Era sprzed komputera

Karolina Przewrocka
2009-04-10, ostatnia aktualizacja 2009-04-10 15:27
Fot. MARZENA HMIELEWICZ/AGENCJA GAZETA

Setki długopisów zużywanych rocznie, długie kolejki przed budkami telefonicznymi, czy trwające miesiącami prace nad projektami architektonicznymi - tak było kiedyś. Dzisiaj telefon komórkowy, komputer i szybkie łącze internetowe są niezbędnymi narzędziami w pracy. Do nowych standardów technologicznych szybko się przyzwyczajamy. Kto z nas pamięta, jak wyglądało życie zanim można było wysłać e-maila?

ZOBACZ TAKŻE
Zanim do rąk dziennikarzy trafiły komórki, zabiegali o dobre kontakty w sekretariatach urzędów. Po co? By nadać telefoniczną korespondencję z odbywającej się tam konferencji prasowej, należało ładnie uśmiechnąć się do pani sekretarki. - W Sejmie na parterze było kilka kabin telefonicznych i jeszcze w połowie lat 90. po jakimś ważnym wydarzeniu potrafiła stać przy nich kolejka dziennikarzy - śmieje się Jacek Czarnecki, reporter Radia ZET. - Początek dnia 30 lat temu? Kawka, herbatka, najświeższe doniesienia z gazet, i do pracy. Konsultacja z głównym projektantem, a potem już cały dzień cierpliwego pochylania się nad rysunkiem - i to dosłownie - opowiada krakowski inżynier Tadeusz Pacyga. W latach 80. pracował w biurze projektów automatyki przemysłowej. Jego narzędzia pracy ograniczały się do deski, ołówka, gumki i małego papierka ściernego, a o szybko działającym komputerze, który pomagałby zapisywać i przetwarzać dane, inżynier nawet nie marzył. Podobnie jak o internecie, komórkach i GPS. Dziś już nie pamięta, jak można było funkcjonować bez tych sprzętów.

Aż nam nogi puchły

- Pod koniec lat 80. pojawiły się pierwsze komputery: można było coś napisać i zapisać w pamięci, ale z uwagi na niewielką szybkość tych urządzeń, było to po prostu nieopłacalne. Jedyne, co dało się w tych komputerach narysować, to kółka i kreski - wspomina Pacyga. Pozostawało mu ręczne przenoszenie rysunków na specjalną kalkę, która sprawiała zresztą same problemy. - Trzeba było mocno przyciskać ołówkiem albo w klawisze maszyny, żeby się na tej kalce dobrze odbiło. Nasze koleżanki, maszynistki i kreślarki, miały w związku z tym naprawdę trudną pracę. W ogóle ten papier kalkowy kruszał i niszczył się sam z siebie - śmieje się dzisiaj inżynier. Poważny problem pojawiał się, gdy następowała nagła zmiana, albo coś trzeba było w projekcie poprawić. Jeśli rysunek był zrobiony ołówkiem, wystarczyło zetrzeć błąd gumką; gorzej, gdy w grę wchodził tusz: trzeba było drapać żyletką i uważać przy tym, żeby nie wydrapać w kalce dziury. Wszystkie poprawki wprowadzało się ręcznie, a zajmowały się tym kreślarki, które dysponowały tuszowymi pisakami, z różnego rodzaju zakończeniami - w zależności od pożądanej grubości.

- Ważnym elementem naszej pracy była drewniana deska, wymiary 90/120 cm. Deskę się odwracało, w zależności od perspektywy, z której chciało się zobaczyć rysunek. Czasami godzinami wprowadzaliśmy na tej desce poprawki, aż nam nogi puchły - opowiada Pacyga. I przyznaje się do strachu przed cyrklem - miał tendencje do robienia w kalce okropnych dziur. - Rysowaliśmy całymi dniami, a mała zmiana założeń technologicznych powodowała konieczność rozpoczynania prac od nowa. W rezultacie prace nad jednym projektem trwały od 1,5 do 2 miesięcy - wspomina z rozrzewnieniem inżynier. I nie bez ulgi wraca do swojego najświeższego projektu, który miga na ekranie nowoczesnego komputera.

- Nie wyobrażam sobie pracy bez komputera! - śmieje się Julia Bakalarz, młoda architekt z biura projektowania architektury w Krakowie. Ręczny szkic, jak mówi, powstaje dziś tylko we wstępnej fazie pracy nad projektem. Cała reszta odbywa się w komputerze. - Używamy specjalistycznych programów, takich jak AutoCAD i ArchiCAD 3Dmax. Producenci mebli, stolarki czy ślusarki udostępniają w nich swoje produkty w postaci gotowych bloków do wstawienia, co sprawia, że nie musimy rysować ich od początku. To bardzo ułatwia pracę - przyznaje architekt. Na początku studiów, gdy programy komputerowe nie były jeszcze powszechne, sama męczyła się z kalką i żyletką. - Wolałabym do tego nie wracać - przyznaje.

Misja "grzejnika"

Jacek Czarnecki dziennikarską karierę zaczynał w 1992 roku jako korespondent Radia Zet w Paryżu. Z rozrzewnieniem wspomina walkę z czasem i o budki telefoniczne, nieobcą wtedy żadnemu szanującemu się radiowcowi. - Wszystkie korespondencje nadawaliśmy przez telefon. Bardzo rzadko wchodziłem na żywo, większość korespondencji nagrywaliśmy wcześniej - opowiada Czarnecki. - Po każdym ważnym wydarzeniu leciałem do mieszkania albo w miasto, w poszukiwaniu budki telefonicznej. Służbowa karta telefoniczna lub żetony były więc jednym z najważniejszych narzędzi pracy - śmieje się dzisiaj. Czarnecki mówi o szczęściu, bo w chwili rozpoczęcia pracy przebywał w kraju, który dysponował starszym bratem internetu - systemem Minitel, działającym za pośrednictwem linii telefonicznych. Minitel umożliwiał m.in. przeglądanie elektronicznych wydań gazet, ale jego podstawowym mankamentem było ograniczenie wyłącznie do terytorium Francji i brak możliwości kontaktowania się. - W pracy służyły nam więc głównie telefony i faksy. Dostęp do informacji umożliwiała też dobrze rozwinięta sieć kontaktów między dziennikarzami francuskimi i zagranicznymi - dodaje Czarnecki.

Po powrocie do Polski w 1993 roku pracował m.in. w Radiu Kolor. Niewielkie stacje radiowe nie miały dostępu do agencji zagranicznych, a przy redagowaniu wiadomości posługiwały się informacjami z niezbyt rozbudowanego wtedy serwisu PAP. - Gdy pracowałem przy redagowaniu informacji zagranicznych, nie było łatwo. Na szczęście mieliśmy telewizję satelitarną, więc mogłem korzystać z informacji BBC czy CNN - opowiada reporter. Na początku lat 90. wśród reporterskich narzędzi pracy w radiu wciąż królowały dość duże magnetofony kasetowe - głównie Maranz i Sony. Niektóre redakcje, głównie w radiu publicznym, miały jeszcze Nagry i Uhery - małe ale ciężkie magnetofony szpulowe, które na początku lat 90 wydawały się cudem techniki. Sytuacja zmieniła się, gdy do rąk reporterów trafiły pierwsze "kaseciaki", zwłaszcza mały Sony wmd6, a potem urządzenia typu minidisc. - Pierwsze - o ile mnie pamięć nie myli - były w Radiu ZET, Radio Kolor kupiło pierwszego minidisca w 1993 roku, a radio publiczne na tę nowinkę czekało jeszcze kilka lat - wspomina Czarnecki.

Początek lat 90 to era pagerów - to one były smyczą, na której szefowie trzymali swoich reporterów. - Luksusem i oznaką wysokiej pozycji, albo niezwykle ważnej misji, były "grzejnik" i "cegła" - nasze pierwsze redakcyjne komórki w systemie Centertel. Z "grzejnikiem"- ciężką skrzynką ze słuchawką - chodził zawsze Andrzej Morozowski, i wszyscy mu tego okropnie zazdrościli - śmieje się Jacek Czarnecki. - Wprawdzie jakość połączenia była jeszcze bardzo kiepska , ale zawsze można było powiedzieć "na miejscu jest nasz reporter, łączymy się z nim przez telefon komórkowy" - dodaje dziennikarz.

Jeszcze w latach 90. praca redakcyjna oparta była na PAPie i reporterach. Era internetu nadeszła dopiero w końcówce lat 90., ale wejście tego megaźródła informacji było raczej nieśmiałe. - Zresztą wtedy internet nie był tym, czym jest teraz - informacje nie schodziły lawiną tylko małym strumyczkiem. Jeszcze w roku 2000 czy 2001 nie do pobicia przy każdej pracy dokumentacyjnej była biblioteka wycinków prasowych Polskiego Radia. Mieli tam skrzętnie posegregowane wycinki na każdy temat z każdej chyba gazety ogólnopolskiej, regionalnej i głównych tytułów światowych. Cudo! A dziś są Google - ciągnie reporter. Czarnecki nie przecenia jednak roli internetu w redagowaniu rzetelnych informacji dziennikarskich. Jak twierdzi, to źródło nie tylko newsów, ale i pomyłek. - Gdy go nie było, życie płynęło spokojniej, mniej człowiek wiedział, mniej się denerwował, a teraz? Gdy nie ma dostępu do sieci to się denerwuje, że nic nie wie - mówi reporter.

Podejrzliwość wskazana

Podobnego zdania jest Stanisław Mancewicz, dziennikarz i felietonista krakowskiej "Gazety Wyborczej" od czasu jej powstania. Jak mówi, założenie, że internet jest stuprocentowo pewnym źródłem wszelkiej informacji, to pułapka. Za przykład podaje powszechne, ślepe zaufanie choćby do Wikipedii, redagowanej przez internautów, nie zawsze będących ekspertami w danej dziedzinie i niekoniecznie przepełnionych dobra wolą. - Wiele razy widziałem, jak nieprawdziwa informacja klonuje się i obrasta kolejnymi nieprawdami, podobnie jak w schemacie powstawania i rozwijania się plotki - mówi Mancewicz. Zwraca też uwagę na fakt, że internet i komórka ułatwiają niespotykanie się z rozmówcami, na czym cierpi jakość i oryginalność tekstu. Spotkania w realu nie zastąpi jego zdaniem ani e-mail, ani sms, ani komunikator. Dlatego chętnie wraca do praktykowanego od lat, czasami męczącego, ale zawsze owocnego "łapania ludzi na mieście". - Narzekanie na rozwój cywilizacyjny i technologiczny uważam za zajęcie jałowe, ale relacji ze spotkań face-to-face mi żal. Z nieruszaniem się sprzed internetu i uprawianiem dziennikarstwa za pomocą elektroniki jest chyba podobnie jak z flirtem w rzeczywistości wirtualnej. Zawsze może się okazać, że zamiast pięknej blondynki po drugiej stronie kabla siedzi siedemdziesięcioletni Czesio - mówi Mancewicz. - Dziennikarz musi być dzisiaj szczególnie podejrzliwy, a ja mam wrażenie, że jest podejrzliwy nieco mniej, że ufa niewiadomo komu - dodaje felietonista.

- Należy pamiętać, że komputer, internet, telefon czy palmtop to tylko bardziej nowoczesne narzędzia. To, czy pomogą szybciej i lepiej zrealizować konkretne zadania, zależy od umiejętności pracowników - same narzędzia nie rozwiązują problemów, za to często ich przysparzają - mówi Bartłomiej Rajchert, dyrektor Biura Organizacyjnego PiS. Chociaż w pracy wykorzystuje wszelkiego rodzaju technologiczne usprawnienia, zna ludzi, którzy świetnie funkcjonują bez komputera, i osiągają przy tym wysoką efektywność. Za negatywny skutek powszechnej cyfryzacji uważa pauperyzację języka. - Młodzi ludzie, przyzwyczajeni do szybkich, krótkich informacji rodem z internetu, próbują stosować je w oficjalnej komunikacji. Z przygotowaniem pism czy opracowań, które wymagają poprawnej polszczyzny, często lepiej radzą sobie starsi pracownicy - zauważa Bartłomiej Rajchert.



  • 36 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Info z internetu idonea 14.04.09, 08:00

    wikipedia jest bardzo pożyteczna, ale spróbujcie dowiedzieć się z niej naprzykład czegoś na temat sekt. Nie ma, albo same pochwały, bo wyznawcy siedząnon stop w sieci i redagują (czyt. »