A co by było, gdyby baba chodziła nie do polskiego urzędu pracy, tylko gdzieś w świecie? - To by się mniej stresowała - mówi Sławomir, bezrobotny, który niedawno wrócił z Anglii i za niedługo zamierza tam znów wyjechać. Na Wyspach korzystał z agencji pośrednictwa pracy. W Polsce tylko raz poszedł do pośredniaka. - To była porażka. Postanowiłem, że nigdy już tego nie zrobię. Sam sobie znajduję pracę, najchętniej za granicą - wyjaśnia.
Sławomir jest z wykształcenia nauczycielem historii. Krótko uczył w Polsce. Potem pojechał do Londynu. Pracował tam cztery lata - w hotelu, w parabanku i jako archiwista w prywatnej firmie. Pracy szukał przez internet albo za pośrednictwem rządowych agencji JobCenter i JobCenter Plus. - Mieszczą się zazwyczaj w centrum miasta. Oznaczone są potężnymi logo. Trudno je przegapić. Nie są to jakieś duże instytucje. Zatrudniają niewielu urzędników - opowiada. - A przede wszystkim tam pracownik agencji nie wyszukuje ofert i nie decyduje o tym, czy jest ona odpowiednia. Nikt nikogo nie straszy pozbawieniem statusu bezrobotnego.
W każdym biurze przy wejściu znajduje się
recepcja, tu szukający pracy uzyska podstawowe informacje: jak się zarejestrować, gdzie i w jaki sposób uzyskać NIN (National Insurance Number). Dowie się także o przysługujących świadczeniach, o lokalnych agencjach pracy. A jeżeli pracownik recepcji nie będzie w stanie udzielić wyczerpujących odpowiedzi, skieruje klienta do specjalisty.
- I tu muszę na jedną rzecz zwrócić uwagę. Urzędnicy pomagają nie bezrobotnym, ale osobom szukającym pracy. To określenie już świadczy o tym, jak do tych osób podchodzą - podkreśla.
Jeśli szukający pracy chce się zapoznać z ofertami, ma do dyspozycji job pointy, czyli stanowiska wyposażone w monitory z systemem dotykowym, na których przegląda aktualne oferty. Jest kilka kryteriów wyszukiwania: region, czas pracy lub branża itd. I zaraz można wydrukować to, co jest interesujące.
- Nie trzeba być zarejestrowanym jako bezrobotny, by móc skorzystać z ofert. Od razu można też zadzwonić do przyszłego pracodawcy. Cały czas są dostępne aparaty telefoniczne. Są wyposażone w przyciski szybkiego wybierania numerów, np. z urzędu podatkowego, departamentu zabezpieczenia społecznego oraz infolinii rejestrującej bezrobotnych. To bardzo przydatne, by zebrać dodatkowe informacje.
Sławomira zaskoczyła liczba ofert. - Było ich bardzo dużo. Nie tak jak u nas w Powiatowym Urzędzie Pracy w Warszawie. Są różne: dla osób z wyższym wykształceniem i po podstawówce, dla sprzątaczek i menedżerów z górnej półki.
Pracownicy urzędu pomagają też w napisaniu życiorysu, listu motywacyjnego, wypełnieniu formularzy. W każdym oddziale JobCentre można uzyskać informacje, jak założyć własną działalność gospodarczą. Można mieć też własnego doradcę, który na początku jest przewodnikiem po angielskiej "rzeczywistości gospodarczej"
- A w niektórych biurach są teraz pracownicy mówiący po polsku. W Anglii bezrobotny jest osobą, której się pomaga. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by podejrzewać, że przyszedł wyłudzić zasiłek lub ubezpieczenie zdrowotne.
- W USA pośrednictwo pracy jest jeszcze bardziej skomputeryzowane - tłumaczy 52-letnia Marta. Mieszkała i pracowała w Stanach prawie 15 lat. Ostatnio w banku. Zajmowała się przyjmowaniem wniosków kredytowych. Parę razy trafiała do tamtejszych urzędów pracy.
- Tam pośrednik pracy jest po to, by pomóc ci wypełnić odpowiedni formularz. Informacje o tobie, o twoich kompetencjach, wykształceniu itp. trafiają na stronę internetową. Jest to tak zrobione, że każdy pracodawca może tam wejść i je odszukać. I potem skontaktować się z tobą - wyjaśnia.
Na tej samej stronie są
oferty pracy posegregowane w bardzo dostępny sposób.
- Zaskakuje mała liczba propozycji publikowanych na stronach internetowych naszych urzędów pracy. Poza tym u nas jest groch z kapustą. Nie ma żadnych kategorii typu wiek, wykształcenie kandydata, branża.
W USA bezrobotny nie jest zmuszany do tego, by co jakiś czas zgłaszać się do pośredniaka.
- Nikt w ten sposób nie weryfikuje jego "gotowości do podjęcia pracy" - że zacytuję polski dokument. Nie ma takiej potrzeby, wystarczył telefon - zapewnia moja rozmówczyni.
Marta dzwoniła pod numer automatycznej sekretarki określonego dnia i w określonych godzinach. Ostatnie liczby numeru, pod którym była zarejestrowana, mówiły o tym, że ma to zrobić np. w piątki między 14 a 18. Po komendzie usłyszanej w słuchawce wciskała odpowiedni klawisz i komputer otrzymywał informacje, że nadal szuka pracy.
Za pomocą internetu potwierdzała aktualność informacji o sobie.
- Wystarczyło kliknąć myszką na własną aplikację i już jest wiadomo, że coś się w twoich danych zmieniło - wyjaśnia Marta.
- Działanie tam tego systemu jest znacznie mniej stresujące dla bezrobotnego. Tam urzędnik pośredniaka nie jest kimś, kto dysponuje jakimś poszukiwanym, luksusowym dobrem i może go je dać lub nie.