Weź udział w Internetowym Badaniu Wynagrodzeń 2008
Patrycja, 32-letnia kierowniczka dużego działu w centrali jednego z warszawskich banków, oprócz prezentów na święta musi kupić także tabletki uspokajające, przepisane jej na receptę przez lekarza. - Inaczej nie będę spać. Dużo pracuję, stres jest ogromny. Ale bez pracy jest jeszcze większy - mówi. Poza Patrycją kłopot ze świętami będzie mieć co najmniej kilka milionów Polaków. Co prawda pracoholików nikt jeszcze w kraju nie liczył, ale w badaniach nad czasem pracy ponad połowa z nas deklaruje, że spędza w pracy sporo więcej niż przepisowe 8 godzin dziennie. Przeciętny Polak pracuje tygodniowo prawie 42 godziny godzin, co daje nam najwyższą średnią w Europie.
- Przy takich cechach jak ambicja, pracowitość i zaangażowanie plus zwykła chęć spełnienia się w roli pracownika, pracoholizm wkrada się małymi krokami, niepostrzeżenie jak każde inne uzależnienie. Jeśli jeszcze wiąże się z elementem satysfakcji, nagrodami i uznaniem, łatwo temu się poddać - mówi Bożena Uścińska, wrocławska psycholog. Granica między pracowitością a uzależnieniem często jest trudna do zauważenia. Nie każdy pracuś stanie się pracoholikiem. - Jedno jest pewne: w najgorszej sytuacji są ci, którzy poza pracą nie mają nic. - To oni najbardziej będą cierpieć w długie weekendy i wolne dni. Te święta im przeszkadzają - mówi psycholog. Ludzie młodzi, którzy całą swoją energię poświęcają na pracę, zaniedbując przyjaciół i rodzinę, mogą poczuć się zagubieni. - Mogą nie mieć o czym rozmawiać z wujkiem Kazikiem przy świątecznym stole, bo rodzinne historie szybko ich znudzą, a rodzina pewnie nie będzie chciała słuchać o ich pracy - mówi psycholog. - Inni straszliwie się pokłócą, bo świąteczny spokój będzie dla nich nie do wytrzymania i zaczną czepiać się o byle co.
Pani Bożena nie raz prowadziła rozmaite
kursy i
szkolenia dla ludzi zbyt mocno związanych z pracą. - W jednej firmie poprosili kiedyś o szkolenie w wigilię. Byłam świadkiem, jak panowie dzwonili do domów i kłamali, że wypadło im niezmiernie ważne zebranie. Byle tylko nie jechać do domów, bo tam, wśród świątecznych dekoracji i kolęd czują się nieswojo - opowiada Uścińska. Zapytaliśmy kilku bardzo zapracowanych Polaków, jak przetrwają tegoroczne święta i łączący się z nimi weekend. Patrycja, poza tabletkami na sen, obiecała przetrwać je u rodziców w Przemyślu bez siedzenia przed laptopem i sprawdzania giełdy.
Rzecznik non stopMiło ma szansę spędzić je Dagmara Turek-Samól, rzeczniczka prasowa wojewody dolnośląskiego. To wzór rzecznika i...pracownika. Nie potrafi żyć bez swojej pracy. - Po prostu bardzo ją lubię - przyznaje szczerze Dagmara. Z tym zawodem związana jest już od 13 lat. Najpierw pracowała we wrocławskiej straży miejskiej, a ponad rok temu została rzecznikiem wojewody Rafała Jurkowlańca. Jej budzik dzwoni codziennie o godz. 5.40. - Może to wcześnie, ale daleko mieszkam, a na ósmą muszę dojechać autobusem do urzędu - mówi. W pracy dwoi się i troi: odbiera setki telefonów, towarzyszy wojewodzie na spotkaniach, odpowiada na miliony pytań od dziennikarzy. Jest jednym z nielicznych rzeczników, na których dziennikarze zawsze mogą polegać. Nie zbywa, odpowiada nawet na najbardziej niewygodne pytania, nie okłamuje. - W tej pracy często zdarzają się sytuacje określane jako kryzysowe, ale moją rolą jest je opanować. Lubię to. Wyjście z takiej sytuacji daje niesamowicie dużo satysfakcji - opowiada. Ale i stresu. Na bieżąco musi wiedzieć, co dzieje się w urzędzie, jakie decyzje zapadły na ważnych zebraniach we Wrocławiu czy w Sejmie. Jej laptop działa non stop. Nie potrafi też już żyć bez telefonu. Gdy kilka dni temu spiesząc się na autobus zostawiła w domu komórkę, szukając jej później w torebce o mało co nie dostała zawału. - Już nie chodziło o telefon, ale jak sobie pomyślałam, że nagle straciłam wszystkie ważne numery, jakie mam w telefonie, zrobiło mi się słabo - opowiada. Specjalistce od wychodzenia z podbramkowych sytuacji w Public Relation niekoniecznie tak samo dobrze idzie wychodzenie z pracy. Godziny: 19.00, 20.00, 21.00 - to jej standardowe pory wyjścia z budynku urzędu. - Cierpi na tym moja rodzina, wiem o tym i często za to ich przepraszam. Bardzo lubię swój dom, zabawę z synem czy wakacje z mężem. Może w święta uda się spędzić więcej czasu razem - zastanawia się. - Chociaż wiem, że i tak ciągle będę się martwić, że nagle coś stanie się w pracy i trzeba będzie jechać do urzędu. Święta świętami, ale będę czuwać jak zwykle.
Mimo to Dagmara nie identyfikuje się ze słowem pracoholik. - Praca zajmuje mi kawał życia, ale paradoksalnie chyba dlatego, że zawsze miałam szczęście do świetnych szefów. Jak człowiekowi gdzieś dobrze to stara się dać z siebie wszystko, żeby ludzie, dla których pracuje byli zadowoleni. Ale mam też ogromne grono znajomych poza pracą. Co prawda większość z nich to ludzie związani z mediami, dziennikarze i redaktorzy, ale to nie przeszkadza mi kompletnie wyluzować się w ich towarzystwie - mówi.
Własny biznes wciągaNajtrudniej będzie chyba Marcinowi z Katowic, właścicielowi świetnie prosperującego warzywniaka. Nie jest ani biznesmenem, ani maklerem, ale opowiada, że uzależnić potrafi także zupełnie inny rodzaj pracy, pozornie mało porywający. Marcin, z wykształcenia filozof, po studiach przez trzy lata pracował w biurze podróży. - Było bardzo fajnie, ale praca to była praca, po niej wracałem do domu - opowiada. - Miałem czas dla dziewczyny i kumpli: z chłopakami graliśmy w koszykówkę, wychodziliśmy na piwo. Mój ojciec zmarł cztery lata temu. Rok temu mama. Wtedy przejąłem po niej sklep. I dopiero teraz wiem, co znaczy prawdziwa harówka. Sześć razy w tygodniu Marcin jedzie w środku nocy po owoce i warzywa na giełdę, później musi poukładać towar w skrzyniach i na półkach. I otworzyć kiosk. - Gdy przychodził pierwszy klient, ja miałem już kilka godzin ciężkiej pracy za sobą i marzyłem, żeby choć na chwilę położyć się spać - przyznaje. - A tu trzeba było wytrwać kolejne dziewięć na nogach i przygotować się na kolejną giełdę. Marcinowi źle się pracowało ze sprzedawcą, który pomagał mamie przy sklepie. Zwolnił go i wszystkim zajął się sam. Przez to kompletnie zmienił styl życia. - Prawie cały dzień i noc zajmuje mi praca. Śpię po kilka godzin na dobę. Nie mam już ani czasu ani siły, by poczytać książki, które tak uwielbiam. Gdy wracam do domu jestem tak skonany, że tylko gapię się bezmyślnie w telewizor. Nie wychodzę z kumplami na piwo, więc się poobrażali. Mój związek też wisi na włosku, bo dziewczyna jest zła, że zająłem się czymś tak przyziemnym jak sprzedawanie warzyw i owoców. Mówi, że wstydzi się powiedzieć o tym swoim znajomym... Bardzo mnie to boli. No nie jest to ambitne zajęcie, nie tak wyobrażałem sobie pracę po studiach, ale szkoda mi było prowadzonego przez tyle lat przez mamę interesu. Tym bardziej, że całkiem nieźle na siebie zarabia. Dzięki prowadzeniu sklepiku Marcin zmienił samochód (12- letnią hondę na nowego renaulta na kredyt) i zastanawia się nad zamianą kiosku na większy lokal w tej samej okolicy. - Własny biznes wciąga. Widzisz, że coś ci się udaje i się tym cieszysz i chcesz jeszcze więcej. Tylko przykro mi przez moją dziewczynę. Z jej rodziną nie mam dobrych kontaktów, a ja nie mam już z rodziny nikogo. Dlatego te święta spędzi sam. - Najtrudniejsze jest to, że nie będę mógł otworzyć sklepu i zająć się pracą - mówi.