500 zł na koncie
*Liczba prac w ciągu ostatnich miesięcy - 5
*Zarobki do lutego - niestałe: od 500 do 1500 zł
*Zarobki po lutym - stałe: 1500 zł
*Satysfakcja z pracy - w końcu jest
Kalina, menedżer PR (Kraków): Kryzys odczułam na własnej skórze. Mniejsza pensja, strata pracy. Kilka zajęć w ciągu kilku miesięcy, byle się utrzymać. Oferta pracy przyszła w momencie kryzysu osobistego: miałam dość niepewnej przyszłości i pustego konta.
Grudzień: Rezygnuję z jednego z moich trzech zajęć. Trudno dogadać się z tzw. szefową, która siedzibę firmy ulokowała za granicą, nie wie, czego tak naprawdę chce, i nie płaci, dopóki się nie upomnę. Z dwóch zajęć, które mi zostały (w tym stażu w jednym z dużych ogólnopolskich wydawnictw), nie wyżyję, przynoszą w sumie ok. 500 zł. Trzeba szukać czegoś nowego.
Styczeń: Propozycja nowej pracy z jednego z mniejszych krakowskich wydawnictw przychodzi zaraz po tym, jak rzucam zagranicznego pracodawcę. Jest dobrze. Oferta: interesująca mnie tematyka sportowa i 1 tys. zł na rękę. Przyjmuję bez wahania.
Luty: Pod koniec miesiąca zaczynają się problemy wydawnictwa. Bo kryzys... No i w końcu słyszę to, czego obawiałam się najbardziej: "Musimy zrezygnować ze współpracy z panią"...
Marzec: Wracam do stanu 500 zł miesięcznie na koncie z dwóch dorywczych zajęć. Nie jest dobrze. Zaczynam szukać pracy, ale jest kryzys i wszyscy rozkładają tylko ręce. A czynsz i rachunki trzeba opłacić...
Kwiecień: Jest. Propozycja z księgarni internetowej. 1,5 tys. zł na rękę i umowa o dzieło. Młoda firma, właśnie wchodzi na rynek i potrzebuje dobrego PR. Biorę bez zastanowienia. Mój półtoramiesięczny prywatny kryzys skończony. Mam nadzieję, że ten światowy też wreszcie zacznie mijać.
Na kryzys: ucieczka do Gwatemali
*Liczba wysłanych CV w ciągu ostatniego pół roku - ponad 100
*Liczba odpowiedzi i rozmów kwalifikacyjnych - 5
*Liczba ofert pracy - 1
*Oferowana pensja na okres próbny - 200 zł brutto
Ewa, początkująca specjalistka PR (Kraków): Nienawidzę słowa kryzys! Pracodawcom poprzewracało się od niego w głowach, myślą, że jak postraszą kryzysem, to ktoś będzie pracował za darmo.
Grudzień: Zaczynam poszukiwania. Widzę, jak liczba ofert spada z dnia na dzień. Gdybym była kierowcą albo budowlańcem, nie miałabym pewnie problemu. A tak: kilka lat na stanowisku menedżera w jednej z firm, praktyka w mediach i biurach karier krakowskich uczelni, staże w organizacjach pozarządowych za granicą... I dostaję ofertę pracy jako pomoc biurowa. Za 1 tys. zł. Mam segregować dokumenty i obsługiwać ksero. Odmawiam. Zaczepiam się w sklepie internetowym. Przed świętami każde pieniądze się przydadzą.
Styczeń: Szukam dalej, czegoś na stałe. Wysyłam CV, każde pisane pod pracodawcę, każde z osobnym, dopracowanym listem motywacyjnym. Wszystko jak trzeba, moje dokumenty można by umieścić na stronie internetowej jako wzór dla poszukujących zajęcia. Wysyłam i wysyłam. Idę na kolejny bezpłatny staż do działu promocji i sprzedaży jednego z wydawnictw w Krakowie. Dostaję trzy odpowiedzi na CV. Odbywam trzy rozmowy kwalifikacyjne. Nic.
Luty: Jestem załamana. Ponad setka wysłanych aplikacji i jedynie cztery rozmowy. Etatów - zero. Pod koniec miesiąca telefon. Młoda agencja reklamowa. Na miejscu kilkunastu innych kandydatów. Z lepszymi kwalifikacjami niż ja. Ale udaje się, dostaję pracę na okres próbny. Ma być 1 tys. zł i po miesiącu umowa na stałe. Jeśli się sprawdzę. Zaczynam pełna energii i dobrych chęci. Okazuje się, że "pozyskiwanie klientów" to zwykłe nagabywanie przez internet. Żeby jakaś firma zechciała zamówić smycze albo czekoladki ze swoim logo. W trakcie okresu próbnego okazuje się też, że dostanę nie 1 tys. zł, lecz 200 zł za pierwszy miesiąc. Szefowa mówi, że jest kryzys i trzeba oszczędzać. A po miesiącu może dostanę umowę na kolejne trzy i 800 zł. Brutto.
Źródło: Gazeta Wyborcza