Blogoopera brazylijska - powiedz pracy ahoj!
Narzekanie jest naszą cechą narodowa. Gdy w 2003 roku prof. Bogdan Wojciszke i dr Wiesław Baryła zrobili na ten temat badania, okazało się, że w Polsce można i wypada źle o świecie mówić i myśleć oraz źle się w nim czuć. Głównym tematem codziennych rozmów były i są wysokie ceny, niskie zarobki i nieuczciwość polityków. Podczas pytania o fikcyjną, nieistniejącą firmę niemal jedna trzecia ankietowanych miała o niej negatywną opinię, choć nazwę słyszała po raz pierwszy. Podobnie jest w pracy. Gdy jej nie ma - źle, a gdy jest - jeszcze gorzej, bo pracować trzeba. Często nawet po godzinach. Narzekamy na szefa, który czepia się, że nie mamy krawata, a najczęściej na nawał roboty - np. stos papierów, pod którym ugina się biurko. Wprawdzie psychologowie zalecają porównywanie się do lepszych, ale wierzcie mi: inni mają w pracy gorzej.
Jest zima, to musi być zimnoJanek jest biznesmenem. Przez dobre sześć miesięcy w roku jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. - Całymi dniami po prostu przechadzam się po parku, bo tak nazywam mały, prywatny parking, który prowadzę w Sopocie. Z każdym pogadam, co jakiś czas skasuję, wypiszę bilecik. Uwielbiam tę robotę przede wszystkim dlatego, że jestem u siebie. Wcześniej przez pięć lat produkowałem meble w dużej, ogólnopolskiej firmie. Teraz niemal wszystko zależy ode mnie, a nie decyzji pazernych i krótkowzrocznych przełożonych - opowiada.
Dwa lata temu jego poprzedni zakład padł, choć gospodarka świetnie się rozwijała, a konkurenci narzekali na zalew zamówień. Janek zdecydował się więc założyć firmę i być szefem samego siebie. Kilka lat wcześniej niemal w samym centrum Sopotu odziedziczył sporą, jak na warunki tego miasta, działkę. Postanowił, że w związku z permanentnym brakiem miejsc parkingowych w okolicach molo, zrobi prywatny parking. Zgodę otrzymał dość szybko i w sierpniu zaczął działalność. - Był już środek sezonu, ale i tak myślałem, że złapałem pana Boga za nogi. Chodzę sobie w krótkim rękawku, wokół same ekstra fury warszawiaków, aż proszą by ich wpuścić, a miejsc nie ma. Do tego niezłe towarki, co jakiś czas pofiltrują i nie tylko. Żyć nie umierać - wspomina.
Były to jednak piękne złego początki. Najgorsze, czyli zima, miało dopiero nadejść. Nie dość, że klientów jak na lekarstwo, to jeszcze niespodziewanie (dla Janka) zrobiło się zimno. - W listopadzie spadł śnieg, a z nim temperatura w moim prowizorycznym baraczku do ok. 5 stopni Celsjusza. Siedziałem w kalesonach, grubych spodniach, polarze i zimowej kurtce. I dostawałem szału. Po trzech dniach postanowiłem, że kogoś zatrudnię. Trudno, w zimę to się za bardzo nie opłaca, ale latem sobie odbiję. Nie będę się przecież zarzynał kosztem zdrowia. Dałem ogłoszenie w gazecie, potem drugie, po tygodniu zacząłem rozwieszać ulotki, pytać znajomych. I nic. Jak ktoś już dowiedział się o co chodzi, to rzucał słuchawką, albo machał ręką. Nikogo nie znalazłem i będę stał, jak frajer już drugą zimę - kręci głową. Sopocianin parkingu nie zamyka nawet w grudniu, bo jak twierdzi, nawet zimą zawsze parę groszy wpada". Ma już jednak kilka patentów na pogodę. Przede wszystkim ubiera się solidnie. Kiedyś nawet ważył wszystko co miał na sobie - 6,5 kg odzieży to rekord, którego nie pobił do dziś. Druga ważna rzecz, to solidne śniadanie. Im obfitsze, tym lepiej. Z pełnym żołądkiem jest zdecydowanie cieplej i praca jakby przyjemniejsza. Trzecia sprawa to piersiówka. - Z tym nie wolno jednak przesadzać. Po pierwsze klient nie może wyczuć, bo nikt nie płaci za parking, godząc się na to, żeby obsługiwały go czerwone nosy", a po drugie efekt jest tylko chwilowy. Ja wypijam łyka śliwowicy jedynie w nadzwyczajnych sytuacjach. Noszę ją raczej jako ostatnią deskę ratunku - zastrzega. Na razie nie planuje jednak ocieplenia swojej budki. - Za drogo. Jak jest zima to musi być zimno. Przynajmniej potem bardziej doceniam lato - tłumaczy.
Całe życie w piekleInni wiele by dali, by pracować w stałej temperaturze, nawet jeśli miało by im być zimno. Henryk Zawistowski przez 16 lat był piekarzem. Wcześniej pracował w stoczni, hartował stal. Jego obowiązkiem było wyjmowanie wielkimi metalowymi szczypcami rozżarzonych do czerwoności elementów i szybkie wkładanie ich do oleju. Trzeba było to zrobić dynamicznie, bo przy działaniu powolnym, ciecz może się zapalić. Nie używa się tam wody, bo ta szybko by wyparowała. Dlatego nie dość, że żar bucha z pieca, to jeszcze trzeba się uwijać, jak w ukropie. - Odszedłem stamtąd, bo widziałem jak kolejni koledzy płacą za to zdrowiem. Gorąco było nie do wytrzymania, a kilkanaście metrów dalej mróz za drzwiami hali. Wytrzymałem dwa lata i poszukałem innego, nie tak wyczerpującego zajęcia - opowiada.
Po kilku miesiącach jako
przedstawiciel handlowy, trafił do gdańskiej piekarni. Tam okazało się, że szef jest w porządku, zarobki solidne i etat bez żadnego cudowania. Jako przedstawiciel miał minimalną pensję, reszta zależała od wyników. - W piekarni wszystko było jasne i przejrzyste: tyle brutto, tyle netto, a nie premia motywacyjna uzależniona od widzimisię szefa o nastoletniej twarzy - mówi o początkach swojej pracy. Nadal jest z niej zadowolony, ale... - Całe życie spędzam w piekle. Momentami cieplej niż przy hartowaniu, bo piec bywa dłużej otwarty. Nie mamy jeszcze najnowocześniejszego sprzętu, który niemal nie przepuszcza ciepła, więc nie jest lekko. Ale wiedziałem na co się piszę, to nie narzekam. I tak tu lepiej niż w stoczni, która za chwilę ma upaść. Tu raczej mamy nadmiar pracy i nie ma rozbuchanych działów papierkowych", które przejadałyby nasz zysk. A jak jest większy, to zawsze się premia trafi. Jest więc ciężko, zwłaszcza latem, ale przeżyć się da - podsumowuje.
"Słoneczny patrol" z mokrą głowąJedni marzną, inni się pocą, a jeszcze inni wychodzą z pracy mokrzy, choć niemal cały czas siedzą na krześle. 28-letni Andrzej ma już tego dość. Nie chce się przedstawić, ani nawet podać dokładnego miejsca swojej pracy, bo na razie jest na etapie szukania innej. - Jak już ją znajdę, to wysmaruję taki list do redakcji, że wszystkim szczęka opadnie ze zdziwienia - mówi hardo. Andrzej jest ratownikiem basenowym z Trójmiasta. Przez kilka godzin dziennie siedzi na stołeczku i obserwuje ludzi. Mogłoby się wydawać, że robota łatwa (przecież przez większość czasu się siedzi lub spaceruje), przyjemna (bo wokół same cudowne dziewczyny, jak w "Słonecznym patrolu") i niezbyt stresująca (słyszeliście o masowych utonięciach na basenie?). Ale to nie do końca prawda. Jak zwykle najciekawsze jest to, czego nie widać. - Zacznijmy od przebieralni, a raczej kantorka, w którym można w kosteczkę poskładać ubrania. W kosteczkę, bo mamy szafeczkę, a nie szafkę i inaczej się nie zmieszczą. Potem praca, a na koniec prysznic, bo po kilku wejściach do wody czuję tylko zapach chloru. Tylko, że od kilku tygodni nie działają suszarki do włosów, a gniazdek na własne nie ma. Więc albo czekam godzinę aż wyschną, albo wracam z mokrą głową. Dwa tygodnie na L-4 już spędziłem - żali się Andrzej. Jest masa zawodów, w których występują podobne problemy. Zbieracze szparagów nie mogą w sezonie doszorować rąk, a pracownicy call center odbierają w domu telefony, odruchowo recytując nazwę swojej firmy, nazwisko i formułkę: "w czym mogę pomóc?". Przykłady można by mnożyć.
Niektórzy nie lubią swojej pracy właśnie za to, że aż tak zawładnęła ich życiem. Jak się więc przed tym ustrzec? - To banał, ale najprościej po prostu robić to co się lubi. Jeśli praca jest naszą pasją, to nawet gdy spędzamy w niej po kilkanaście godzin dziennie, nie czujemy się potem wypaleni. Najlepszym przykładem są biznesmeni, którzy tworzyli firmy od podstaw, zarobili przez lata miliony, ale nie chcą odchodzić na emeryturę, lecz nadal kierować przedsiębiorstwem. Niektórzy dlatego, bo uważają, że nikt nie zrobi tego lepiej, ale większość to po prostu lubi. To nie jest ich praca, ale styl życia. Podobną radość można także czerpać z o wiele mniej lukratywnych zajęć. Znam bardzo zadowolonych z życia rolników czy zwykłych kucharzy. W Polsce dużo osób wciąż jednak myśli, że szczęście można osiągnąć tylko przez pieniądze. Często gdy uświadamiają sobie, że nie tędy droga, życie już przelatuje im przez palce - mówi psycholog Andrzej Kornecki.