Powiatowy Urząd Pracy w Warszawie, ul. Ciołka. Codziennie rano kilkadziesiąt osób czeka na nowe
oferty pracy. Wśród nich Bartek i Anna. Poznali się w autobusie, którym wyjeżdżali do Londynu. Rozmawiają po angielsku, by nikt nie wiedział, po co przyszli do urzędu. On skończył socjologię, ale zaraz po studiach wyjechał za granicę. Przez cztery lata pracował na angielskich i irlandzkich budowach. Zarobił i wrócił do kraju. Chciałby pracować w swoim zawodzie, ale mimo wielu wysłanych CV nikt nie zaprosił go na rozmowę kwalifikacyjną. Wstydzi się brać zasiłek dla bezrobotnych. Po powrocie miały na niego czekać dziesiątki atrakcyjnych ofert pracy.
Anna jest po zarządzaniu i marketingu na Uniwersytecie Warszawskim, ale w stolicy Wielkiej Brytanii początkowo pracowała jako pokojówka w hotelu, później jako kelnerka, a przez ostatnie sześć miesięcy jako sprzedawca w sklepie z ubraniami. Przez kilka lat zarobków zazdrościły jej wszystkie koleżanki ze studiów. Ale po spadku wartości funta i kryzysie finansowym coraz trudniej na Wyspach o znalezienie dobrze płatnej pracy. Dziś to Anna zazdrości koleżankom, które przez lata ciężko pracowały na swoją pozycję w branży. Po cichu liczy, że dostanie jakąkolwiek pracę po znajomości. Chociaż zna dwa języki obce, pracodawcy krytycznie patrzą na jej doświadczenie zdobyte na stanowiskach fizycznych.
Telefon się urywaPodobny problem mają inni wracający do kraju. Tylko w trzecim kwartale do Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Warszawie zgłosiło się ponad 300 osób, by pobrać zaświadczenie dotyczące transferu zasiłków lub zsumowania czasu pracy w kraju i za granicą. To aż trzykrotnie więcej niż było w III kwartale 2007 roku (104 osoby). Podobnie jest w całym kraju. W Wojewódzkim Urzędzie Pracy w Białymstoku każdego dnia średnio pięć osób przychodzi lub dzwoni z dziesiątkami pytań. - Najczęściej dzwonią Polacy, którzy wracają z Wielkiej Brytanii. Pytają, co im się należy po powrocie do kraju. Chcą też wiedzieć, czy ten okres pracy będzie im się wliczał do uprawnień pracowniczych, uprawnień emerytalno-rentowych oraz czy praca za granicą będzie liczyła się do przyznania zasiłku dla bezrobotnych - mówi Joanna Panasiuk, starszy inspektor w wydziale rynku pracy. Non stop dzwonią telefony w pośredniakach w Opolu, Łodzi, Olsztynie, Bydgoszczy oraz Rzeszowie. Jak przyznaje jeden z pracowników Powiatowego Urzędu Pracy w Rzeszowie, jeszcze kilka miesięcy temu rejestrowało się niewiele osób, które wróciły z zagranicy. Teraz każdego miesiąca przychodzi po kilkadziesiąt osób. Narzekają na brak pracy, na spadający kurs funta i coraz droższe życie w Anglii. I zostają bezrobotnymi. Tłumaczą to najczęściej niewielką liczbą ofert pracy, brakiem nawet średnio atrakcyjnych, a jeżeli już się pojawiają, to praca jest wyceniana niewiele powyżej najniższej średniej krajowej. Dlatego większość wracających decyduje się na pobieranie przez sześć miesięcy zasiłku (w zależności od województwa 551-580 zł brutto). W Opolskiem o zasiłek dla bezrobotnych wystąpiło ponad 550 osób, które wróciły.
Ta oferta pracy jest od dawna nieaktualnaSławomir Szostak z Siedlec jest nauczycielem. Przez ostatnie cztery lata pracował w hotelu we wschodniej części Londynu. Jak wielu naszych rodaków zaczynał od pracy na zmywaku, później był kucharzem, jak trzeba było, pracował w recepcji, aż w końcu awansował na stanowisko barmana. W lipcu wrócił do Polski i poszedł do Powiatowego Urzędu Pracy w Siedlcach. Urzędnik dał mu namiar na szkołę podstawową w podsiedleckiej wsi, która pilnie poszukiwała nauczyciela. - Gdy tam pojechałem, pracownicy w szkole byli zdziwieni tak mało profesjonalnym działaniem urzędu. Okazało się, że oferta pracy była nieaktualna od ponad dwóch miesięcy - opowiada Szostak.
W urzędzie bezradnie rozłożyli ręce i w związku z tym, że nie ma innych ofert, polecono mu wypełnić wniosek o przyznanie prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Ale Szostak nie chce być bezrobotnym. Postanowił, że więcej do urzędu nie pójdzie i sam poszuka pracy. Przyjmie prawie każdą posadę - podjąłby się pracy biurowej, przy archiwizacji i skanowaniu dokumentów, w dziale eksportu. Zna angielski i rosyjski. - Te urzędy pracy to jakaś kpina wobec osób poszukujących pracy. Nie mają nic wspólnego z urzędami na Zachodzie. Tam są ułatwienia, które mają pomóc w znalezieniu pracy, np. można bezpłatnie zadzwonić z urzędu do pracodawców, którzy złożyli zamówienia - mówi Szostak.
Podobnie mówią jego koledzy, którzy też wrócili z Wysp. - Po co w urzędzie tylu pracowników? - pyta pan Andrzej, który pracował w kilku zagranicznych krajach jako
kierowca, malarz, murarz, a nawet jako pomocnik budowlańca. Szukając po powrocie pracy w Polsce, usłyszał, że jest kilka atrakcyjnych ofert... za granicą. I na tym koniec.
(Nie) wracajcie do krajuZ tym, że urzędy pracy nie są przygotowane na powrót Polaków z saksów, zgadza się dr Marek Szopski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Niby przygotowano jakiś plan dla osób powracających, ale jak to zwykle bywa, jest inaczej, niż zakładano. Poza tym Polacy wyjeżdżali z kraju, gdy przychodziła do nas dobra koniunktura. Dziś wszystkich dotyka kryzys gospodarczy, a my nie jesteśmy do końca gotowi, by tę sytuację zaakceptować. Przez kryzys wielu pracodawców obawia się zatrudniać nowych pracowników. Być może liczyliśmy na to, że nie będziemy musieli się zajmować masowymi powrotami, a teraz przyszedł czas prawdy - dodaje.
Dużo ostrzej wypowiada się ekonomista Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. - Nie można myśleć, że ktoś całe życie będzie pracował w jednym zawodzie. Jeżeli ktoś traci pracę, urząd powinien natychmiast reagować i zaproponować zmianę kwalifikacji. A jeżeli jakaś instytucja nie nadąża za zmianą sytuacji na rynku, to nie ma czego od niej oczekiwać. Dlatego większość emigrantów znów zacznie myśleć o ponownym wyjeździe - uważa.
Rok temu, po zmianie rządów wśród emigrantów rozbudzono nadzieje na powrót do kraju, w którym będzie dobrze płatna praca. Przygotowano nawet specjalny program "Powrotnik", który ma pomóc i doradzić im, jak najlepiej odnaleźć się na rynku pracy w polskich realiach. Ale w ostatnich miesiącach sytuacja zmieniła się diametralnie zarówno w Polsce, jak i na Wyspach. Z Wielkiej Brytanii i Irlandii zaczęli wracać głównie ci, którym się nie udało. Bez oszczędności i perspektyw na pracę, za to z rozbudzonymi oczekiwaniami. Z badań prof. Krystyny Iglickiej z Centrum Stosunków Międzynarodowych wynika, że oprócz powodów ekonomicznych naszych rodaków do powrotu skłaniają też tęsknota za rodziną, potrzeba stabilizacji życiowej i podjęcia pracy zgodnej ze zdobytym w kraju wykształceniem.
Wzrost liczby osób wracających zauważyły agencje doradztwa personalnego. Firma rekrutacyjna Michael Page International, która szuka specjalistów, ma o 150 proc. więcej osób zainteresowanych powrotem do pracy w Polsce. Wracają ludzie, którzy pracowali m.in. w nieruchomościach, budownictwie i inżynierii.
- Dokumenty kandydatów przyjeżdżających z zagranicy to 15-20 proc. wszystkich napływających aplikacji - mówi Justyna Saniewska, senior recruitment consultant w Grafton Technologies. - Wśród osób zainteresowanych powrotem do Polski są kandydaci pracujący w swoim zawodzie, chcący kontynuować karierę na tym samym stanowisku w kraju. Są to głównie specjaliści średniego i wyższego szczebla z branży finansowej, budowlanej oraz IT. Istnieje też duża grupa osób, które pracowały poniżej swoich kwalifikacji - dodaje.
Zawód poszukiwany w całej Europie