym igrzyska w Pekinie będą więc klapą. Nawet cztery lata wcześniej, przy niższych cenach TVP zebrała 15 mln zł! - Gdybyśmy mieli igrzyska w Europie wpływy byłyby teraz co najmniej dwukrotnie większe - przyznaje Zbigniew Badziak, szef biura reklamy Telewizji Polskiej. Mimo specjalnych pakietów sponsorskich, wszystko wskazuje na to, że TVP do imprezy będzie musiała dołożyć, bo koszty jej obsługi będą wyższe niż wpływy.

Kasa za medal, fura za złoto

Na pewno nie stracą sportowcy. Wszyscy, którzy byli w polskiej kadrze olimpijskiej przez ostatni czas mieli ok. 4 tys. zł stypendium (w zależności od osiągnięć i dotychczasowych tytułów). Jeśli zdobędą złoty medal olimpijski wzbogacą się o 200 tys. zł, srebrny - 150 tys. zł, brązowy - 100 tys. zł. 75 proc. tej sumy dostaną zawodnicy w konkurencjach drużynowych, a najgorzej mają przedstawiciele gier zespołowych - odpowiednio 800 tys., 650 tys., i 500 tys. zł do podziału na cały team. Sprawiedliwie będą za to traktowani po zakończeniu kariery, bo każdy sportowiec, który ukończył 35 lat i jest medalistą olimpijskim może liczyć na dożywotnią emeryturę w wysokości średniej krajowej. Jak dotąd nasi zawodnicy nie obciążają budżetu na tyle, by ktoś chciał ten przepis zmieniać.

Złoci medaliści otrzymają jeszcze dodatkowo samochód osobowy, na razie nie wiadomo jaki. Przed 16 laty medaliści z Barcelony zadawali szyku w złotych polonezach. Teraz na pewno będzie to wóz dobrej, zagranicznej marki. Niepoliczalna jest za to kwota, jaką można zarobić po igrzyskach dzięki reklamom, ale najpierw trzeba spełnić warunek podstawowy - odnieść sukces sportowy, a to, jak widać po pierwszych dniach rywalizacji, nie będzie dla naszych rodaków takie proste.

Z pewnością zarobią za to nieliczni polscy biznesmeni, produkujący i dostarczający sprzęt sportowy. Jak choćby warszawska firma Plasteks Composite, która niemal zdominowała produkcję kajaków na całym świecie, zostając nawet oficjalnym dostawcą sprzętu na igrzyska w Pekinie. Na polskim sprzęcie będą walczyć o medale m.in. Chińczycy. A każdy sukces zawodnika na naszym kajaku na pewno przełoży się na masę zamówień po igrzyskach. Na podobne sukcesy liczą inne polskie firmy, dostarczające nie tylko sprzęt sportowy, a nawet... alkohole. Nasze piwo, które w Chinach jest stosunkowo drogie, może podbić tamtejszy, dość wąski w tym segmencie rynek.

Pekin już wygrał

Oczywiście najwięcej pieniędzy na igrzyskach zarobią ich organizatorzy, choć zainwestowali podobno niebotyczną sumę przekraczającą 60 miliardów dolarów. Widać to na każdym kroku w Pekinie. Są nowe linie metra, kolej z lotniska do miasta, niezliczona ilość nowych biurowców, sześciopasmowych ulic czy przejść podziemnych i wiaduktów. No i oczywiście obiekty stricte sportowe, których budowa dała pracę i choćby tymczasowy dach nad głową setkom tysięcy Chińczyków z przedmieść i biednych rejonów kraju. Wędrowni robotnicy to w Chinach codzienność, a pracujący za śmieszne (z europejskiego punktu widzenia) pieniądze i posiłki ludzie często uważają, że złapali Boga za nogi. Gdyby zostali w swojej odległej mieścinie, pewnie nigdy nie zarobiliby "tak dużo" pieniędzy, by przed igrzyskami ściągnąć kilku członków rodziny i pokazać im kawałek Pekinu. I ich radości nie zmienia fakt, że przed rozpoczęciem igrzysk musieli się z Pekinu wynieść. Chińczycy nie mogą za to liczyć na większą ilość turystów niż zazwyczaj. Media skutecznie odstraszyły kibiców, epatując uciskiem chińskiego państwa policyjnego, więc na stadionach zdarzają się duże "placki" pustych trybun. Nie widać także zbyt wielu handlarzy, którzy sprowadzali z Chin towary wszelakiej maści, ale na czas igrzysk - głównie z powodu zawyżonych w tym czasie cen - zrobili sobie przerwę w biznesie.

Generalnie na organizacji igrzysk tracili wszyscy. W Atenach czy Barcelonie omal nie doszło do zamieszek, gdy restauratorzy i właściciele "plażowych" biznesów zaczęli domagać się od rządów rekompensat za straty w środku sezonu, gdy igrzyska "wypłoszyły" turystów. Ale w Pekinie może być inaczej, bo hotele zbudowane specjalnie na igrzyska, które teraz nie są nawet w połowie zapełnione, będą obniżać ceny. Niektóre już to robią, a biorąc pod uwagę koszt pracy, który tam jest praktycznie marginalny, pole do obniżek jest jeszcze duże. I na pewno po igrzyskach hotelarze i restauratorzy zejdą na ziemię, a ludzie, którzy Pekin chcieli odwiedzić, bądź robią to regularnie z powodów biznesowych, przyjadą i na pewno się nie rozczarują. Nowe ulice, autobusy, metro, hotele... a zabytki i przede wszystkim ceny - wciąż te same.

  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów