Praca >  Wiadomości >  Reportaże

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum GazetaPraca.pl - Reportaże

Kryzys zabiera pracę i resztki godności

Michał Sielski
2009-02-03, ostatnia aktualizacja 2009-02-18 11:53
Kryzys najbardziej odczują ludzie z małych miejscowości, jak np. Jan Trznadel, mieszkający pod Sztumem
Kryzys najbardziej odczują ludzie z małych miejscowości, jak np. Jan Trznadel, mieszkający pod Sztumem
fot. Przemyslaw Kozlowski / AG

Niektórym szef mówi, że nie są już potrzebni, inni w połowie dnia odkrywają, że już nie mogą zalogować się do komputera na biurku. Duża firma z Gdyni dezaktywowała kartę do drzwi pracownikowi, który właśnie szedł do toalety... Większość z nich łączy duży kredyt do spłacenia i widmo bolesnego upadku.

Prawo pracy bez tajemnic



W światowy kryzys, który odbija się czkawką coraz większej liczbie Polaków, wierzą już niemal wszyscy, choć jeszcze przed kilkoma tygodniami połowa respondentów opowiadała ankieterom GfK Polonia, że żadnego kryzysu nie widzi. A widać go już gołym okiem. Firmy ograniczają produkcję, zwalniają coraz więcej pracowników, jest źle. Dla niektórych wręcz tragicznie - zwłaszcza tych, którzy stracili pracę wtedy, gdy wydawało się im, że właśnie złapali Pana Boga za nogi.

Zgubiła mnie pazerność

Joanna i Przemek zaczęli budować dom przed dwoma laty. Najpierw kupili działkę za 150 tys. zł. Niemal w samym szczycie hossy na rynku gruntowym. Jeszcze dwa lata wcześniej ich sąsiedzi płacili w Bojanie koło Gdyni po 50 tys. zł za taki sam kawałek ziemi. No, ale działka jest z lasem, naturalnym oczkiem wodnym i w spokojnej okolicy, więc nie żałowali wydanych pieniędzy. Poszukali projektu i zaczęli budować dom. Niemal w samym szczycie hossy na rynku materiałów budowlanych. Z kosztorysowej wyceny na poziomie ok. 600 tys. zł zrobił się ponad milion! Tyle samo urósł kredyt. I okazało się, że rata wynosi ponad 5 tys. zł miesięcznie, a nie 3 tys. zł, jak planowali. Do tego dołożył się wzrost kursu franka i zaczęło się robić gorąco. Przemek zarabiał prawie 8 tys. zł na rękę jako specjalista IT, a jego żona dorabiała zawsze ok. 2 tys. zł. Tylko, że po zmianie kierownictwa zmieniły się priorytety w jego firmie i zaczęły się cięcia. Najpierw stracił służbowy samochód. potem premię, a przed dwoma miesiącami pracę. Dzieci zaczęły chorować, więc Joanna nie mogła już zbyt długo pracować i zarabiała dużo mniej. - Pocieszałem się, że pracę z moimi umiejętnościami znajdę bez problemu. I okazało się, że mam rację, ale w dobie kryzysu mogę pracować za ok. 5 tys. zł na rękę. Tylko, że tyle to ja mam kredytu, a jeszcze chciałbym coś zjeść - ironizuje gdynianin. Ich dom jest już niemal gotowy, ale na razie się do niego nie wprowadzają. Za samo ogrzewanie gazowe musieliby płacić ok. 600 zł miesięcznie. U mamy nie płacą nic, co w ich obecnej sytuacji ma niebagatelne znaczenie.

Wszystko skończyłoby się pięknie, gdyby nie kryzys bankowy, który przełożył się na kryzys mieszkaniowy. Joanna i Przemek mają w Gdyni duże mieszkanie, które planowali sprzedać, by spłacić część kredytu. Na początku był spory ruch, ale chcieli poczekać na najlepszą ofertę. Jednak dziś już nie tak łatwo dostać ponad 400 tys. zł kredytu, więc na ogłoszenia nikt już nawet nie odpowiada. I nie pomogło nawet obniżenie ceny z 480 do 440 tys. zł. Telefon milczy. - Byłem głupi, a raczej pazerny, że nie sprzedałem mieszkania, gdy sytuacja nie była jeszcze taka zła. Dziś nie obliczałbym wieczorami, czy mogę zamówić rolety, czy dopiero za miesiąc. Ale sytuacja się uspokoi, sprzedamy mieszkanie i staniemy na nogi. Kiedy? Kiedyś na pewno - pociesza się Przemek.

Toaleta płatna, przy wyjściu

Gdynianin i tak miał szczęście, bo firma rozstała się z nim w cywilizowany sposób. A nie wszędzie jest to standardem. 30-letni Maciej (nie chce podawać nazwiska, bo - jak twierdzi - nigdy nie wiadomo, gdzie jeszcze rzuci go los), także mieszkaniec Gdyni, nie ma miłych wspomnień z ostatniego dnia pracy. Przez ostatnie sześć lat był zatrudniony w dużej ogólnopolskiej firmie, oferującej telewizję kablową, a teraz także telefon i internet. Najpierw jako sprzedawca, potem menadżer, przez ostatnie dwa lata jako doradca zarządu. Specjalista od nowych technologii, mający masę pomysłów, przebojowy człowiek. Nie wszystkim w zarządzie się to podobało, ale dopóki jego innowacje pozwalały firmie znacząco ciąć koszty lub usprawniać pracę, był nie do ruszenia. Ale okazało się, że nie do końca. - Do dziś nie wiem, kto o tym zdecydował, bo nikt mi wprost nie powiedział, dlaczego mnie zwalniają. Były ogólne formułki w stylu: "zmiana strategii firmy" i tym podobne bzdety. A przecież nie będę się z nimi sądził, by potem mieć wilczy bilet na rynku pracy - macha ręką Maciej.

Dużo bardziej zabolał go jednak styl w jakim został zwolniony. W jego firmie wszystkie drzwi otwiera się za pomocą karty. Nawet te do toalety. Gdy zadzwoniła sekretarka prezesa i zaprosiła go na "krótkie spotkanie" po drodze poszedł jeszcze do łazienki. A właściwie próbował, bo gdy przeciągnął kartę przez terminal, zapaliło się czerwone światełko... Spróbował po raz kolejny, nic, jeszcze raz... - Pomyślałem, że szkoda czasu, potem wyjaśnię sprawę z informatykami. W drzwiach sekretariatu stała już asystentka prezesa i trzymała klamkę, by mnie wpuścić. Zastanowiłem się po co, przecież mam kartę z dostępem wszędzie - wspomina. Ale karta już nie działała, podobnie jak hasło do firmowego komputera. - Gdy zdenerwowany po dwuminutowym komunikacie o zwolnieniu, poprosiłem o wpuszczenie mnie do toalety, mieli takie miny, jakby była płatna. Byłem tak wściekły, że chciałem rozbić umywalkę. Nie dlatego, że mnie wywalają - wiedziałem przecież, że w firmie mam też wrogów, ale dlatego, że robią to w taki prostacki sposób. Wszystkie tajemnice firmy miałem w głowie, więc nie wiem przed czym miał chronić firmę ten zabieg - kręci głową.

Podobne praktyki stosuje nawet właściciel jednej z największych stacji radiowych w Polsce. Gdy ostatnio zwalniani byli dziennikarze i sprzedawcy spotów reklamowych, po wyjściu ze spotkania z szefem także nie mogli się zalogować, odpowiedzieć na maile, czy choćby zgrać własne pliki muzyczne lub zdjęcia. - Gdy w dziale personalnym pytali mnie potem, czy w jakiś sposób mogą mi pomóc, wysłać na jakieś szkolenia lub coś w tym stylu, radziłam im jedynie, by nie robili ludziom takich numerów. To zagranie poniżej pasa, które nie raz piętnowaliśmy we własnych audycjach - opowiada 35-letnia Dorota, która następnego dnia znalazła już pracę u konkurencji.

Upadł król, nie żyje król

Dziennikarka nie może jednak narzekać, bo w Warszawie czy innych dużych aglomeracjach, pracę da się znaleźć. Gorzej mają ci, którzy są skazani na pracodawcę. W małych miejscowościach i na wsiach jest zazwyczaj jeden zakład - cukrownia lub przetwórnia i gdy nie pracuje się tam lub nie jest radnym gminy, to nie pracuje się nigdzie. I właśnie ludzie z małych miejscowości odczują kryzys najbardziej. Bo ograniczenie konsumpcji i w efekcie produkcji wpłynie przede wszystkim na nich.

- W zeszłym roku kupiłem samochód na kredyt. Do kościoła jest czym pojechać i do miasta czasem jak trzeba jaką kieckę żonie kupić czy coś. Płacę po 320 zł miesięcznie, a właściwie płaciłem. Tartak padł, a ja razem z nim - opowiada Jan Trznadel, mieszkający pod Sztumem. Zarabiał 1,5 tys. zł na rękę, niemal fortunę jak na okolicę, w której mieszka. Oprócz tego mógł się dogadać z właścicielem i brać drewno na płot czy remont podłogi. Niezbyt dużo, nie można było przesadzić, ale jak było potrzeba, nie było problemu. Do tego dorabiał w weekendy w lesie przy wycince. No i ma własny kawałek ziemi, niewielkie gospodarstwo. - Mam trzy krowy, kury, kaczki i trochę pola. W razie czego mogę więc jeść ziemniaki z jajkiem i przeżyję. Ale ile można? Zalegam już dwie raty za samochód, listonosz przynosi kolejne pisma. Teraz straszą już sądem. Z tego co mówi listonosz, to takich wezwań roznosi w okolicy najwięcej. Bo padł nie tylko tartak, ale też szwalnia. A w Sztumie pracy już nie ma, do Malborka daleko, nawet się nie opłaca jeździć. Auto będę musiał chyba oddać, bo i tak nie mam nawet na benzynę. Dobrze chociaż, że syn się wyniósł po szkole do miasta, bo razem byśmy tu wegetowali - kończy Trznadel. Ma 55 lat, do emerytury daleko, a perspektyw żadnych. - Może dorobię u sąsiadów, którzy mają więcej pola i jakoś przeżyję, innych perspektyw nie ma. Jest takie powiedzenie: umarł król, niech żyje król; u nas teraz jest inne: upadł król i nie żyje król - rozkłada ręce Trznadel.

Dajcie mi wędkę, chociaż pożyczcie

Także w miastach niektórym zwolnionym nie jest łatwo. Gdynianka Beata Szulc straciła pracę już w grudniu. Nie zapłaciła raty za wynajmowane mieszkanie i właściciel po miesiącu ją wyrzucił. - Samotnie wychowuję córkę, której zostały dwa miesiące do matury. Dobrze się uczy, ma wysoką średnią, chce iść na studia i pracować naukowo. Nie chcę, by zaprzepaściła szansę na wykształcenie, bo matce powinęła się noga - wzdycha Szulc, która nie ma się teraz gdzie podziać. Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej zaproponował jej miejsce w domu samotnej matki. Tylko, że w Gdańsku i w kilkuosobowej sali, bez szans na skupienie i naukę córki do matury. Szulc mieszka teraz z córką kątem u znajomego. Szuka pracy, ale przede wszystkim mieszkania.

- Jestem już umówiona na dwie rozmowy kwalifikacyjne, a w razie czego mogę nawet zostać kasjerką w hipermarkecie. Najgorsze jest jednak to, że przez brak oszczędności nie mogę wynająć mieszkania. Wszyscy chcą za trzy miesiące z góry i kaucję. Tylko, że ja nie mam z czego zapłacić. Oczywiście deklaruję zwrot wszelkich opłat, nie chcę niczego za darmo, byle nie musiałabym płacić od razu - prosi gdynianka. - Nie oczekuję, że ktoś da mi "rybę", podaruje mieszkanie lub zwolni z czynszu przez kilka miesięcy, chcę tylko "wędkę", nawet wypożyczoną, która pomoże mi stanąć na nogi. Jeszcze raz podkreślam, że spłacę wszystkie zobowiązania, chodzi jedynie o to, że nie mogę zapłacić z góry. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto pomoże nam godnie żyć - kończy.



Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

  • To, ze panstwo Sławojowie lesio5 18.02.09, 08:10

    podejmowali zle decyzje ekonomiczne w zlych momentach to jest wylacznie ich ryzyko i ich brak zdolnosci przewidywania. Przeplacanie za wszystko przy dochodach netto 10 000 zł to samobójstwo »

  • przydałyby się nowoczesne związki gzipk 18.02.09, 10:16

    żyjemy w kapitalizmie - godność to trzeba sobie wywalczyć! Niestety nie ma dlapracowników innej drogi niż jakieś nowoczesne związki zawodowe. Coś na miaręnaszych czasów. A czy zarabiają »

  • Gucio! w warszawie nie ma "kryzysu" !!! cubikon 18.02.09, 11:08

    wykańczam mieszkanie i słownie JEDNA firma wykazała się zaangażowaniem zrealizację zamówienia. Patałachy-wykończeniowcy, dostawcy sprzętów AGD,parkieciarze, teraz firma od drzwi wewnętrznych»