Podczas niedawnej akcji "Znicz" przeprowadzonej przy okazji Wszystkich Świętych, polscy policjanci złapali podczas weekendu tysiąc pijanych kierowców. Przyznają jednak, że to czubek góry lodowej. Do kontroli nie zatrzymują przecież wszystkich, wielu osobom się tym razem upiekło. Takie statystyki przestają już robić u nas wrażenie. Polacy pili, piją i będą pili. Dlaczego miałoby być inaczej, skoro jest społeczne przyzwolenie na pijaństwo, nawet w pracy? Co więcej w pewnych miejscach czy branżach wręcz wypada pić i to zwłaszcza w czasie pracy.
Alkomatem na wejściu
Na cenzurowanym są zwłaszcza budowlańcy. Bo robotnik na budowie to zawsze był "pan" i basta. Mógł robić wszystko, zarówno za komuny, jak i przez ostatnie lata, gdy fachowców na rynku brakowało, a ich pensje rosły niebotycznie. Odczuli to nie tylko kupujący mieszkania, czy budujący domy, ale przede wszystkim deweloperzy.
- Robotnicy zarabiali coraz więcej. Stać ich na to, aby podczas każdej przerwy śniadaniowej wypić sobie po trzy piwa - mówi Andrzej Bartosiewicz, właściciel firmy budowlanej. - W zeszłym roku mieliśmy taki przypadek, że gdy przyjechaliśmy na budowę, 17 osób spało. Wiadomo po czym. Od razu wszystkich zwolniliśmy - opowiada.
Firma zareagowała ostro, radykalnie, ale przecież pracownicy z pewnością mieli coś na swoją obronę. Na budowie znaleziono kilka butelek wódki i wina. Taka ilość nie pojawiła się tam przez przypadek. Na pewno był jakiś "bardzo ważny powód".
- Można by książki pisać o tym, jak pracownicy się tłumaczą. Często to doświadczeni fachowcy, mający rodziny na utrzymaniu i, wydawać by się mogło, także głowę na karku. Ale zawsze znajdzie się powód do jednego głębszego. A to koledze się coś urodziło, a to, a tamto - rozkłada ręce Aleksandra Krzysztofek z tej samej firmy budowlanej. - Pretekstem są chrzciny, imprezy rodzinne, jedno piwo przy meczu - dodaje.
Dlatego jej firma, jak wiele innych w branży, wprowadziła niezapowiedziane kontrole stanu trzeźwości pracowników. Bada ich alkomatem i sama możliwość wpadki działa odstraszająco, bo wiąże się ze zwolnieniem dyscyplinarnym i wszystkimi jego konsekwencjami. Nie działa jednak na wszystkich, bo niechlubny rekordzista, złapany już przy pomocy alkomatu, miał ponad dwa promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Na badanie alkomatem robotnik musi jednak wyrazić zgodę, ale jeśli tego nie zrobi, może spodziewać się co najmniej obcięcia premii. Na to na budowie zawsze znajdzie się pretekst. A premia to często większa część wynagrodzenia.
Pracownicy-pijacy sporo też ryzykują, bo za wypadek w stanie nietrzeźwym ZUS nie wypłaca żadnego odszkodowania. Podobnie robi większość prywatnych instytucji finansowych, zajmujących się ubezpieczeniami. Ale mimo tego piją nawet ci, którzy na wypadek narażeni są szczególnie, czyli... zawodowi kierowcy.
Kto postawił ten płot?
Największa gdyńska firma logistyczna z kilkudziesięcioletnimi tradycjami ostatnio mocno z tego powodu ucierpiała. Przedsiębiorstwo nie ma swojej floty samochodowej, korzysta więc z usług kilkunastu firm przewozowych. I często musi się za nich wstydzić.
Podczas jednego z ostatnich załadunków, czas niemiłosiernie się dłużył kierowcy. Wystawianie towaru z kontenera trwało dobrych kilka godzin. Kierowca najpierw kręcił się nieopodal samochodu, ale potem zamknął się w kabinie. Wszyscy myśleli, że śpi. Gdy prace się zakończyły i mógł już odjechać, nawet nie wysiadł, wziął tylko przez okno dokumenty i ruszył. Pracujący przy rozładunku nieco się zdziwili jego zachowaniem, ale po chwili wszystko było już jasne. Nawet jeśli ktoś się odwrócił, to huku tira wjeżdżającego w masywny, żelazny płot, nie dało się nie usłyszeć.
- A potem wrzasku kierowcy, który otworzył drzwi i krzyczał: Kto postawił ten płot?! Tylko, że płot stoi w tym samym miejscu od sześciu lat, a brama jest tak szeroka, że bez problemu mijają się w niej dwa tiry, a bokiem mogą bez przeszkód przejść ludzie. Niestety, ktoś zadzwonił po policję - opowiada jeden ze świadków. Niestety dla firmy - bo o sprawie przez dobre kilka miesięcy było głośno w całym środowisku - oraz dla kierowcy, który stracił pracę, prawo jazdy i ma sprawę karną. Okazało się, że w kabinie zabijał czas piwkiem. A konkretnie trzema, mocnymi.
Nie jest to odosobniony przypadek. Część kierowców pije niemal podczas każdej trasy. Wiedzą gdzie stoi Inspekcja Transportu Drogowego, a zwykła drogówka rzadko ich kontroluje. Z prostej przyczyny: najczęściej radiowóz stoi w takim miejscu, że zatrzymanie tam dużej ciężarówki całkowicie zablokowałoby ruch. Poza tym kierowcy tych ciężkich wozów zazwyczaj nie jeżdżą szybko. Ale czy jeżdżą pewnie?
- Ostatnio taksówkarz opowiadał mi o prywatnej firmie przewozowej jego znajomego, gdzie piją wszyscy kierowcy ciężarówek. Mało tego, przez CB radio zmawiają się na imprezy podczas trasy! Właściciel przymyka oko, bo nie ma innych ludzi, a poza tym jak wypiją, to podobno nawet "pewniej jeżdżą" - kręci głową Marek z Opola, który po wysłuchaniu tej opowieści pokonuje trasę do pracy w Warszawie z duszą na ramieniu. Gdy ostatnio zepsuł mu się samochód, stał na poboczu na awaryjnych światłach i wyglądał czy zza zakrętu nie wyjedzie jakiś rozpędzony tir z podchmielonym kierowcą za kółkiem.
- Bez przesady. Picie przez kierowców jest coraz rzadsze - uspokaja Andrzej Twardy, właściciel firmy transportowej z Gdańska. Firma ma cztery tiry, obsługuje głównie międzynarodowe trasy i w jej ośmioletniej historii nie zdarzyło się, by któryś z kierowców miał problemy z alkoholem podczas trasy. - Sam też kiedyś jeździłem, więc wiem co mówię. Owszem, kierowcy umawiają się przez radio na imprezy, ale piją na parkingach czy w motelach wieczorami, a do pracy ruszają rano. Jak ktoś nie przesadzi, to rankiem może spokojnie wsiąść za kółko. Co nie znaczy, że nie zdarzają się tacy, którzy przeginają. Ale jest ich coraz mniej, bo rynek takich eliminuje. Bo co z tego, że kierowców brakuje? Ja nie zatrudnię pijaka, wolę stracić kilka zleceń i spać spokojnie. A pijak i tak prędzej czy później wpadnie, bo tacy nieodpowiedzialni ludzie kombinują także z tachografami, ze spuszczaniem paliwa itp.. Lepiej ich unikać i większość tak robi - zapewnia Twardy.
Od coli głowa nie boli
Jednak alkohol w pracy to nie tylko problem robotników czy kierowców. Sięgają po niego także ci, którzy pijanych kierowców mają łapać, czyli policjanci. W niektórych komendach odbywają się nawet na ten temat spotkania z psychologiem. Policjanci piją, bo mają stresującą pracę.
- Głównym powodem jest odreagowanie trudnych sytuacji. Dlatego na spotkaniach z nami dowiadują się też, jak funkcjonują rodziny alkoholików i potem wiedzą, jak rozmawiać np. z żoną alkoholika - mówi Anna Panasz, psycholog z komendy wojewódzkiej w Kielcach, gdzie w tym roku kilku policjantów już straciło pracę przez alkohol. Ale jak twierdzi większość z funkcjonariuszy to głównie problem tzw. starej gwardii, pamiętającej jeszcze poprzednią epokę.
- Teraz jak tylko jest podejrzenie, że ktoś zamknął się w pokoju i może "spożywać" to za pięć minut BSW [Biuro Spraw Wewnętrznych - red.] z komendantem miejskim już pędzi na gwizdkach. Dlatego alkoholu na komisariatach niemal nie ma. Do pracy przyszli młodzi, chcą pracować i awansować, a nie chlać - mówi jeden z gdańskich funkcjonariuszy.
Coraz częściej do butelki w czasie pracy zaglądają też menedżerowie, prezesi czy dyrektorzy firm. Alkohol trzymają oficjalnie w swoich biurach. Częstują nim podczas spotkań biznesowych i narad. I nieraz potrafią przeholować.
- Ich postawa także jest powodowana stresem. Paradoksalnie poważnym problemem ludzi na wysokich stanowiskach bywa niska samoocena. Próbują cały czas udowadniać, że są lepsi od konkurencji, że potrafią szybciej myśleć, podejmować trafniejsze decyzje. Po całym tygodniu takiej pracy, wyścigu szczurów, muszą odreagować. A nie chcą robić tego przy dzieciach czy żonie, więc uciekają w alkohol w pracy. Pod pozorem małej szklaneczki whisky z colą podczas spotkania, ukrywają swój problem. Często bowiem takich spotkań odbywają kilka, bądź kilkanaście w ciągu dnia, a to najprostsza droga do alkoholizmu - przestrzega psycholog Beata Ziembińska.
- Mój były przełożony zawsze powtarzał, że "od coli głowa nie boli". Kto nie pił z nim whisky z colą, ten nie dostawał premii. To nic, że przez to praca leżała, a firma staczała się na dno, razem z pracownikami. Premia była uzależniona od picia - opowiada Mariusz Tytoń z Gdańska. - Wytrzymałem tydzień, a zagraniczny właściciel naszej filii zorientował się po dwóch miesiącach i rozgonił towarzystwo w cztery wiatry. I tak szybko, bo nie sądzę, by nawet po tym, jak ktoś doniósł na kierownika, niemiecki menedżer w to uwierzył. Znajomi też nie wierzyli, dopóki nie zadzwonili do firmy po godz. 15. Akurat wtedy
kierownik mógł już tylko bełkotać do słuchawki. Chciałbym zobaczyć minę Niemca, który dzwoni do swojego pracownika z pytaniem o postępy w raportach i słyszy coś takiego. Nie dziwię się, że zwolnił nie tylko kierownika, ale zamknął całe przedstawicielstwo - dodaje Mariusz.