Tadeusz, 48 lat, były
handlowiec: - Nie sądziłem, że to będzie tak upokarzające. Od momentu wejścia w te drzwi uświadamiano mi, że jestem gorszy, bo bezrobotny. Elżbieta, 50 lat, bezrobotna
recepcjonistka: - To, co się dzieje w urzędach pracy, to fikcja. Może je sprywatyzować? Maria, kiedyś nauczycielka: - Bezrobotny to człowiek po przejściach, trzeba go traktować z szacunkiem. Michał, 42-letni
kierowca: - Bez przesady. Po jakimś czasie człowiek się przyzwyczaja, że trzeba prosić o pomoc.
Urozmaici sobie pani dzień!To nie są osoby z wymyślonego przeze mnie dramatu. Spotkałam ich na korytarzu, gdy pierwszy raz poszłam do urzędu pracy. Warszawa, ul. Ciołka. Budynek z okresu socrealizmu, lekko odnowiony. W dość ciasnej poczekalni kilkadziesiąt osób. Większość czeka na spotkanie z pośrednikiem pracy. Siedzą wpatrzeni w ekran monitorów, na których ukazują się numerki uprawniające do wejścia do odpowiedniego pokoju.
Od razu widać, kto jest tu pierwszy raz. "Nowi", próbując się czegokolwiek dowiedzieć, zaczynają od skrupulatnego studiowania informacji wywieszonych na tablicach. Potem, zawiedzeni, zwracają się do pani z recepcji. Czasami zastępuje ją ochroniarz. Ten gromko instruuje co, jak i gdzie. Ci, którzy wcześniej zajrzeli na stronę internetową PUP, od razu szukają druków rejestracyjnych.
W sali obok kilka osób pracowicie wypełnia kolejne rubryczki "Karty bezrobotnego". - Nie podoba mi się nazwa tego dokumentu. Może dlatego, że ostatnio stałam się bardzo wrażliwa na słowo "bezrobotny". Ono dyskredytuje człowieka- komentuje Elżbieta. Wspólnie próbujemy bezbłędnie wypełnić formularz. Dzięki internetowi wiedziałyśmy, jakie dokumenty trzeba mieć przy sobie, by zostać zarejestrowaną. Innych - tych, którzy nie byli przezorni, czeka kolejna wizyta u urzędzie.
Bez wypełnionej "Karty" i kilku innych dokumentów nie ma co stawiać się przed obliczem urzędnika. Na pewno nas nie zarejestruje. Informują o tym jasno ulotki wydane przez urząd. Tylko niektóre urzędniczki przymykają na to oko i pozwalają przynieść zapomniany załącznik nieco później. Ja nie miałam szczęścia. Zapomniałam dyplomu. Nie pomogły tłumaczenia, że będę pamiętała następnym razem, i że nie mam czasu kursować w tę i z powrotem. Pani zajmująca się rejestracją burknęła: - Na bezrobociu ma pani dużo czasu. Urozmaici sobie pani dzień.
Sama sobie winnaNastępnego dnia - tego "urozmaiconego", gdy dowiozłam dyplom - zostałam bezrobotną bez prawa do zasiłku.
Zasiłku nie otrzymam z "własnej winy", bo ostatnio pracowałam na umowę o dzieło. Przepisy wymagają, by przez półtora roku przed dniem zarejestrowania pracować na etacie lub na umowie, od której odprowadza się składki ZUS. Za mnie nikt nie płacił składek. - Oj, te wolne zawody. Was zatrudniają na niekorzystnych zasadach, najczęściej na umowę o dzieło - westchnęła urzędniczka zajmująca się moją sprawą. Oprócz statusu bezrobotnej dostałam życiową nauczkę. Wiem jedno: dla państwa nie liczy się to, że ktoś przepracował bez przerwy 25 lat. Że przez półtora roku radził sobie sam. Że pracował i walczył, by pozostać w zawodzie. Mam prawo czuć się ukarana za to, że nie sięgałam po pomoc państwa?
- Ten, kto wymyślił takie przepisy, zapomniał, że pracodawcy wykorzystują naszą trudną sytuację. Proponują wygodne dla siebie warunki. A jak ich nie akceptujesz, to nie pracujesz - skomentował sytuację Tadeusz.
- Oczywiście, jesteś sobie winna. Trzeba było samej składki odprowadzać. A czy cię na to stać, czy nie, to już twój problem - zakpiła Elżbieta. Jestem bezrobotną, która nie bierze zasiłku i nie kumuluje żadnych kosztów. Problemu z moim ubezpieczeniem zdrowotnym urząd pracy nie ma. Opłaca je mąż.
Bilet na "nową drogę życia"Wśród rejestrujących się razem ze mną przeważały osoby w wieku 50+. Na twarzach widać stres, poczucie porażki. Trudno im pokonać wstyd. Niektórym towarzyszą bliscy. Żeby dodać otuchy. - Przyszedłem z przyjacielem. Strasznie długo zastanawiał się, czy się tu zgłosić. Długo go namawiałem. Za chwilę nie będzie miał co jeść - mówi Janusz, jedyny wyluzowany w kolejce do rejestracji. Pozostali wyraźnie chcą sprawę załatwić jak najszybciej i wyjść.
Sama z pośredniaka wychodzę po półtorej godzinie. Nie bardzo rozumiem, dlaczego ponownie mam przyjść dopiero za trzy tygodnie. - Takie są terminy - słyszę jedynie. Może wtedy otrzymam jakąś propozycję pracy?
Teraz zaczyna do mnie docierać, że sytuacja życiowa bezrobotnego nie ma dla urzędu pracy żadnego znaczenia. Choć przez chwilę miałam nadzieję, że na coś mogę liczyć. Na "nową drogę życia" dostałam zaświadczenie, że mogę korzystać z bezpłatnego przejazdu komunikacją miejską... ale tylko w dzień, kiedy - jak napisano - stawiam się na wezwanie urzędu, i to w godzinach pracy pośredniaka, czyli między 8 a 15. Widać bezrobotny bez prawa do zasiłku może szukać pracy, chodząc na piechotę. - Dla takich jest pomoc społeczna. Tam trzeba się zwracać - Maria cytuje to, co niedawno usłyszała. Ona nie korzysta z żadnego zasiłku. Ma dochód o 102 zł za wysoki na członka rodziny. Moją pierwszą wizytę w pośredniaku kończę w toalecie na drugim piętrze. Tu też widać, ile szacunku mają państwowe instytucje dla bezrobotnych.
Przeczytaj list czytelniczki o jej wizycie w krakowskim pośredniaku
Ma pani zbyt wysokie kwalifikacjeMinęły trzy tygodnie, od kiedy zarejestrowałam się jako bezrobotna. Zanim trafię przed oblicze pośrednika pracy (oby już po konkretną ofertę!), muszę iść do pokoju nr 217. Odbieram decyzję o uznaniu mnie za bezrobotną i odmowie prawa do zasiłku. Dostaję także teczkę z dokumentami ważnymi dla poszukującego pracy. Tak bardzo ważnymi, że muszę ich odbiór pokwitować na piśmie. W żółtej teczce: wniosek o przyznanie środków na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej, pięć kolorowych ulotek oraz wzór CV.