Wystarczy zrobić mini sondę uliczną, by poznać zdanie tzw. ludu. - Zwolnić wszystkich bankowców, wszystkich - podkreśla olsztynianin Roman Zdawczak. Rata jego kredytu wzrosła w ostatnim czasie o 400 zł miesięcznie. Do tego bank zażądał dodatkowych zabezpieczeń i musiał zastawić także działkę. Kredyt brał bowiem na mieszkanie, które kupił drogo - teraz jest warte znacznie mniej. Nie pomogły negocjacje, wzorowa historia kredytowa i naprawdę niezłe zarobki. - Gdy za pierwszym razem dzwonił do mnie przedstawiciel banku i poinformował o dodatkowych zabezpieczeniach, myślałem, że to któryś ze znajomych robi sobie żarty. Ale okazało się, że nie. Dodatkowe zabezpieczenie jest konieczne, albo dodatkowe ubezpieczenie, czyli znowu większa rata. Gdy powiedziałem na spotkaniu z bankowcem, że to on sam namawiał mnie do wzięcia kredytu na 100 proc. wartości nieruchomości, zmieszał się nieco i zaczął coś bełkotać o nowych procedurach. Parafrazując znaną reklamę: dla banku nie jesteśmy już klientami, ale petentami. I to natrętnymi, których najlepiej się pozbyć - kręci głową Zdawczak.
Bankowców na pierwszym miejscu wskazały wszystkie z 10 zapytanych przez nas przypadkowych osób. Powody były niemal zawsze te same: to przez nich jest kryzys, niech płacą za swoje błędy, byli pazerni, i tak się nachapali i t.d.
Pismaki na haki Ale winnych kryzysu jest więcej. Niemal tyle samo osób, które narzekały na bankowców, wskazywało na polityków. Nie tylko polskich, bo przecież kryzys nie zaczął się w naszym kraju. Głównie amerykańskich i niemieckich. - Jak się płaci po 40 zł za godzinę zamiatania, to prędzej czy później taki system musi upaść - przekonuje gdańszczanin Jerzy Brok. Zejdźmy jednak na ziemię. Bankowcy i politycy są winni z pewnością. Pierwsi bez opamiętania inwestowali w instrumenty, które były po prostu piramidami finansowymi. Często namawiali klientów do lokowania ogromnych majątków w operacjach, których zasad sami nawet nie rozumieli. No a na koniec wzięli pożyczki od państwa i rozdali sobie premie, choć firmy zanotowały gigantyczne straty.
Politycy najpierw mówili, że to nie żadna katastrofa, najwyżej lekki katar. Potem, że może nie lekki, ale za naszymi granicami, a dziś, że może i u nas, ale i tak damy radę Za takie rady chętnie pozbawilibyśmy ich stołków. Niestety większość ludzi nie ma wpływu na obsadę bankowych stanowisk, a do wyborów daleko. Frustracja w narodzie narasta, dostało się więc i nam - dziennikarzom.
- A co się mnie pan pyta o kryzys, jak żeście go sami wywołali? - krzyczał na mnie jeden z mężczyzn, zaczepionych przed przystankiem autobusowym. - Jak tylko zaczęły się kłopoty Ameryki, to wszystkie telewizje wieściły apokalipsę. Porównywano obecną sytuację z krachem z lat trzydziestych, opowiadano, jak ludzie rzucali się z budynków, popełniali niemal zbiorowe samobójstwa. I firmy zaczęły zaciskać pasa, ale nie dlatego, że nie miały zamówień, bo wciąż miały, ale w razie czego. I spirala zaczęła się nakręcać, a dokładniej nakręciliście ją wy: dziennikarze. Dlatego jeśli ktoś zasłużył na zwolnienie za wywołanie kryzysu, to dziennikarze przede wszystkim - oburza się mieszkaniec Olsztyna. I nie ma co ukrywać, że jest wiele osób, podzielających jego zdanie.
- Ludzie widzą nagłówki gazet, w których słowo kryzys jest odmieniane przez wszystkie, a nawet nieistniejące przypadki. Potem włączają telewizor i znowu to samo: Amerykanie nie kupują domów, Niemcy samochodów, Francuzi rzadziej chodzą do restauracji A potem dowiadują się, że ktoś z rodziny został zwolniony z powodu redukcji etatów. Przez kogo? Oczywiście przez dziennikarzy! Działa tu bowiem syndrom posłańca, który przynosząc złe wieści, musiał liczyć się ze ścięciem głowy. Złe wieści przekazują teraz media, czyli w pewnym sensie za nie odpowiadają, a już na pewno kreują niektóre wydarzenia - dowodzi psycholog społeczny Adam Gojke.
Dyplom za zwolnienie Za kryzys dostaje się też prezesom i właścicielom firm. To oni bezpośrednio zwalniają przecież pracowników. W mniej lub bardziej elegancki sposób. - Najgorzej mają ci, którzy nie potrafią się zachować. Jest ich na szczęście coraz mniej, ale wciąż się zdarzają. Nie rozumieją, że zwalniać też można po ludzku - mówi Monika Rode, partner w firmie doradczej Pattersson&Rode. - Sama znam co najmniej kilka osób, utrzymujących dobre stosunki z ludźmi, którzy kiedyś byli ich przełożonymi i musieli zwolnić swoich podopiecznych. Ale oni postawili sprawę uczciwie. Na ich stanowisku nie było już pracy, zaproponowali przeniesienie do innego działu, dali czas do namysłu, odprawę, a niektórzy jeszcze całkiem nieoczekiwany prezent na koniec. Nawet nic niemal nie kosztujący dyplom ze zdjęciami załogi i podpisami, to bardzo ładny gest, który się pamięta. Nie wszystkich na to jednak stać i nie chodzi mi o finanse - dodaje Rode.
W niektórych firmach wieści o zwolnieniach docierają do "wytypowanych" od znajomych, w innych szef ogłasza listę zwolnionych z uśmiechem na ustach w towarzystwie postronnych osób. Zdarzają się też niewybredne komentarze w stylu: "i tak długo wytrzymaliśmy" czy "podjąłem tą decyzję o rok za późno". Ludzie na wysokich stanowiskach nie są jednak ponad "kryzysowym prawem". Niemal zawsze jest nad nimi ktoś, kto pociąga za sznurki jeszcze wyżej. I w pewnym momencie może uznać, że szef marketingu w oddziale na peryferiach wcale nie jest potrzebny.
- Dziś ja zwalniam, a jutro mogę sam zostać bez pracy. Dlatego staram się to robić jak najdelikatniej, próbując wczuć się w sytuację tych osób. Wiem, brzmi to nad wyraz patetycznie i fałszywie, ale zawsze musimy dbać przede wszystkim o dobro firmy, a nie pojedynczego człowieka. Upadek całego przedsiębiorstwa będzie dramatem dla kilku tysięcy ludzi, a zwolnienia są indywidualną sprawą - rozkłada ręce menadżer jednego z warszawskich koncernów.