Najbardziej znienawidzony dzień przez pracowników. Najpierw stoisz w większym niż zazwyczaj korku, potem masz masę spotkań, zebrań, wszystkim się spieszy, każdy chce wszystko załatwić dziś. Poniedziałek w pracy - morderca wspomnień po weekendowym lenistwie.
- U mnie poniedziałek zaczyna się już w niedzielę. Żona ogląda telewizję, dzieci śpią lub właśnie zasypiają, a ja pakuję walizkę: szczoteczka, pasta, pidżama, podkoszulki itp. Kolejne pięć dni w Warszawie - opowiada Marek Tyś, menedżer w firmie farmaceutycznej. - Najgorszy jest dojazd, bo wlokę się pociągiem przez pół nocy, by być na posterunku przed godz. 9. Oczywiście o tej porze mam już pierwsze spotkanie, bo wszyscy chcą załatwić wszystko w poniedziałek. Przychodzę o godz. 8.50, a gość już siedzi w sekretariacie i nerwowo zerka na zegarek. Od razu wiem, że to nie będzie dobry dzień - mówi głośno wypuszczając powietrze na samo wspomnienie. Takich jak on są tysiące. Nie lubimy poniedziałków, nie tylko dlatego, że utożsamiamy się z problemami bohaterów znanej polskiej komedii. Te dni są najbardziej stresujące niemal w każdej pracy. Nawał obowiązków, początek tygodnia, więc i nowe plany, kolejne cele do zrealizowania. Często też poniedziałek to pierwszy dzień po urlopie. Dlatego psychologowie przekonują, by takiego błędu nie popełniać. Jeśli wracamy z dwutygodniowego lub dłuższego wypoczynku, to najwcześniej w środę. Dwa-trzy dni rozbiegówki i weekend. To może pomóc.
Poniedziałkowy korek bardziej boli?
Doszło już nawet do tego, że ludzie dorabiają do poniedziałkowej traumy dodatkowe ideologie. - Zawsze w poniedziałek dłużej stoję w korku. W kolejne dni jest już luźniej, a w piątek to jedzie się już całkiem fajnie. Tylko w ten cholerny poniedziałek, dodatkowe 10-20 minut zawsze muszę doliczyć - denerwuje się Tadeusz Modrzejewski, który codziennie dojeżdża do pracy z Wejherowa do Gdyni. - Nie zaobserwowaliśmy znaczącego zwiększenia ilości samochodów na ulicach miasta w poniedziałki. Prawdą jest jednak, że w piątki jest luźniej, bo wiele osób robi sobie wcześniejszy weekend. Ale poniedziałek pod względem natężenia ruchu nie różni się znacząco od wtorku czy czwartku - mówi z kolei Jacek Oskarbski, naczelnik Wydziału Inżynierii Ruchu Urzędu Miejskiego w Gdyni. Potwierdzają to także policyjne statystyki. W poniedziałki wcale nie zdarza się więcej wypadków niż w inne dni powszednie. A jest ich więcej zawsze wtedy, gdy ruch jest wzmożony. Skąd więc przekonanie kierowców, że w te dni jest gorzej? - To klasyczny przykład stereotypu. Wierzymy w nie tak bardzo, że każdą tezę, która może je potwierdzać, nawet mocno naciąganą, traktujemy w stylu: "a nie mówiłem" - uśmiecha się psycholog Marek Twardy. - Wychodzimy z domu i mówimy, że dziś poniedziałek i znowu to niepotrzebne zebranie, zapominając, że w środę i piątek mamy przecież podobne. Często przez negatywne emocje, z góry zakładając, że dzień będzie nieudany, sami go sobie w ten sposób kształtujemy. Ale trudno się temu dziwić. Większość osób wolałaby mieć cały czas weekend, niż wstawać na rano do pracy. To najtrudniejsze zwłaszcza dla tych, którzy swojej pracy nie lubią - podkreśla. To zła wiadomość dla nas - większości Polaków, którzy zazwyczaj narzekają na swoje zajęcie. Tylko jak tu nie narzekać, skoro klient nie dość, że bez krawata, to się jeszcze awanturuje?
Sprinter na specjalnych zasadach
- Przychodzi taki i się spieszy jakby się paliło. A tu poczta jest, szacowna instytucja, a nie straż pożarna - śmieje się pani Monika, która siedzi w jednym z okienek na gdańskiej poczcie. - Poważnie mówiąc, to takich poniedziałkowych sprinterów poznajemy już z daleka. Kręcą się nie wiadomo po co, choć wzięli już wcześniej numerek i wiedzą ile osób jest przed nimi. Co chwilę sprawdzają która jest godzina, a niektórzy jeszcze gadają do siebie. Trzeba sobie umieć z nimi radzić. Jak przychodzi normalny klient, to znaczek na list polecony przyklejam przy nim, potem płaci, a ja mogę obsługiwać następnego. Ze sprinterem jest inaczej. Najpierw ważę list, podbijam mu potwierdzenie, płaci, a znaczek naklejam, gdy ten już wybiega z budynku. Gorzej gdy za nim jest kolejny sprinter, który widzi, że poprzednik już odszedł, a ja od trzech sekund nie wyświetliłam nowego numerka. Wtedy awantura murowana. Takie przypadki zdarzają się oczywiście każdego dnia, ale w poniedziałki jest eskalacja. Dlatego gdy któraś z nieświadomych, albo bardziej odpornych psychicznie koleżanek, chce się ze mną zamienić, to z przyjemnością biorę np. sobotę. Po takim dniu nie wracam do domu warcząc na wszystkich od progu - śmieje się pani Monika. Rozmawiamy w piątek, więc humor jej dopisuje. W końcu zaraz weekend, czyli okres, który jest głównym "winowajcą" poniedziałkowej traumy.
- Większość ludzi ma sobotę i niedzielę wolne, więc ich aktywność spada. Nie licząc miłośników sportów ekstremalnych i innych mniejszości, spędzają ten czas w domu, z rodziną, nadrabiają zaległości na działce itp. Żyjemy wtedy na zwolnionych obrotach, nie musimy myśleć o czasie, bo jak jesteśmy głodni to po prostu jemy, a nie czekamy na przerwę i łaskawą zgodę kierowniczki. Ja zaczynam myśleć o poniedziałku jakbym wracał z weekendu do więzienia - przyznaje 28-letni Jacek, który pracuje w dużym przedsiębiorstwie logistycznym. Firma była kiedyś państwowa i wielu ludzi, zwłaszcza na wyższych stanowiskach, mentalnie utknęło tam jeszcze w poprzedniej epoce. - Muszę zawsze przed wyjściem zapukać do przełożonej i się grzecznie pożegnać. Wtedy wie, o której poszedłem. Gdy dwa razy wyszedłem punktualnie po ośmiu godzinach, to po tygodniu obsługiwałem już dwie dodatkowe firmy. Bo "miałem jeszcze moce przerobowe". Dla mnie każdy weekend jest więc darem losu, a poniedziałek smutnym powrotem do rzeczywistości. Najgorsze jest jednak to, że myślę o nim już dzień wcześniej i często mam przez to popsuty humor przez całą niedzielę - dodaje.
Skacowany poniedziałek
Niełatwe poniedziałki mają też pracodawcy. Zwłaszcza ci, którzy zatrudniają robotników, głównie niewykwalifikowanych.
- Nie chcę generalizować, ale wątpię czy prezesi banków lub właściciele perfumerii mają podobny problem jak ja - mówi Jakub, właściciel firmy budowlano-remontowej z Pomorza. - Gdy w poniedziałek rano dzwoni któryś z pracowników, to czasami boję się odebrać. Od razu wiadomo, że nie może przyjść, bo po raz trzeci umarł mu wujek czy babcia, dziecko się niespodziewanie urodziło i tak dalej. W poniedziałki nasłuchałem się więcej bajek niż przez całe dzieciństwo. Ale wolę gdy ściemniają, niż przychodzą nagrzani do pracy. Bo to jest właśnie prawdziwa przyczyna. Jak ktoś noc z soboty na niedzielę kończy tuż przed mszą, a po południu poprawia klinem, to lepiej żeby nie przychodził do pracy w poniedziałek - zaznacza. Ma przez to kłopoty z niektórymi klientami, bo gdy nie przyjdzie np. cieśla, a na danej budowie jest ich dwóch, to robota znacząco zwalnia. I wtedy on staje się bajarzem. Poniedziałek nie jest także szczęśliwym dniem dla pracowników fizycznych.
- Bo wszystkie nowe roboty zaczynamy w poniedziałek, przynajmniej teoretycznie. Szef zawsze tak podpisuje umowę, że tego dnia mamy zacząć remont lub budowę u nowego klienta - mówi dekarz z Pomorza. Nie zawsze udaje się jednak skończyć poprzednią pracę w terminie. Właściwie to nigdy się nie udaje. - I się zaczyna! Szef panikuje, że nowy klient czeka. U starego przyspieszamy, więc zdarzają się błędy i poprawki. Ale najgorzej jest jak mamy kilkudniową obsuwę. Wtedy kursujemy pomiędzy jednym a drugim. Zaczynamy wcześnie u nowego, kończymy w południe, bo jedziemy na "szkolenie" i wracamy do starego. Jak dwa dni wcześniej wiem, że będę uczestniczył w takiej hucpie, to po prostu muszę się napić. I potem jestem w poniedziałek wściekły podwójnie, bo mnie łeb nawala przez głupotę: i moją, i szefa - kończy dekarz.
W filmie "Nie lubię poniedziałku", też poruszono problem jazdy samochodem po mieście...
Poniedzialek i piatek to najfajniejsze dni w pracy. Jesli ktos nie lubi poniedzialku, to znaczy, ze jest w zlej pracy i powinien ja zmienic. Ruszcie dμpe i nie biadolcie Polaczki »