Wyszłam z pracy, już nie wrócę

Karolina Łagowska
2009-04-09, ostatnia aktualizacja 2009-04-09 15:23
Fot. Przemek Jendroska / AG

Szef oszust? Niewolnicze warunki pracy? Alergia? Czasami pierwszy dzień w pracy może być ostatnim. Tak, jak dla kilkorga naszych bohaterów.

Kinga, 29 lat, z wykształcenia menadżer i tancerka

Kinga pochodzi z małej miejscowości pod Łodzią. Studiowała w Warszawie i tam też osiedliła się po studiach. Jej pasją jest taniec. - Zaczynałam jak malutka dziewczynka, od lekcji baletu w szkole muzycznej. Później przyszła kolej na tańce towarzyskie i taniec nowoczesny. Nawet podczas studiów trenowałam 3 - 4 razy w tygodniu, w klubie i na uczelni - opowiada. Nic więc dziwnego, że także przez taniec chciała podreperować studencką kieszeń. - Zwykle dorabiałam w weekendy jako hostessa na promocjach w hipermarketach i nie powiem, żebym wychodziła na tym źle. Ale gdy znalazłam w gazecie ogłoszenie o tancerkach do klubu nocnego, stwierdziłam, że może to być fajna przygoda - mówi. Był sierpień, cztery lata temu. Właściciel zapewnił ją, że chodzi o profesjonalny taniec, na specjalnie wydzielonych dla dziewczyn balkonach i podestach, bez kontaktu z klientami. - Specjalnie o to pytałam, bo taniec to sztuka, chciałam tańczyć, a nie robić striptiz dla śliniących się i obleśnych typów - mówi wprost.

Umówiła się na spotkanie w sprawie pracy w klubie w centrum Warszawy, przed północą. Właściciel obiecał, że o pieniądzach i zatrudnieniu porozmawia z Kingą po przepracowanym wieczorze, a za stawienie się do pracy i pierwszy dzień dostanie premię - 500 złotych. Ale dziewczynę zaskoczyła nagła zmiana warunków. - W środku były dwie prawie pełne sale, bo o północy zaplanowana była główna atrakcja. Czyli - jak się dowiedziałam - występy tancerek. Nago. I to nie na żadnej scenie ani balkonach, tylko pomiędzy stolikami. Nie na to się umawialiśmy wcześniej - dodaje.

Dziewczyna próbowała negocjować. - Wiem, że świetnie tańczę i powiedziałam właścicielowi, żeby dał mi szansę i wtedy zdecydował, czy mogę tu pracować czy nie, ale facet zaczął się śmiać i nawet nie chciał słyszeć, że mam występować w ubraniu. Gdy tylko zorientował się, że nie dam się przekonać, zaczął być chamski i powiedział, że szkoda mu czasu na taką lalę, bo w kolejce czekają inne dziewczyny. Wezwał nawet ochroniarzy i kazał im mnie wyprowadzić - wspomina Kinga.

Gdy po paru dniach ochłonęła i opowiedziała o wszystkim przyjaciółce, zdała sobie sprawę z własnej naiwności. - Już teraz wiem, kogo poszukują knajpy pod hasłem "zatrudnimy tancerki". Ale nie dziw się, że jeśli dla kogoś taniec jest taką pasją jak dla mnie, to mogłam to odczytać dosłownie - śmieje się. - Teraz cieszę się, że nie skończyło się gorzej, bo ani właściciel, ani ochroniarze na aniołów nie wyglądali.

Kamil, 17 lat, gimnazjalista z Opola

Kamil, jak wielu jego kolegów, od dziecka jest harcerzem. Raz na tydzień spotykają się na zbiórkach w swoim hufcu, zimą wyjeżdżają na biwaki w góry, a latem na obozy, pod namioty, nad morze albo nad jeziora. Prawie wszyscy harcerze co roku biorą udział w przeróżnych akcjach zarobkowych - w szkole zbierają makulaturę albo złom, przed świętami pakują zakupy w marketach . - W ten sposób zbieramy pieniądze na drużynę, kupujemy za nie sprzęt, np. namioty czy plecaki. Chodzi o to, by jak najwięcej zarobić samemu, a jak najmniej brać od rodziców. Harcerze są zaradni - opowiada. Rok temu część drużyny, zaczęła pracować po lekcjach w hipermarketach. - Pakowaliśmy ludziom zakupy. Jak ktoś chciał wrzucić do puszki pieniądze, to wrzucał, a jak nie, to też nic się nie działo. Kasjerki były z nas bardzo zadowolone, bo dzięki temu sprawniej szła im praca, i ludzie też, bo często sami nie nadążają z pakowaniem. I jednego popołudnia kolega Kamila przyszedł z ogłoszeniem, które znalazł na wiacie przystankowej: "Roznoszenie ulotek reklamowych, praca dla młodych od zaraz, 12 zł/h". Przeliczyliśmy, że pracując po cztery godziny dziennie każdy zarobi po prawie 50 złotych, jak dla nas to całkiem sporo - opowiada harcerz. - Więc zebraliśmy się w czwórkę i umówiliśmy się z człowiekiem, który powiesił ogłoszenie. Harcerze dostali po kilkanaście kilogramów kolorowych ulotek reklamujących nowe biuro podróży i ruszyli w teren według uzgodnionego wcześniej z pracodawcą planu, na jedno z największych opolskich osiedli - ZWM.

- Każdą ulotkę musieliśmy przyczepić do drzwi mieszkania gumką recepturką. I to tak, żeby nie dało się jej zerwać jednym gestem, tak sobie zażyczył właściciel - opowiada gimnazjalista. - Nie powiem, żeby była to skomplikowana praca, ale harówka jest, bo cały czas biegasz, biegasz, a tych ulotek są kilogramy. Pracowaliśmy uczciwie, nawet nam nie przyszło do głowy faceta oszukać, tym bardziej, że powiedział, że jego syn sprawdzi wyrywkowo, czy ulotki są tam, gdzie być powinny i czy są właściwie przyczepione.

Wieczorem chłopcy zjawili się w tym samym miejscu, w którym pracodawca dostarczył im ulotki - na skwerku na początku osiedla. Ale mężczyzna się nie pojawiał. - Najpierw myśleliśmy, że po prostu się spóźni. Potem zaczęliśmy wydzwaniać na komórkę, ale nie odbierał. A potem zaczęło do nas docierać, że facet zrobił nas w konia.

Mama Kamila, która dowiedziała się o nieuczciwym pracodawcy, chciała zgłosić sprawę na policję, ale Kamil przekonał ją, że nie warto. - Wolałem zostawić to w spokoju niż ryzykować, że o wszystkim dowie się tata, który akurat pojechał do Niemiec na budowę. Za bardzo jest narwany, jeszcze by gościa dorwał i spuścił mu porządne lanie - śmieje się nastolatek. - My z kolegami już się nie damy nabrać. Jest umowa, to będzie praca.

Marcin, 31 lat, mieszka we Wrocławiu

Marcin skończył technikum mechaniczne o profilu lotniczym, od kiedy pamięta naprawiał samochody, motory i wszystko, czym tylko dało się jeździć. Jego najkrótsza praca w życiu - dwa tygodnie w warsztacie samochodowym przy młynie. Dlaczego pamięta, że akurat przy młynie? - Bo przez to musiałem zmienić warsztat - opowiada. Cztery lata temu rzucił pracę w serwisie samochodowym, bo właściciel nie chciał dać mu trzystu złotych podwyżki. - To przepełniło czarę goryczy, bo tam w ogóle nie pracowało się dobrze. Rzuciłem pracę i wyjechałem do siostry, do Glasgow - opowiada. Tam przez rok pracował w magazynie sieci sklepów, jeździł na wózku widłowym, wykładał towar na półki, segregował paczki. Ale wrócił, bo brakowało mu samochodów. - Planowałem do spółki z kolegą otworzyć własny warsztat, a dopóki nam się to nie uda, popracować u znajomego, który chciał rozkręcić swój i potrzebował mechaników. Zgodziłem się chętnie.

Już pierwszego dnia z Marcinem było coś nie tak. Źle się czuł, miał katar, z oczu płynęły mu łzy. - Byłem pewien, że to sprawka temperatury, że po prostu się przeziębiłem - wspomina. Ale przez najbliższe dni objawy tylko się nasilały. Doszedł do nich kaszel i duszności. Marcin nie wiedział, co się dzieje, bo gdy tylko wsiadał w samochód i wracał do domu, wszystko mijało jak ręką odjął. - Ale doszło do tego, że nie byłem w stanie pracować, bo dusiłem się od kaszlu, a z oczu strumieniami leciały mi łzy - opowiada. Lekarz pierwszego kontaktu bezradnie rozkładał ręce, ale skierował Marcina na testy alergiczne. Marcin: - Zrobiłem badania na wszystko: drzewa, trawy, zwierzęta, jedzenie....I o mało co nie padłem, gdy okazało się, że mam niesamowicie silną reakcję na mąkę żytnią. Ja i alergia? W życiu nie miałem na nic alergii! Ale wtedy wszystko stało się już jasne - obok warsztatu, w którym zacząłem pracować, był młyn, zapach mąki rozchodził się na kilkaset metrów. Niestety, lekarze nie pomogli Marcinowi. Alergia była zbyt silna, by bez przerwy zagłuszać ją lekami. Nie miał wyjścia - musiał zrezygnować z pracy. - Kumpel strasznie żałował, ale przecież było bezsensowne, żeby to on przenosił warsztat - opowiada Marcin. Trzy miesiące później z przyjacielem otworzyli własną działalność. - Przy szukaniu lokalizacji braliśmy pod uwagę, czy w pobliżu nie ma młyna albo piekarni - śmieje się.



  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów