Praca z dymkiem w tle

Karolina Łagowska
2009-03-26, ostatnia aktualizacja 2009-04-15 18:28
W
W "Klubie palacza" piwa się nie napijesz
Fot. Michal Lepecki / AG

Palisz? Możesz mieć problem z wychodzeniem na papierosa albo obniżoną pensję. W Polsce na razie palacze mają w firmach dość łatwe życie, ale to się zmieni.

ZOBACZ TAKŻE
Palenie jest passe. Teraz na świecie modne jest dbanie o zdrowie, a rozstanie z tytoniem mają nam ułatwić nie tylko coraz bardziej zaostrzane przepisy dotyczące miejsc, w których wolno palić, ale i rosnące ceny akcyzy, przez które paczka papierosów kosztuje już średnio 10 złotych. Moda na niepalenie, która przyszła do nas z Zachodu, znajduje swoje odzwierciedlenie także wśród tworzących prawo - przypomnijmy choćby projekt nowelizacji ustawy z 2007 roku, w którym to posłowie z sejmowej Komisji Zdrowia chcieli zakazać palenia tytoniu w zakładach pracy, a także w obrębie 10 m od siedziby firmy. Przedsiębiorstwa, których właściciele złamaliby te przepisy, miały płacić kary w wysokości 20 tys. zł, a łamiący zakaz pracownicy - po 100 złotych grzywny. Projekt upadł ostatecznie podczas czytania w Sejmie, ale specjaliści są zgodni: to dopiero początek wielkiej publicznej debaty i walki palących z przeciwnikami tytoniowego dymu.

Palarnia być musi

Obowiązujące obecnie przepisy są jasne. - Pracodawca musi wydzielić pomieszczenie do palenia tytoniu, jeśli zatrudnia więcej niż 20 osób i jest wśród nich choć jedna osoba paląca - mówi Danuta Rutkowska, rzeczniczka prasowa głównego inspektora pracy. Przepisy nie określają, ile razy dziennie pracownik może palić. W urzędach i przy pracy biurowej pracownicy dysponują czasem w miarę swobodnie, ci pracujący np. przy taśmie produkcyjnej na papierosy chodzą w przerwach przysługujących im na odpoczynek lub śniadanie. Wspólne jest jedno: tak samo głośno domagają się swoich praw. Jolanta Zedlewska, rzeczniczka prasowa Okręgowej Inspekcji Pracy w Gdańsku: - Skargi na brak palarni albo jej złe ulokowanie napływają do nas stale. Często takie nieprawidłowości zauważają też nasi inspektorzy podczas przeprowadzania rutynowych kontroli. Niedopuszczalne jest, by pracownicy palili w miejscach do tego nieprzystosowanych, bo stwarzają wtedy zagrożenie, nie mówiąc już o uciążliwości wobec niepalącej reszty.

W praktyce najczęściej sytuacja wygląda więc tak, że palarnia w firmie być musi i to niezależnie od tego, jakie poglądy na temat palenia tytoniu ma jej właściciel.

Prawo pracy bez tajemnic





Palący kontra tytoniowi wojownicy

Walkę palących z niepalącymi można zaobserwować chyba w każdej firmie. Aneta, pracuje we wrocławskim biurze podróży: - Nie palę i nigdy wcześniej nie miałam nic przeciwko palącym dopóki ktoś nie dmuchał mi dymem w twarz, ale od roku jest inaczej. Zatrudniłam się w biurze podróży. Moja praca polega na kontakcie z klientami, pracy przy komputerze lub przy telefonie. Mam dwie koleżanki i szefową. Tylko ja nie palę. Gdy one w trójkę wychodzą na papieroska, zostaję sama z klientami i telefonami, które urywają się non stop. Nic nie pomaga zwracanie i uwagi, żeby nie wychodziły wszystkie naraz. Szefowa sama je wyciąga na zaplecze, bo nie ma z kim pogadać.

Podobnie jest w warszawskiej agencji PR, w której pracuje Majka: - W naszej firmie panuje taki pseudoluz: można jeść w biurze, nawet zrobić sobie drinka, można i zapalić. Pali moich dwóch kolegów, a mnie od tego dymu już się robi niedobrze. Śmierdzą mi włosy, ciuchy, nawet dokumenty. Szlag mnie trafia, ale co mam zrobić. Majka z zażenowaniem opowiada o nowym pracowniku, który zaczął palić tylko po to, by przypodobać się szefowi. - Są i tacy. Jeśli ktoś ma plastelinę zamiast kręgosłupa, to tak się zachowuje - śmieje się.

Doświadczenie pracowników jasno pokazuje, że stosunek w danej firmie do palenia pozostaje w ścisłym związku do osobistych poglądów na tę kwestię szefa. - Przez pięć lat nasz szef palił i to jak lokomotywa. Problemów z paleniem nie mieliśmy i my - mówi Janusz, pracownik warszawskiego sklepu. - Kłopoty zaczęły się, gdy szef zaczął prowadzić zdrowy tryb życia, zapisał się na siłownię i rzucił palenie. Nie dość, że chodził cały czas podminowany i czepiał się o byle co, to jeszcze reagował wrogością na każdą wzmiankę o papierosach czy zapach dymu. A zmieniło się tylko to, że sam przestał palić.

Przed sąd za bierne palenie

Od lat wiadomo, że palenie szkodzi i przyczynia się do chorób serca, układu krążenia oraz zwiększa ryzyko zachorowania na raka. Obowiązkiem koncernów tytoniowych jest nie tylko odpowiednie oznakowanie opakowań tak, by ostrzeżenie o skutkach palenia zajmowało co najmniej jedną trzecią wielkości opakowania, ale również dbanie, by tytoniowe wyroby nie dostawały się w ręce nieletnich i nie byli na nie narażeni niepalący. Te starania mają konkretne podłoże, bo gra toczy się o ogromne pieniądze. Na świecie było już kilka przypadków procesów sądowych, w których palacze pozywali firmy tytoniowe o ogromne odszkodowania z tytułu niedoinformowania o szkodliwości palenia. Podobny proces niedawno zaczął się również w Polsce. Sprawę przeciwko firmie wytoczyła mieszkanka Gdańska, która po 33 latach pracy wśród palących, zachorowała na raka płuc, mimo że przez całe życie nie wypaliła ani jednego papierosa. Pracowała natomiast wśród palących i bez przerwy była narażona na wdychanie szkodliwego dymu. To pierwszy taki proces w historii naszego kraju. - Ta sprawa jest precedensem i długo jeszcze będzie wzbudzać zdziwienie - mówi Jolanta Zedlewska z gdańskiej Inspekcji Pracy. - Poza tą panią nikt się z takimi żądaniami nie zgłosił. Proces rozpoczął się dopiero pod koniec stycznia tego roku. 72-letnia Gdańszczanka domaga się 50 tysięcy złotych odszkodowania.





Palisz? Mniej zarobisz

Nałogowe palenie denerwuje nie tylko niepalących współpracowników, którzy nieraz muszą przejmować obowiązki za palaczy, ale i niektórych szefów, bo przez ciągłe wychodzenie na "dymka" spada im wydajność zakładu. I wcale nietrudno jest to obliczyć. - Zauważyłem, że wypalenie jednego papierosa zajmuje pracownikowi przeciętnie 7 - 8 minut. Jeśli wypali przeciętnie 10 dziennie, to w ciągu ośmiu godzin pracy zabiera mu to godzinę i 20 minut, co daje prawie 9 godzin w tygodniu - opowiada Witold Chorąziak, właściciel łódzkiej firmy "ChaWu" produkującej meble. - Po tych obliczeniach wprowadziłem jasne zasady: palisz, więc tracisz. Od ubiegłego roku każdy palący pracownik dostaje o 50 groszy mniej za każdą przepracowaną godzinę. Zamiast np. 10 złotych - tylko 9,50. Ich niepalący koledzy dostają zawsze całość stawki. Czy strata prawie stu złotych miesięcznie zmotywowała kogoś do rzucenia palenia? - Może ze dwie osoby, ale to absolutne wyjątki. Palacze wolą mniej zarobić, ale móc palić do woli. Nałóg jest silniejszy od nich - mówi właściciel.

Takie zakazy mniej skuteczne są w firmach - molochach, bo tam trudno jest skontrolować, który pracownik pali, a który nie. - Żeby nie tracić dodatku do pensji ludzie palą w toaletach, jest tak zadymione, że nie można potem wejść, ale wiedzą, że praktycznie nikt ich na tym nie przyłapie - mówi pracowniczka podwrocławskiej azjatyckiej firmy produkcyjnej. - Przy stawce 8 złotych na godzinę nikt nie chce ryzykować pomniejszenia swoich zarobków.



  • 48 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Praca z dymkiem w tle educo3 15.04.09, 17:28

    Jako pracodawca mam problem z pracownikami niepalącymi:Chcą mieć tyle przerw co pracownik palący. Sam, po czterdziestu latach rzuciłem palenie i NIE CHCE uchodzić ,za "neofitę walczącego, »

  • Praca z dymkiem w tle mirrandel 15.04.09, 21:38

    palacze faktycznie czasem potrafią "dogodzić" niepalącym, sama tego doświadczyłam. Pracowałam w dużej restauracji. Robota (większa lub mniejsza) była non-stop, przerwy- 20 minu po 6 »

  • Praca z dymkiem w tle - to już było bryzga 15.04.09, 21:39

    To wszystko już był. Przypomnijcie sobie 5 lat temu. Pokolenie 1200,straszenie brakiem pracy, straszenie palaczy. To wszystko już było.»