Pani, dziś dyrektor, 12 lat temu bezrobotna, przeszła wszystkie szczeble kariery w tym urzędzie pracy. Pan, wiceszef, pracował w ministerstwie pracy i polityki społecznej, w wojewódzkim UP. Z takimi doświadczeniami to powinna być placówka wzorcowa. Dlaczego nie jest? Lech Antkowiak, wicedyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Warszawie: Badania, które niedawno przedstawiono mazowieckim urzędom pracy pokazują, że warszawski urząd przoduje w efektywności wydatkowania publicznych pieniędzy i skuteczności.
A reszta? Naprawdę nie da się przeprowadzić remontu w tym budynku? Jest okropny. Wystarczy popatrzeć, jak wygląda filia PUP na Grochowie. Wanda Adach, dyrektorka Powiatowego Urzędu Pracy w Warszawie: Było jeszcze gorzej. Filia na Grochowskiej była przygotowywana według pomysłów naszych pracowników. Na modernizację urzędu na Ciołka musimy poczekać. Dziś jesteśmy gośćmi urzędu marszałkowskiego - właściciela budynku.
To usprawiedliwienie? W.A.: Nie. Na początku lat 90. mieliśmy zarejestrowanych 60 tys. osób. Tłum kłębił się na korytarzach. Sporo zrobiliśmy. Są numerki, więc nie tworzą się długie kolejki. Udało nam się zrobić remonty. Tę dużą salę, w której pracują tylko pośrednicy, jakoś wygospodarowaliśmy. Kiedyś wszyscy bezrobotni stali pod jednymi drzwiami, bo pośrednicy pracy wydawali także zaświadczenia.
L.A. : Naprawdę nie godzimy się na to, by obsługiwać naszych klientów w takich warunkach, ale... czym innym jest chcieć, a czym innym móc.
Nie macie pieniędzy na modernizację? W.A.: Próbowaliśmy je zdobyć. Mamy teraz 20 tys. klientów, 200 zatrudnionych urzędników, musimy przechowywać dokumenty w archiwum przez 50 lat. Potrzebny jest nam budynek o powierzchni 6 tys. metrów. Miasto nie ma takiego. Wynajęcie jest za drogie. Trzeba go wybudować. Miasto patrzy na ten pomysł życzliwie, ale to potrwa.
Psycholog, z którą rozmawiałam, powiedziała, że osoba bezrobotna, która szuka długo pracy, jest psychicznie krucha jak porcelana. Powinna być w szczególny sposób traktowana. A nie jest. Po pierwsze, warunki, a po drugie, sposób. W.A.: Jesteśmy zawsze źle postrzegani jak prokuratura czy policja. Urząd pracy kojarzy się z trudną sytuacją życiową. Przychodzą tu ludzie bardzo różni, zestresowani, czasami agresywni. Urzędniczka po siódmym kliencie może też nie wytrzymać psychicznie. To trudna praca.
To trzeba zatrudnić psychologów. Wspierać tych w najgorszym stanie ducha. W.A.: Mam 20 doradców zawodowych, właśnie psychologów. Oni szybko się wypalają. Żeby tu pracować, trzeba mieć w sobie potrzebę pomagania innym. Ci, którzy się nie sprawdzają, wytrzymują u nas trzy miesiące. Często sami uciekają.
Dla mnie urzędy pracy działają w jakiejś fikcyjnej rzeczywistości. Przepisy ją sankcjonują. Pierwszy z brzegu przykład - oferty typu: "Poszukuję prezesa zarządu spółki za 1500 złotych brutto ze znajomością języka chińskiego". L.A.: To rzeczywiście była fikcja, ale od dziś, po nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia, te oferty skierowane do cudzoziemców nie będą przechodziły przez powiatowe urzędy pracy. Szefowie podmiotów gospodarczych nie będą zatrudniani w tym trybie, a stanowiska dla nich nie będą weryfikowane przez lokalny rynek pracy. Oczywiście wojewódzkie urzędy będą legalizować ich zatrudnienie. Ciągle otwartą sprawą jest szacowany na 100 tys. miejsc pracy rynek pomocy domowych - różnych i tych "ze znajomością języka ukraińskiego". Rozsądne uregulowania prawne ciągle przed nami.
Nie tylko te. Trzeba rozprawić się z nonsensami systemowymi. Chodzi mi o mechanizm, który powoduje, że urząd musi bezrobotnemu wcisnąć skierowanie do pracy, a on robi wszystko, by go nie przyjąć. Powód: nie chce pracować lub oferta jest niewłaściwa. L.A.: Taki jest system i takie są przepisy prawne. Założenie, że każdy rejestrujący się poszukuje pracy, jest nieprawdziwe. Wiele osób trafia do pośredniaka tylko po to, by mieć ubezpieczenie zdrowotne. Ustawa stanowi: żeby je mieć, trzeba być zarejestrowanym bezrobotnym. Ale jak już ktoś do nas przyjdzie, to musimy go zarejestrować i zaproponować pracę. Czyli uruchamiamy cały system aktywizacji zawodowej.
Ile jest takich osób? L.A.: Połowa. Przeprowadziliśmy w urzędzie akcję "Jubilat". Okazało się, że z lat 1991-99 zostało ok. 600 osób stale zarejestrowanych. Co taka sytuacja powoduje? Na pięciu stojących u nas w kolejce dwójka chciałaby dłużej porozmawiać z pośrednikiem, doradcą zawodowym, bo naprawdę szukają pracy. Nie mogą. Inni zabierają czas.
Ma pan na to jakiś pomysł?