Każdy, kto pracuje przy komputerze wie, że czasami dzieje się z nimi coś dziwnego i maszyny te stanowczo odmawiają współpracy. Mnie zdarzyło się to w ostatnim tygodniu, więc od razu zabrałem się za usuwanie problemu dzwoniąc do naszych informatyków. Na początek wysłuchałem niedwuznacznej sugestii, że powodem jest zapewne to, że wchodziłem na "te" strony. I to pewnie "ruskie", bo one są podobno najgorsze (ciekawe skąd on to wie?). Po bezowocnych próbach przekonania kolegi, że na pewno tak nie było, a już na pewno nie tym razem, przystąpiliśmy do pracy nad usunięciem usterki. Dla ścisłości: do zdalnego usunięcia, bo informatyk pracuje w innym mieście niż ja. Od początku było ciekawie, bo Janusz zaczął od prośby: "Podaj mi numer swojej stacji." Jakiej stacji, cholera, przecież samochodem do pracy dojeżdżam. Chce wiedzieć obok jakiej stacji parkuję? Ale po co mu to? Myśli kłębiły mi się pod czaszką, gdy z letargu wyrwał mnie zniecierpliwiony głos: "Komputera! Numer komputera potrzebuję!". Ufff, trzeba było tak od razu. No dobra, podyktowałem, zaraz naprawi. Ale tu kolejne zaskoczenie: "Wpuść mnie". Wyglądam przez okno - nikogo, otwieram drzwi - też. Po dłuższej chwili słyszę w słuchawce: "No kliknij!". Okazało się, że gdzieś na dole ekranu pojawiła się ikonka, która pozwala mu przejąć kontrolę nad moim komputerem. Potem poszło już gładko, okazało się, że to jakiś błąd systemu, którego naprawić się nie da, ale ograniczyć tak. Dobre i to. Ale dogadać się łatwo nie było. Podobnie jest w wielu innych przypadkach. Bo każda branża ma swój specyficzny język.
Kaśka się dziś znowu puściła
Na zaskakujące zwroty można trafić w najmniej oczekiwanych momentach. Nieświadomy klient jednego z banków ostatnio mocno się zdziwił, gdy czekając na odbiór dokumentów z pokoju obok wybiegła 40-letnia kobieta. - Kaśka się dziś znowu puściła! I teraz wszyscy mamy przerąbane - denerwowała się. Gdy zobaczyła kogoś spoza firmy, momentalnie wróciła do pokoju. Okazało się, że Kaśka, która jest księgową, zaczęła drukować raport dzienny, który ma ponad 100 stron i tym sposobem nikt z całego piętra nie może wydrukować ani jednej strony swoich dokumentów. A chodzenie po schodach do drugiej drukarki ustawionej piętro wyżej żadnemu z pracowników specjalnie się nie podoba. - U nas jest tak, że nie tylko Kaśka się puszcza. Czasami zrobi to nawet pani dyrektor, ale jej nikt tego tak głośno nie wypomina - śmieje się jedna z pracownic banku. Ale niektórzy idą jeszcze dalej. W naszej redakcji przodują pod tym względem panie z korekty. Zazwyczaj zniecierpliwiony w oczekiwaniu na tekst redaktor dzwoni do nich i pyta ile jeszcze będzie musiał czekać. I całe napięcie opada, gdy słyszy, że koleżanka właśnie szczytuje (w znaczeniu, "zczytuje" - czyli kończy czytać). Gdyby usłyszał to ktoś z zewnątrz, mógłby mieć różne skojarzenia, ale w wąskim gronie nie śmieszy to już niemal nikogo. Po prosto zwykły zwrot, używany tak neutralnie, jak jeszcze kilka lat temu studenci polonistyki Uniwersytetu Gdańskiego nazywali uczelniany bufet, do którego - nie wiedzieć czemu - przylgnęło zacne miano... chlewu.
Wietnam rewidenta
Najtrudniejsze są jednak sytuacje, gdy ktoś jest tak zaaferowany pracą lub po prostu nieświadomy tego co mówi, że postronni nie mają pojęcia o co mu chodzi. Niedoświadczony rewident długo zastanawiał się gdy w nowej pracy otrzymał od szefa ważne zadanie. - Czasu nie mamy zbyt wiele, ale trzeba to zrobić dokładnie, bo to firma cwaniaczków. Dlatego przeliż, proszę, ten raport i podejdź do mnie gdy skończysz - usłyszał od przełożonego pierwszego dnia pracy. Próbował szukać pomocy u kolegów z biura, ale ci najwyraźniej wiedzieli co się święci. - Masz Wietnam - skwitowali i każdy wrócił do swojej roboty. Jakby tego było mało, okazało się, że szef chce mieć "przelizany" raport jeszcze tego samego dnia.
- Postanowiłem więc stanąć na głowie, by pierwszego dnia nie dać plamy - wspomina 36-letni dziś Andrzej z Gdańska. - Na szczęście raport nie był duży, więc przejrzałem go pod kątem błędów formalnych, potem rachunkowych, a na koniec przewertowałem najważniejsze pozycje. Po czterech godzinach przygotowany i spięty poszedłem do prezesa. Zapytał czy gotowe, a ja zrozumiałem to jako prośbę o wypowiedź. Zacząłem więc streszczać raport, delikatnie sugerować co by można w nim zmienić, a co nieco inaczej przedstawić. Gdy skończyłem, okazało się, że przelizanie to równe ułożenie kartek, zalaminowanie okładki i bindowanie... - śmieje się Andrzej, który mimo wszystko dobrze wspomina ten dzień. Okazało się też, że Wietnam to w firmie szydercze określenie łatwej lub błahej czynności zleconej przez szefa komuś, kto na co dzień zajmuje się dużo poważniejszymi sprawami. Wietnamem jest np. wysłanie kartek świątecznych, które przypada co roku innemu pracownikowi, bo firma jest mała i nie ma sekretarki, albo kupienie i przywiezienie papieru do ksera i drukarek...
Hura!! Jedziemy na sanki
To jeden z przykładów, gdy słowo, którego znaczenie znamy, ma całkiem inny wydźwięk w określonym kontekście. Gdy policjant lub prokurator mówią podejrzanemu, że jedzie na sanki, wcale nie mają na myśli wesołej zabawy, a najczęściej areszt tymczasowy - czyli sankcję karną. Spec od reklamy też nie powie już o grupie docelowej, ale o tym, że przedstawia target promowanego produktu.
- Coraz częściej nie chodzi o to, by coś powiedzieć, ale o to, by to dobrze wypadło - mówi językoznawca prof. Jerzy Bralczyk. - Podobnie jest ze zwrotami specjalistycznymi. Jeśli przedstawiciele środowiska, które ich używa, są wysoko notowani, to taki język jest chętniej przyswajany. Jest tak np. z językiem maklerów giełdowych - dodaje profesor, który w swej bogatej karierze ma za sobą m.in. naukę poprawnego wysławiania się, której udzielał... grabarzom.
Wcześniej bywało, że zmarłego nazywali sztywniakiem lub klocem, wisielca - brelokiem, topielca - boją, a trumnę - jesionką. Na temat języka branży pogrzebowej powstała nawet praca magisterska, która napisała Beata Mróz, prawniczka z Warszawy. Odwiedzała zakłady pogrzebowe i pogrzeby. Według niej trumna bywa nazywana piórnikiem, czasami także z wkładem... Ale po serii wykładów, a także awantur ze strony oburzonych żałobników, jest już lepiej.
- Pracownicy wiedzą, że muszą uważać. Nie mogą się zapominać i rzucać pytania w stylu: "gdzie położyć trupa?" - podkreśla Witold Skrzydlewski z przedsiębiorstwa pogrzebowego z Łodzi. - W czasie żałoby pozornie neutralne słowo "trup" nabiera brutalnego zabarwienia. Taktowniej posługiwać się terminem "osoba zmarła". Słowo "osoba" jest tu niezmiernie istotne, bo wskazuje na człowieka - zauważa prof. Bralczyk.