- Maciek wyjechał, kiedy byłam w piątym miesiącu ciąży. Byliśmy wtedy dopiero rok po ślubie i mieszkaliśmy w Radomiu - wspomina Aneta. - Dobrze, że pracował tam tylko osiem miesięcy bo nie wiem ile bym tak wytrzymała - dodaje. Mąż Anety pracuje w branży budowlanej. W Radomiu zostawił ciężarną małżonkę i wyjechał budować most do Żywca. - Kiedy z niedzieli na poniedziałek wsiadał do auta oboje płakaliśmy - mówi Aneta. Ich życie, podobnie jak tysiąca par w identycznej sytuacji, toczyło się wokół ustalonego rytmu wizyt w domu. Niedziela w nocy - wyjazd do pracy. Od poniedziałku do piątku - harówka na budowie. Wreszcie w piątkowe popołudnie - w drogę do domu. I tak w kółko. Ciężko było kiedy kilkumiesięczna córeczka bała się tatusia. Malutka Kasia musiała przyzwyczajać się do taty na nowo, za każdym razem kiedy przyjeżdżał odwiedzić rodzinę. - To Maćka chyba najbardziej bolało - mówi Aneta. Kto bardziej tęsknił? Kto częściej dzwonił ? Kobieta przyznaje, że nękała męża telefonami przy każdej zmianie nastroju w czasie ciąży. Najgorsze było to, że nie było czasu tak po prostu ze sobą pobyć. Posiedzieć, pogadać, obejrzeć film. - A to imieniny u znajomych, a to wizyta u teściów. Zawsze było coś ważniejszego do zrobienia. A więź między nami słabła. Przecież nie da się wszystkiego wyrazić przez kabel telefoniczny - przyznaje Aneta. Ile takiego szarpanego życia by jeszcze wytrzymali? Nie wiedzą i całe szczęście nie muszą się dowiadywać. - Mąż dostał kontrakt w Warszawie. Tu się przenieśliśmy i od trzech lat jesteśmy naprawdę razem - mówi z entuzjazmem Aneta i dodaje, że trzyletnia Kasia już nie boi się taty, a rodziców traktuje na równi.
600 kilometrów tęsknoty
Tyle przez rok czasu dzieliło Natalię i Michała. - Ja na studiach w Lublinie, albo w domu rodzinnym na Podkarpaciu, a on w Grudziądzu. Widywaliśmy się co trzeci weekend, czasem tylko raz w miesiącu - mówi Natalia. - Wtedy właśnie przekonałam się jak dobrym wynalazkiem jest telefon służbowy, a Michał twierdzi, że zawdzięczam mu stypendium na studiach, bo wreszcie miałam czas przyłożyć się do nauki - wspomina ze śmiechem. Natalia i Michał zawsze byli weekendową parą, bo najpierw on na studiach, a ona jeszcze w liceum. Potem on w pracy, a ona jeszcze na uczelni - w różnych miastach. Mieli za sobą sześć lat bycia razem, kiedy Michał zdecydował się na wyjazd. W branży, w której pracował był chwilowy zastój. A jedyna sensowna oferta pojawiła się na drugim końcu Polski. Kiedy Michał wyjeżdżał byli już zaręczeni. - Przyznaję, że gorzej tą całą sytuację znosiłam ja. Na pewno nie pozwoliłabym na to, żebyśmy tak żyli dłużej. Albo ja przeniosłabym się do Grudziądza, albo Michał musiałby wrócić do Lublina - deklaruje z przekonaniem Natalia. I znów ten sam schemat. Środek niedzielnej nocy. Michał wsiada do samochodu i pędzi do pracy. Całe szczęście miał już wtedy własne auto, w przeciwnym razie z połączeniami autobusowymi byłoby ciężko. - Nasza historia kończy się dobrze, bo spotkaliśmy się w połowie drogi, w Warszawie - uśmiecha się Natalia. - Dwa miesiące temu się pobraliśmy. Jesteśmy razem i żadne z nas nie musi nigdzie wyjeżdżać. Gdyby jednak w pierwszym półroczu naszej znajomości dzieliło nas pól Polski, to pewnie byśmy nie przetrwali.
Mama w pracy, tato daleko, a co z dziećmi ?
Praca daleko od domu to nie wynalazek naszych czasów. 15 lat temu Małgorzata i Krzysztof musieli przebrnąć nie tylko przez trudy bycia daleko od siebie, ale też od dzieci. - Było nam strasznie ciężko. Mąż jechał do Rzeszowa do pracy, w domu bywał w weekendy. Ja pracowałam jako pielęgniarka. Nasze dzieci miały wtedy po 7 i 8 lat - wspomina odległe czasy pani Małgorzata. Co prawda rozłąki było tylko cztery miesiące, dzieci są już dorosłe i jej nie pamiętają, ale łatwo nie było. - Jechałam do pracy na nocny dyżur w szpitalu, z dziećmi nie miał kto zostać. Kąpałam je wtedy, robiłam im kanapki do szkoły, zakręcałam gaz w kuchence i wychodziłam z domu z duszą na ramieniu - opowiada pani Małgorzata. - Najgorsze było to, że wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych i nie mogłam sprawdzić czy wszystko z nimi w porządku. Całe szczęście nic się nigdy nie stało. Dziś, jeśli ktoś by się dowiedział, jak wtedy żyliśmy, to pewnie oboje z mężem poszlibyśmy do więzienia - dodaje. Ta historia też kończy się happy endem. Krzysztof dostał pracę w miejscu zamieszkania, a dzieci szybko zapomniały o samotnych nocach. Ile jest jednak takich par, których historia rozłąki z powodu pracy nie kończy się dobrze. Bo jak można być razem skoro jest się osobno.
Odpuścić i wrócić
O poczuciu winy, olbrzymim stresie i tęsknocie tych, którzy wyjechali za pracą do innego miasta, rozmawiamy z Kariną Kosznik, psychologiem z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
GazetaPraca.pl: Dlaczego ludzie decydują się na pracę daleko od domu, zostawiają dom, rodzinę, pupila?
Karolina Kosznik: Przede wszystkim są to względy finansowe i możliwość awansu. Młode osoby natomiast chcą się usamodzielnić i opuszczają rodzinne gniazdo. Napędza ich potrzeba wyrwania się z domu, zwłaszcza jeśli rodzice są uciążliwi i się wtrącają się.
Jak taka sytuacja może wpłynąć na życie rodzinne?
Najbardziej pesymistyczny wariant jest taki, że związek czy małżeństwo się rozpada. Często kontakt telefoniczny nie wystarcza, ani jednej, ani drugiej stronie. Wtedy osoba, która wyjechała, czuje się samotna w nowym miejscu zamieszkania i zaczyna szukać wsparcia. Więzi z partnerem czy z rodziną są osłabione i wtedy nietrudno o zdradę. To taka sama forma odreagowania stresu, jak alkohol czy hazard.
Jaki wpływ ma praca daleko od domu bezpośrednio na tą osobę, która wyjechała?
Nieustanne poczucie winy i wewnętrzny konflikt - z takimi zaburzeniami najczęściej trafiają pacjenci do gabinetu psychologa. Osoba, która wyjechała często pracuje na półtora, dwa etaty. Po całym tygodniu pracy jest zmęczona i marzy o tym, żeby odpocząć, ale jednocześnie czuje, że powinna bardziej zaangażować się w życie rodzinne. Poczucie winy będzie trwało dopóki rodzina znów się nie zintegruje.
Jak długo można w ten sposób funkcjonować - pracować daleko od domu, a życie rodzinne prowadzić tylko na weekendach?
To kwestia czysto indywidualna, która wiąże się ze zdolnością tolerancji na sytuacje stresowe. Jeśli np. jest to młode małżeństwo z krótkim stażem, to tutaj szybciej może nastąpić rozpad więzi i uczuć. Ludzie, którzy są ze sobą długo, lepiej sobie z taką sytuacją poradzą. Jeśli jest to matka, która zostawiła dzieci u dziadków, to przypuszczam, że ona już po miesiącu będzie miała dość takiego życia.
Na jakie dolegliwości narażona jest osoba, która pracuje daleko od domu?
To jest cały szereg zaburzeń. Od depresji, lęków nerwicowych, przez ociężałość w działaniu, po bóle psychosomatyczne, np. w krzyżu. To ten sam "zestaw" dolegliwości, na które wszyscy jesteśmy narażeni, w związku ze stresem w pracy. A przewlekły stres to nawet groźba zachorowania na nowotwór.
Jak poradzić sobie z tą trudną sytuacją, kiedy pracuje się tu, a mieszkam tam?
Przede wszystkim to musi być sytuacja przejściowa, na dłuższą metę nie da się tak funkcjonować. Najlepiej po prostu zmienić miejsce pracy na takie w miejscu zamieszkania. Odpuścić te dodatkowe 1000 zł i wrócić do domu. Jeśli jednak nie da się tego zrobić, to dążyć do tego, aby rodzinę czy związek zjednoczyć, np. sprowadzić partnera do naszego nowego miejsca pracy. Dla osoby, która wyjechała, na rozładowanie stresu, dobre są ćwiczenia sportowe, ruch, zainteresowania poza pracą. Ważne jest, żeby nie siedzieć samemu w mieszkaniu i nie dopuszczać do siebie czarnych myśli.