Nowe pomysły na cudzoziemców

Katarzyna Pawłowska-Salińska
2008-09-15, ostatnia aktualizacja 2008-09-15 16:24

W Polsce brakuje 200-300 tys. pracowników. W ramach pilotażowego projektu Ministerstwa Pracy Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie mogą być w naszym kraju zatrudnieni przez pół roku bez zezwolenia na pracę. Ale są już nowe pomysły

Grzegorz Schetyna, wicepremier i szef MSWiA, specjalnie pojechał do Chin, żeby nakłonić tamtejsze firmy do wzięcia udziału w przetargach na budowę stadionów na Euro 2012. Jak tłumaczył, chińskie firmy są nam potrzebne, żeby zabezpieczyć otwartość i konkurencyjność, a przede wszystkim ograniczyć koszty związane z organizacją piłkarskich mistrzostw. Chińskie przedsiębiorstwa już biorą udział w przetargach we Wrocławiu i w Gdańsku. W połowie września do Polski przyjadą przedstawiciele innych firm z Państwa Środka, żeby przyjrzeć się inwestycjom planowanym przed Euro 2012. W Polsce brakuje ok. 200-300 tys. pracowników. Branże najbardziej potrzebujące rąk do pracy to: budownictwo, transport, gastronomia, handel, przemysł odzieżowy. Coraz więcej osób uważa, że osoby z Dalekiego Wschodu - pracowite, sumienne i tanie - mogłyby istniejące luki na rynku pracy wypełnić.

Wschód, ale tylko najbliższy

Rząd jednak wcale nie chce wprowadzić ułatwień przy indywidualnym zatrudnianiu pracowników z Chin. Takie rozwiązanie byłoby niezgodne z prawem UE. Chińczycy mają przyjeżdżać tylko razem z przedsiębiorstwem, które podejmie się realizacji projektu w Polsce.

Maciej Gaca z Zakładu Sinologii w Instytucie Orientalistycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu przypomina, że sprowadzając Chińczyków do Polski, powinniśmy zapewnić mechanizmy kontroli na linii pracownik i pośrednik pracy: - Polska strona musi wcześniej ustalić i sprawdzić, kto i ile chińskim pracownikom zapłaci. Bo jeśli Polacy podpiszą umowę tylko z chińskim przedsiębiorstwem, może się okazać, że robotnicy prawie nic z tego nie dostaną. A przecież nie chcielibyśmy, żeby nasze stadiony powstały dzięki niewolniczej pracy.

Tymczasem resort pracy chce otwierać Polskę dla pracowników ze Wschodu, ale raczej z myślą o najbliższych sąsiadach. W tej chwili w ramach pilotażowego projektu MPiPS Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie mogą w Polsce pracować sześć miesięcy w ciągu roku bez zezwolenia na pracę. Potrwa to do grudnia 2009 r. - W tym czasie dokonamy obserwacji, czy należy tę regulację przyjąć jako trwałą, czy zmodyfikować - mówił w czerwcu Janusz Grzyb, dyrektor departamentu migracji w Ministerstwie Pracy.

Poza tym MPiPS zaczyna rozważać możliwość zwiększenia okresu pracy bez pozwolenia do dziewięciu lub nawet 12 miesięcy. Do grona tych, którzy mogliby pracować w naszym kraju dłużej bez zezwolenia, mieliby też dołączyć Mołdawianie i Gruzini. Na ostateczne decyzje trzeba jednak jeszcze poczekać.

Bo Ministerstwo Pracy nie jest do końca do tego rozwiązania przekonane. Jeśli je wprowadzi, to wyłącznie pod naciskiem pracodawców. Jeszcze w czerwcu Grzyb był zdecydowanie temu przeciwny: - W tej chwili już ok. 40 tys. pracodawców zatrudnia Białorusinów, Ukraińców i Rosjan. Mają sześć miesięcy na poznanie pracownika. Jeśli pracodawca będzie chciał, może w zwykłej procedurze wystąpić o zatrudnienie tej osoby na stałe. Zredukowaliśmy nawet opłaty za pozwolenie na pracę - wcześniej wynosiły prawie 1 tys. zł. Teraz za zatrudnienie sezonowe płaci się 50 zł, a roczne - 100 zł.

Okropne procedury

Znaczne zmniejszenie opłat to chyba jednak za mało. Jak wykazała ostatnia kontrola Państwowej Inspekcji Pracy, od lipca 2007 r. do końca czerwca 2008 r. co dziesiąta firma w Polsce zatrudniała nielegalnie cudzoziemców. Bo procedury przy zatrudnianiu cudzoziemców nadal są skomplikowane.

Marija Jakubowycz, Ukrainka, która w Polsce jest już osiem lat, o formalnościach związanych z zatrudnieniem w naszym kraju mogłaby mówić godzinami. Traciła na to mnóstwo czasu i nerwów. Nowe przepisy jej zdaniem nic nie zmieniają: - Takie zezwolenie ma sens, gdy jest przynajmniej na rok. W przeciwnym wypadku jest kłopotliwe i dla pracowników, i dla pracodawców. Pracownik popracuje pół roku, nauczy się języka i musi wyjeżdżać. Poza tym i tak są wielkie problemy z otrzymaniem wizy - jest teraz droższa, trzeba się dłużej o nią starać. Co z tego, że mamy pozwolenie na pracę, jak nie możemy dostać wizy - denerwuje się.

W przypadku pracowników spoza UE, którzy nie są naszymi bezpośrednimi wschodnimi sąsiadami, sytuacja jest jeszcze trudniejsza. Zanim zostaną w Polsce legalnie zatrudnieni, polski przedsiębiorca musi przejść test rynku, czyli sprawdzić, czy na wolne miejsce nie ma chętnego polskiego bezrobotnego. - Jest to element fundamentalny i podstawowy, którym kierują się wszystkie administracje - mówi Janusz Grzyb z MPiPS. - Najważniejszą rzeczą jest aktywizacja naszych rodzimych pracowników. Zatrudnienie cudzoziemców w każdej sytuacji jest elementem towarzyszącym - twierdzi. - Ono nie może powodować napięć ani na rynku pracy, ani w polskim społeczeństwie. Dlatego już teraz zwracamy uwagę na kwestie integracji i akceptacji.

Sąsiedzi łatwiej się zintegrują?

Resort pracy uważa, że najszybciej zintegrują się właśnie sąsiedzi ze Wschodu. Bo są najbardziej do nas kulturowo podobni, poza tym łatwiej im się będzie nauczyć języka.

Czy na pewno? Prof. Wojciech J. Burszta, socjolog i antropolog w Zakładzie Badań Narodowościowych Instytutu Slawistyki PAN, uważa, że taka polityka migracyjna jest zatrważająca: - Co to znaczy, że są nam najbliżsi kulturowo? Jeśli chodzi o religię, to na pewno nie - przecież to prawosławni albo unici. Poza tym są między nami duże zaszłości historyczne. A pomysł z Gruzinami to już chyba w ogóle powstał na poczekaniu.

Prof. Burszta twierdzi, że nie można traktować migracji jako rozwiązania doraźnego: - W ten sposób powtórzymy błąd, który popełniły w latach 60. Niemcy. Sprowadzili sobie z Turcji dodatkowe ręce do pracy i mniejszość turecka do dziś ma kłopoty z obywatelstwem i integracją. Nie mówiąc już o Francuzach i ich "sile roboczej" z państw Maghrebu. Polski rząd nie może prezentować tak niepoważnego podejścia do najważniejszego w tej chwili problemu, jakim jest globalna migracja. Przecież nie jesteśmy wyspą. Niedługo Polska będzie nie tylko krajem tranzytowym, ale docelowym dla wielu ludzi. To kwestia niedalekiej przyszłości. Już mamy mniejszość wietnamską, chińską. Nadal jednak nie ma sensownego pomysłu na politykę imigracyjną Polski. A cudzoziemcy u nas pracują, tyle że na czarno.

I tak fachowcy do nas nie przyjadą

Również pracodawcy są zdania, że naszych problemów na rynku pracy nie rozwiąże emigracja z innych państw.

Jak twierdzi Jeremi Mordasewicz, ekspert z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan", nie jesteśmy aż tak atrakcyjni na tle innych państw Europy, żeby mieli do nas przyjeżdżać pracownicy, których potrzebujemy, czyli fachowcy. - Oni pojadą do Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, w zależności od koniunktury - twierdzi. A specjaliści z Konfederacji Pracodawców Polskich przestrzegają, że jeśli polskim pracodawcom nie uda się zatrudnić odpowiedniej liczby wykwalifikowanych pracowników, może się okazać, że łatwo przegramy konkurencję z firmami z Dalekiego Wschodu, które nie mają z tym problemu.

Prof. Burszta uważa, że rząd powinien jak najszybciej zaplanować spójną politykę migracyjną: - Trzeba prowadzić na ten temat wielka debatę społeczną, przeprowadzić kampanię edukacyjną. Musimy przecież uświadomić ludziom, że imigranci to nieodłączny element współczesnego świata. I że wcale nie zabierają nam pracy. Na razie resort pracy planuje kompleksową ustawę o emigracji. Będzie dotyczyła i polskich emigrantów, i imigrantów przyjeżdżających do nas w poszukiwaniu zatrudnienia. Ale nie powstanie raczej do końca roku.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 22 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów