Przeczytaj fragment odezwy Krystyny Pingielskiej
Małgorzata Kolińska-Dąbrowska: Zacznijmy od pani CV. Jak się pani nazywa? Krystyna Pingielska.
Lat? 50+
Wykształcenie i staż pracy? Wyższe ekonomiczne. Jestem menedżerem. Jako ekonomista przepracowałam 28 lat, z których większość na stanowiskach kierowniczych. Ktoś może powiedzieć - ba, ale to nie w tej epoce! To jeden ze stereotypów myślenia, z jakim się spotykam, więc wyjaśniam: w obecnej epoce byłam członkiem zarządu dużej spółki giełdowej, a ostatnia moja funkcja to prezes zarządu dużej spółki akcyjnej. Rok temu zrezygnowałam z pełnienia tej funkcji. Jeśli ktoś przeczyta moją odezwę w całości - zrozumie dlaczego.
Bezrobotna? Od roku, ale w urzędzie pracy zarejestrowałam się dopiero niedawno, gdyż uważałam, że poradzę sobie sama z powrotem do aktywności zawodowej... i nadal tak uważam. Ponieważ rynek pracy jest, jaki jest, i to nie tylko dla mojej grupy wiekowej, postanowiłam uzyskać status bezrobotnej, bo daje mi ubezpieczenie zdrowotne, czyli poczucie bezpieczeństwa, a że czasami złudne, to już inna kwestia. Oczywiście prawa do zasiłku nie mam, bo, w skrócie mówiąc, zbyt długo "odciążałam" urząd własnymi staraniami o pracę. Sam zasiłek, a właściwie jego brak, który w przypadku wielu osób może stanowić poważny problem - w moim przypadku - takim problemem nie jest. Ale denerwują mnie przepisy, które sprzyjają myśleniu: "Nie bądźcie tacy ambitni, zanim spróbujecie sobie sami pomóc, przejdźcie jak najszybciej na garnuszek państwa, bo w przeciwnym razie stracicie swoje prawa".
Jest pani autorką manifestu bezrobotnych 50+. Chodzi mi o list, który opublikowała pani w internecie. Proponuje pani nam, pięćdziesięciolatkom: "Przestańmy pisać listy motywacyjne, skoro nasza metryka czyni je nieczytelnymi - umówmy się, spotkajmy się, poznajmy się i zadziałajmy wspólnie". Tylko po co? Bo chcę nadal pracować zawodowo, walczę o to. Zetknęłam się ze zjawiskiem popularnie nazywanym 50+, czyli dotyczącym mojej grupy wiekowej. Nie chodzi mi o to, że dla nas nie ma w ogóle ofert pracy, bo może jakieś są i ja też je znalazłam, ale o to, że do oceny tej grupy wiekowej na rynku pracy stosuje się często negatywne stereotypy np.: częściej chorują, niechętnie się uczą, wykształceni w innej rzeczywistości gospodarczej, społecznej, mają złe nawyki itp. Po lekturze wielu listów do "Gazety" i różnych tytułów prasowych doszłam do przekonania, że wokół mnie jest sporo osób z grupy 50+, które dysponują ogromnym potencjałem wiedzy, doświadczenia, mają pasje, energię i chęci do działania. Ja też. Dlatego proponuję, żebyśmy połączyli siły i spróbowali wygenerować i zrealizować wspólny pomysł na naszą zawodową aktywność. Znaleźć alternatywę w stosunku do rynku pracy. Żeby uniknąć nieporozumień, nie zachęcam wszystkich zainteresowanych do rezygnacji, w dosłownym tego słowa znaczeniu, z indywidualnych starań o pracę. Każda z osób, które już się ze mną skontaktowały, nadal aktywnie szuka pracy tak jak ja. Dlatego odpowiedź na pytanie: po co? brzmi: po to, by, wobec ograniczeń, o których wspomniałam wcześniej, stworzyć sobie jedną szansę więcej i podjąć próbę osiągnięcia swoich celów zawodowych szybciej, może łatwiej, może z lepszym efektem, niż robiąc to w pojedynkę.
Co to by miałoby być? Firma, stowarzyszenie? To zależy, co wymyślimy i jaki będzie ten wspólny potencjał.
Wierzy pani, że udowodnimy, że nie jesteśmy wielbłądami? Nie wierzę. Z kilku powodów. Po pierwsze - ta grupa pracowników nie jest monolitem wyłącznie pozytywnych cech. Jak w każdej innej są również osoby mało zdolne, mało chętne, mało ambitne, bierne itd. Po drugie - ci, którzy taką opinię głoszą, wydają się do niej nazbyt przywiązani, by chcieć je zmienić. Po trzecie - ja nie proponuję akcji propagandowej, której celem miałaby być zmiana czyjejś o kimś opinii. To nie kampania wyborcza. Proponuję: działajmy mimo, działajmy wbrew tej opinii, pomijajmy miejsca, w których ona obowiązuje. Nie walczmy z nią, tylko omińmy szerokim łukiem .
Sięgnę po jeden cytat z pani manifestu: "Pamiętajmy - jesteśmy Zjawiskiem . Okrzyknięto nas takim mianem, nie licząc się z kosztami, we wszystkich mediach. Nawet rząd ma nas na względzie. Nie możemy zawieść". Myśli pani o programie "Solidarność pokoleń 50+"? To zdanie jest przekorne. Rzeczywiście myślałam o haśle "Solidarność pokoleń". Tyle tylko, że dla mnie to, co lansowane jest jako program, programem nie jest. Dla mnie to jest pomysł na posiadanie pomysłu. Projekt nosi znamiona dyskryminacji.
Dlaczego? Bo przewiduje przyznawanie ulg pracodawcom, którzy zechcą zatrudniać tzw. 50+, czyli nas. Ja nie chcę być zatrudniana tylko dlatego, że pracodawca będzie miał ulgi, gdy wybierze właśnie mnie. Ja chcę otrzymać pracę, bo jestem dobra. A solidarność pokoleń musi działać w obie strony. Żaden program nie może promować rozwiązań na rzecz jednej grupy kosztem innej. Młodzi też mają często ogromne trudności ze znalezieniem pracy. Ponadto globalny kryzys ekonomiczny jest faktem. Już się słyszy zapowiedzi masowych zwolnień, choćby w branży motoryzacyjnej i co? Będą programy "solidarni z branżą motoryzacyjną"?
No dobrze, ale wreszcie ktoś zaczął coś robić. Doczekaliśmy się jako grupa zainteresowania władzy. Może nasze problemy zostaną jednak rozwiązane? Nie odbieram władzy dobrej woli, też ją widzę. Jednak nie wierzę w sprawczą moc programu rządowego szczególnie po lekturze wywiadu w "Gazecie Praca" z wiceminister pracy Agnieszką Chłoń-Domińczak. Dlaczego? Prosty przykład: ile czasu potrzeba, żeby uruchomić portal internetowy? Dni, tygodnie? Problemy bezrobocia wśród starszych, jak sama pani minister przyznaje, piętrzą się od lat, a ja z wywiadu dowiaduję się, że ministerstwo "planuje zbudowanie portalu, na którym...". Taki portal powinien być uruchomiony w pierwszych tygodniach rządzenia PO.
W takim razie, co trzeba zrobić, by zmienić sytuację pięćdziesięciolatków na rynku pracy? Przestać mówić, myśląc o nich "praca", lepiej "aktywność zawodowa". Nasze pokolenie, z racji choćby doświadczenia, ma duży potencjał, który dałoby się wykorzystać w ramach działalności gospodarczej, czyli samozatrudnienia. I tutaj widzę rolę władzy. Trzeba stworzyć na jakimś portalu rządowym nawigator dla 50+, który zawierałby kompleksową informację, zebraną ze wszystkich resortów, adresowaną do zainteresowanych własną aktywnością zawodową. I nie chodzi mi tylko o raporty dotyczące planów rządu w zakresie polityki zatrudnienia. Chodzi mi o informacje praktyczne. To nie mogą być tak jak teraz "trzy kroki do rejestracji własnej firmy". Korzystający z niego powinien otrzymać całą wiedzę o przepisach, podatkach, wymaganych pozwoleniach, koncesjach. Z doświadczenia wiem, że tzw. problem "jednego okienka", gdzie się rejestruje własną firmę, nic nie znaczy wobec zapadni i pułapek w praktyce gospodarczej.
W to, że rząd myśli o promowaniu samozatrudnienia jako jednej z form walki z bezrobociem, zacznę wierzyć, jak zobaczę te wszystkie informacje w jednym miejscu. Taki wniosek nasunął mi się, kiedy sama szukałam odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie. Urzędnik ministerstwa gospodarki protekcjonalnym tonem stwierdził, że takiej informacji nigdzie nie ma, i że mam czytać ustawy. Na razie dla mnie program rządu można podsumować hasłem "niech naród czyta ustawy", to się dowie co i jak.
A co z urzędami pracy? Nie wszyscy umieją sobie radzić i nie wszyscy chcą mieć firmę. Musi istnieć jakaś forma pośrednictwa pracy. Oczywiście nie taka jak teraz - pośredniaki działają tak, jakby ktoś nie zauważył, że socjalizm dawno się skończył. Urzędy pracy działają w warunkach, jakie im stworzono. Trzeba im pomóc. Część pieniędzy z programu 50+ zostanie straconych, jeżeli będą wydawane na szkolenie pracodawców, by nauczyli się zarządzania kadrami. Moim zdaniem przyniosłyby wymierne korzyści, gdyby przekierowano je na potrzeby urzędów. Mam na myśli również poprawę warunków, w jakich się tam pracuje i przyjmuje interesantów. Konieczne jest zwiększenie liczby etatów doradców zawodowych, punktów informacyjnych, doradczych w zakresie działalności gospodarczej. Trzeba przeznaczyć większe pieniądze na dotacje, przekwalifikowanie, uzupełnianie wykształcenia. Nie ma nic bardziej dołującego dla bezrobotnego niż informacja o zamknięciu zapisów na
szkolenia z powodu wyczerpania się środków na kilka miesięcy przed końcem roku.
A czy to pokoleniowe pospolite ruszenie, o którym pani mówi, nie oznacza, że zwalniamy państwo i jego instytucje z jakichkolwiek zobowiązań wobec nas? Kiedyś mówiło się, dyskutując o problemach polityki społecznej, że ludziom trzeba dać wędkę nie rybę, pani nawet wędki nie chce. - Nie chcę. Jestem wegetarianką. A na poważnie, wierzę w swój potencjał, znam swoje możliwości i wiem, czego chcę, i to osiągnę. Ale podejmując publicznie ten temat, myślałam również o innych z mojego pokolenia. Uważam, że im się ta wędka należy. Tylko nie można jej wyrwać z rąk komuś innemu. Nie zwalniam państwa z żadnego obowiązku i jako wyborca rozliczę bardzo skrupulatnie z ich realizacji, a na razie proponuję: skoro państwo działa z właściwą sobie inercją, nie czekajmy, jesteśmy tu i teraz, dajmy sobie dodatkową szansę. Nie marnujmy czasu i energii.
Nowa praca w nowym roku