Skok z 30 metrów to trochę więcej niż sekunda twojego życia. Zaskakujące ile myśli może przejść w tym czasie przez głowę. Lecąc głową w dół do dziesiątego metra można zachłannie wpatrywać się w ten magiczny stos kartonów. Później trzeba odwrócić się na plecy. Pojawia się ogromna pokusa, żeby jeszcze raz spojrzeć w dół, sprawdzić, czy wszystko jest dobrze wyliczone, ale każdy najmniejszy ruch głową to samobójstwo. Dlatego patrzy się już tylko w niebo i czeka.
Najpierw przyjemności, a potem pójdziemy na obiad - Żeby wytrzymać w tym zawodzie trzeba być zdrowo rąbniętym - mówi Zbigniew Modej, najsławniejszy z Polskich kaskaderów. - A żona wytrzymała? - pytam. - Moja b y ł a żona. Jestem wolnym strzelcem - uśmiecha się. Kiedy jego córka na 15 urodziny chciała skoczyć ze spadochronem, nie miał nic przeciwko. Pojechali za Warszawę, załatwili sprzęt. Zadzwoniła żona: "Gdzie jesteście, kiedy wrócicie?" Córka nigdy nie kłamie, zasłoniła ręką słuchawkę i pyta ojca: Co mam powiedzieć? - Powiedz prawdę - mówi. - Najpierw jedziemy na przyjemności, a potem pójdziemy na obiad. Wracając przywieźli kasetę z nagraniem skoku. W domu awantura: "Ty jesteś nienormalny! Jak mogłeś, przecież to jeszcze dziecko!"
Raczej krępy, umięśniony, z niebieskimi, przejrzystymi oczami i bardzo nieśmiałym uśmiechem zawsze podobał się kobietom. Od kiedy zobaczył w wieku dziesięciu lat program jedynego wówczas polskiego kaskadera, Krzysztofa Fusa "Ekran z bratkiem", chciał zostać tym, kim on. Kaskader to był wtedy zawód regulowany ustawą. Mogli nim zostać tylko absolwenci AWF-u, sportowcy mistrzowskiej klasy sportowej i akrobaci szkoły cyrkowej z podwarszawskiego Julinka. Zbyszek Modej rozważał nawet zdawanie do tej ostatniej, ale dostał się na AWF. Trafił do sekcji judo i na świetnego trenera. Stanisław Tokarski, sześciokrotny mistrz Polski w judo, okazjonalnie kaskader. Był doktorem filozofii, ale lubił się przewracać.
Trening judo pomógł Modejowi w karierze, bo rozwija wszystkie zdolności motoryczne i uczy upadania. A praca kaskadera to w połowie sztuka upadania. - Z tym się trzeba urodzić. To jest pasja i styl życia. Tej siły, wytrzymałości i samodyscypliny nie da się wytrenować. Jeśli traktujesz to jak źródło zarabiania pieniędzy, to nigdy nie zajdziesz wysoko - opowiada. - Kaskadera musi kiedyś zaboleć - mawia. Jeśli się poważnie nie poturbuje, znaczy: nie robi tego na 100 procent. Ma wiele blizn. Najwięcej na rękach i na plecach. - Tu mam Piratów: zerwane ścięgna - dotyka bladego śladu w kształcie litery "V" na lewej dłoni. - A tu jest Janosik i Glina - dotyka barku i uda. -- Nazywam je od filmów, przy których powstały - opowiada. - Glinę zarobiłem, gdy wypadałem przez okno w klatce schodowej. To były wczesne lata 80., nie używaliśmy wtedy jeszcze hartowanego szkła i nieźle się poharatałem. Kawał potłuczonego odłamka wbił mi się w udo. Naprawdę głęboko.
Wszystko musi się nagrać Pracuje od początku lat 80. Zaczynał od drobnych przewrotów, skoków z 12 metrów, stłuczek samochodowych. Pierwsze poważne wyzwania przyszły dopiero pod koniec dekady. Najlepiej z tego czasu zapamiętał film "Powrót wabiszczura". Efekty kaskaderskie kręcili w górach Palmirach, daleko od bazy wypadowej. Przywieźli specjalny samochód, ze zdjętymi wszystkimi zabezpieczeniami: ABS, poduszki powietrzne, wszystkie wspomagania muszą przed akcją zostać zdjęte, bo mogą zagrozić życiu kaskadera. - Postawili przede mną piękny czerwony kabriolet i mówią: rozbij - wspomina Modej. Samochód miał spaść z 40-metrowej skalnej rozpadliny. Zbyszek miał wyskoczyć w momencie, gdy maszyna odwracała się bokiem w locie i upaść na małą półkę skalną. Założyli mu kask, na nim przykleili włosy, założyli specjalne ochraniacze. Czekał tylko na: "akcja!" - Zrobiłem co miałem. Gdy się z tego kanionu wreszcie wygrzebałem, podszedłem do reżysera i pytam: jak wyszło? A on na to: Nie zdążyliśmy włączyć kamery, nic się nie nagrało - opowiada.
Film był niskobudżetowy, ekipy nie stać było na kupno nowego samochodu, więc cały wątek wypadł ze scenariusza. Zapomniał wtedy o tym, co wyróżnia dobrego kaskadera: musi on czuć kamerę, wiedzieć jak ukryć linki, ochraniacze i poduszki, jak skomponować kadr, by z bolesnego upadku zrobić dobry teatr. Kaskader musi też mieć instynkt samozachowawczy, respekt dla wysokości, strach przed bólem. Jeśli przestaje się bać powinien natychmiast zmienić zawód.
Koniec ery gladiatorów Zbyszek tuż przed skokiem prowadzi ze sobą dialog wewnętrzny. Zbigniew Modej - żandarm mówi do Zbigniewa Modeja - kaskadera: Pomyślałeś o wszystkim? Wyliczyłeś odległość? Wiesz gdzie się odbić? Wiesz jak upaść? A Modej - kaskader odtwarza w myśli muzykę: klasyczną przy skokach ze spadochronem, delikatny blues przy skokach z wysokości i jazz przy wypadkach samochodowych. Najbardziej lubi kawałek "Angel dreaming" - wolniutkie "tam tam tam" w głowie. Ostatni raz słyszał go w 1992 roku, bo wtedy skończyła się w Polsce prawdziwa kaskaderka. - Od połowy lat 80. do 1992 roku na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie organizowano międzynarodowe pokazy sztuki kaskaderskiej. Zjeżdżały się sławy z całego świata - wspomina Zbigniew Modej.
Na płycie stadionu ustawiano wielkie pochylnie i ogromne dźwigi. 32 metry - tyle miał największy dostępny wysięgnik, z którego odbywały się skoki. Z tej perspektywy wszystko wydaje się małe. Zwłaszcza kartonowy kubik złożony z pięciuset papierowych pudełek. - Tylko tym wtedy mogliśmy amortyzować upadek, ale zdobycie tych kartonów to był duży problem. Łaziliśmy do Peweksu i kolekcjonowaliśmy po dwa, trzy aż się uzbierało. Zajęło to nam masę czasu, znacznie więcej niż efekt finalny - uśmiecha się Modej. Spiker podgrzewał atmosferę: "Raz jeszcze proszę państwa o absolutną ciszę i skupienie". I w tej ciszy Zbyszek skakał. Głową w dół i z rozpostartymi ramionami. Na przepisowym dziesiątym metrze odwracając się na plecy. Gdy uderzał ciałem o kartony trybuny darły się mocą 90 tys. gardeł. Widzowie, jak za czasów prawdziwych Rzymian, pokazywali kciuk do góry albo do dołu. Potem zwycięsko objeżdżał murawę dookoła wychylając się przez opuszczoną szybę samochodu. To była prawdziwa kaskaderka.
Teraz wszystko załatwiają komputery. Green, blue, black boxy, linki, usuwanie poduszek i ochraniaczy w postprodukcji - tak wygląda sztuka kaskaderska "w praniu". W Polsce dochodzi kolejny problem: brak kasy. - Na planie "Klanu", gdy trzeba potrącić człowieka samochodem, to tego samochodu nie można nawet zadrapać. Każda wygięta blacha, potłuczona szyba to kolejne koszty. Dlatego robi się to na sucho, a wtedy nigdy nie jest dość realistyczne - opowiada Modej. - Trzydzieści lat temu, gdy zaczynałem, biegałem z planu filmowego na plan. Raz byłem na II wojnie światowej, potem ścigałem niemieckich szpiegów, żeby skończyć na okręcie wojennym. Teraz już się tak nie pracuje - dodaje.
Umrzeć na planie W tym zawodzie największym problemem jest zaufanie i poczucie bezustannej kontroli. Trzeba ufać ludziom, z którymi się pracuje bardziej niż sobie samemu. Zwłaszcza przy podpaleniach. Wysoka temperatura uderza znienacka. Pod specjalnym kombinezonem całe ciało paruje, robi się strasznie gorąco. W tym numerze nic nie zależy od kaskadera, ale od zespołu, który nad tym czuwa. To oni wyciągają płonącego za szelki, gaszą go po akcji, gonią, jeśli trzeba. Bezpiecznie można się palić do 30 sekund - później można zwariować z gorąca. - Jeden z moich starszych kolegów mawiał: "Ja jestem świetnym specjalistą od podpaleń". Kiedyś drugi zdenerwował się i mu odpowiedział: "Dobra, to ja wezmę koc azbestowy pod pachę, pójdę do domu i będzie po specjaliście" - opowiada Zbyszek.
Gdy kręcił scenę pościgu samochodowego, za którą był nominowany do nagrody Taurusa, czyli kaskaderskiego Oskara, musiał zdać się na kogoś innego. W tej scenie ledwo zdąża przejechać przed pędzącym pociągiem - wyprzedza go na grubość lakieru. Do nagrania przygotowywał się dwie godziny. I to nie ćwicząc akrobacje, testując wóz, sprawdzając teren. - Przez te dwie godziny pilnowałem maszynisty w szoferce. Musiałem być pewien, że facet wytrzyma, że mu psychika nie siądzie i utrzyma równą prędkość. Gdyby przyspieszył choć o kilometr na godzinę, byłoby po mnie - opowiada. Gdy nabrał pewności po prostu wsiadł do samochodu i przejechał o włos przed czołem lokomotywy.
Za 50 dolarów są tylko samobójcy Dziś pracy kaskadera w Polsce nie reguluje żadna ustawa. Są jak sprzątaczki, kelnerzy, urzędnicy i bankierzy - przechodzą na emeryturę w wieku 65 lat, płacą podatki według zarobków i nie przysługują im dodatki za pracę w ciężkich warunkach. Nie przechodzą okresowych badań lekarskich, nie płacą też wyższych stawek ZUS. Leczenie w Polsce cały czas jest darmowe. Jednak, jak zaznacza Modej, prawdziwych kaskaderów jest w kraju zaledwie 30. Cała reszta to zwykła amatorka. - Zawsze znajdzie się kilku idiotów, którzy dla paru groszy skoczą z mostu albo z dachu - opowiada. W latach 90. jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać w Polsce szkoły kaskaderów. Za 5 tys. złotych przez rok ich adepci ćwiczą upadki, skoki i podpalenia. Potem szybko idą do filmów. Często nie są ubezpieczeni, bo producenci tną koszty.
Jest na czym oszczędzać: dobry kaskader może zarobić w Polsce, w zależności od budżetu filmu od 5 do 10 tys. zł za dzień zdjęciowy. Amator dostaje 5 razy mniej. Za granicą stawki rosną nawet siedmiokrotnie. "Cobra 11", niemiecki serial sensacyjny ma na odcinek 2 mln euro. Lwia część tego to budżet na efekty specjalne. Polskie serialowe superprodukcje na całość przeznaczają 150 tys. euro. Dlatego producenci często nie chcą zatrudniać prawdziwych kaskaderów z doświadczeniem. Wolą amatorów, choć ci częściej ulegają wypadkom. Mogą sobie na to pozwolić, bo w razie wypadku polskie sądy zarządzą odszkodowanie na 400 tys. zł, a nie jak w Stanach 200 mln dolarów, podwajając budżet filmu. - We wczesnych latach 90. pracowaliśmy przy amerykańskiej superprodukcji - wspomina Modej. - Jeden ze znajomych zaproponował angielskiemu koordynatorowi, że przywiezie z Polski tanich kaskaderów, takich po 50 dolarów za dzień zdjęciowy. Ten spojrzał na niego jakby z drzewa spadł i powiedział: "Za 50 dolarów to nie ma kaskaderów, są samobójcy" - dodaje.