Jeszcze kilkanaście lat temu tatuaż był wyrazem buntu, podkreślał wyjątkowość właściciela. Czasy się zmieniły. - Być może w przyszłości oryginalnie będzie mieć zupełnie czyste ciało - stwierdza Darek, właściciel studia tatuażu Gulestus na warszawskim Tarchominie. - Gwiazdy muzyki, kina, postaci z gier komputerowych, sportowcy, artyści - wymienia. Tatuaże wyszły z ukrycia i są teraz wszędzie. Dawniej tatuaże kojarzono w Polsce głównie z rozmytym granatowym rysunkiem, marynarzami i potocznie rozumianym "światem przestępczym". Wykonywano je domowej roboty maszynkami, z użyciem tajemniczego barwnika, który okazuje się substancją bardzo łatwo dostępną (głównie w sklepach papierniczych). Mowa o zwykłym tuszu kreślarskim. Podobno najlepszy był tusz Czarna Perła lub Rotring. Sama maszynka również nie była konstrukcją skomplikowaną. Dawid, jeden z dwóch tatuażystów pracujących w studiu Darka, pierwsze swoje dzieła wykonywał przyrządem zrobionym z silniczka od walkmana i zaostrzonej struny od gitary.
Dzisiaj tatuaże to poważny biznes, który z roku na rok rozwija się artystycznie i technologicznie. Sprzęt do tatuażu jest jak samochód - im lepszy, tym droższy. Specjalistyczne sklepy oferują dziesiątki rodzajów igieł: płaskie, okrągłe, podwójne, potrójne. Zapomnijmy też o czarnym tuszu - profesjonalne studio zaproponuje nam gamę wszelkich możliwych kolorów, plus każdy kolejny, jaki uda się uzyskać mieszając barwniki. Tyle o sprzęcie. Czas wziąć się do pracy.
"Studio tatuażu jest jak gabinet dentystyczny" Takie zdanie Darek umieścił na stronie internetowej studia, w zakładce "higiena". Można powiedzieć, że polskie prawo traktuje studio tatuażu jak kolejny gabinet kosmetyczny, ponieważ taka działalność jak na razie nie została objęta żadnymi szczegółowymi przepisami. Studio obowiązują więc te same wymogi higieny, co salony kosmetyczne, salony odnowy biologicznej i gabinety fryzjerów. Personel wykonuje "zabiegi" w rękawiczkach, a każdy przyrząd powinien być utrzymany w czystości. Podglądając przygotowania Dawida do pracy mam okazję obejrzeć sprzęt. Zasada działania maszynki do tatuażu jest prosta - silniczek napędza igłę, która poruszając się z dużą prędkością wprowadza tusz pod skórę (ukłucie ma głębokość około 0,5 mm). Maszynkę zabezpiecza się z zewnątrz specjalną folią (tak że wystaje tylko jednorazowa igła w specyficznej tubie). Kable, które mogłyby się ocierać o skórę klienta, również ochrania folia. Przycisk regulujący prędkość maszynki i spryskiwacz zawierający wodę z mydłem medycznym, którą oczyszcza się tatuaż podczas pracy również zostały owinięte jednorazową folią. W studiu Darka używa się także jednorazowych pojemników na tusz i jednorazowych igieł, potrzebna więc była specjalna umowa z firmą utylizująca odpady medyczne, bo igieł do tatuażu nie wolno tak po prostu wyrzucić na śmietnik.
Tym samym legendy na temat olbrzymiego ryzyka zdrowotnego związanego z tatuażem pracownicy studia każą mi położyć pod pociąg. Ich zdaniem w dobrej firmie nie ma miejsca na żadne zakażenia. Legendarne powikłania są ekstremalną rzadkością. - Robiłem już tatuaż najróżniejszym alergikom - pokarmowym, skórnym, różnym - i nie spotkałem się z żadną dziwną reakcją - stwierdza tatuartysta Bartek. Jeśli klient cierpi na jakieś dolegliwości skórne, wysyłany jest najpierw do dermatologa po opinię. Każdy "pacjent" dostaje zresztą ścisłe instrukcje jak pielęgnować tatuaż przez kilka pierwszych dni: smarowanie maścią, owijanie folią (żeby farba dobrze się "przyjęła"), delikatne przemywanie wodą z mydłem, unikanie moczenia, opalania i wysiłku, który mógłby wpłynąć na skórę. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, po kilku dniach z tatuażu zejdzie skóra. To wszystko.
Doktor Oj Boli Legendą okazuje się również znieczulenie. Substancje znieczulające mogłyby zareagować z tuszem, rozcieńczyć go albo zmienić kolor. Substancje "zamrażające" skórę mogą dla odmiany skórę ściągnąć, co sprawi, że tatuaż wyjdzie zdeformowany. Zresztą jęczący z bólu czy omdlewający klienci są w studiu tatuażu rzadkością. Podglądając ekspertów przy pracy zerkam kontrolnie na klientów. "Szczypie" komentują najczęściej. Ewentualnie "ciągnie" lub "kłuje". Najbardziej w miejscach, gdzie np. zbiegają się dwa kolory, czyli tam, gdzie trzeba dwa razy wkłuć igłę w to samo miejsce. Z czasem jednak człowiek się przyzwyczaja. Zdarza się, że ludzie w trakcie tatuowania zasypiają. Ani Dawid ani Bartek nie mają też problemu z widzami. Pracują przecież pod czujnym okiem klientów, którzy z ciekawością patrzą im na ręce i czasem zamęczają ich pytaniami.
Ponieważ skóra jest wymagającym tworzywem, nie sposób przewidzieć, ile czasu zajmie wykonanie danego wzoru. - Każdy ma inną skórę, inaczej reaguje. To są bardzo indywidualne sprawy - stwierdzają obaj tatuartyści. Niektóre ze wzorów wymagają kilku sesji, inne są robione "od ręki". Czasem klient nie jest w stanie wysiedzieć i trzeba przerwać sesję. Nie ma tu miejsca na błędy - wymagana jest koncentracja absolutna. Dlatego pracownik studia wykonuje najczęściej dwa tatuaże dziennie. Po długiej pracy, gdy tatuator może wreszcie odsapnąć, czasem rodzi się uczucie, że nawet mózg mu się zmęczył. Z drugiej strony jest to zawód raczej dla pasjonatów, a więc nie ma mowy o "kieracie".
Świńska skóra czy kolega? Nie ma jednej drogi dochodzenia do tytułu mistrza tatuażu. Wspólny okazuje się tylko jeden mianownik - trzeba tatuaże po prostu lubić. Zaczyna się z reguły w domowym zaciszu. Bartek zaczynał jakieś cztery lata temu. Miał już wtedy tatuaż i pomyślał, że sam mógłby taki zrobić. Sprzęt załatwili mu koledzy. Przez miesiąc wprawiał się na kawałku świńskiej skóry, a dopiero potem powoli zaczął trenować na znajomych, którzy mieli świadomość, że to są lekcje i że wzory nie będą najlepszej jakości. Z czasem nabrał wprawy i miał czym się pochwalić. Przez znajomych poznał Darka i został pierwszym członkiem jego zespołu.
Dawid, który zaczynał maszynką zrobioną z walkmana, od razu wprawiał się na znajomych i kolegach, a także na sobie (wykonał sobie kolorowy tatuaż na lewej ręce). W zawodzie jest już 10 lat. Ma za sobą okres pracy w Anglii, gdzie tatuartysta jest uznawany za zawód. Przez jakiś czas pracował za granicą. Wrócił jednak do Polski, bo, jak sam twierdzi, praca była nudna. - W Anglii tatuaże są dużo bardziej popularne. Ale wzory są proste - jakieś symbole, literki, "LOVE". Nudy! - stwierdza. U Darka pracuje około roku.
Chociaż obsługi sprzętu można się nauczyć, to dzisiejszy klient rzadko zadowala się zestawem prostych kresek i kształtów. Większość uznawanych tatuartystów równocześnie projektuje wzory. Do tego zawodu trzeba mieć zdolności artystyczne, samemu rysować, interesować się sztuką. Darek żartuje, że zatrudnia swoich pracowników właśnie jako "artystów rysowników" - bo polskie przepisy ich realnego zawodu po prostu nie uwzględniają.
"Kolorujemy ciekawych ludzi" Amatorów tatuaży nie dzieli się już według jakiegokolwiek klucza społecznego, zawodowego czy materialnego. Są ludzie, którzy wybierają proste, nieciekawe wzory, które wykonuje się niejako "z automatu". Po drugiej stronie są klienci, którzy wybierają skomplikowane motywy i stanowią dla artysty prawdziwe wyzwanie. - Przychodzi do ciebie dziewczyna i mówi, że chce orchideę. Co robisz? - pytam Dawida. - Drukuję kilka zdjęć kwiatka i robię tak, żeby było dobrze - odpowiada. To wymarzona okazja, żeby pójść na żywioł. Z reguły klienci przychodzą jednak z gotowym wzorem. Jeśli wzór jest ewidentnie kiepski, obowiązkiem tatuującego jest delikatnie przekonać klienta do czegoś innego. Zarówno w interesie tatuatora, jak i klienta jest pewność, że wybrany wzór jest najlepszym z możliwych. Dlatego bywa, że ostateczną decyzję poprzedza długa rozmowa między tą dwójką. Siedzący aktualnie na fotelu Dawida klient cierpliwie znosi proces uwieczniania na swoim ramieniu konia. To fragment większego obrazu Waltera Crane'a, który Dawid od dawna chciał wytatuować. Chwycił więc okazję. Sam klient jest wzorem zachwycony. Przyznaje, że wybrał do wytatuowania miejsce łatwe do ukrycia, bo z zawodu jest weterynarzem i w jego środowisku tatuaż nie jest dobrze widziany. A dlaczego koń? - Bo zajmuję się na co dzień końmi i chciałem mieć tatuaż - brzmi odpowiedź. Zdarza się, że klient przynosi zdjęcie widzianego niegdyś wzoru i domaga się takiego samego. - Nie jestem kserokopiarką - irytuje się w takich wypadkach Bartek. Aktualnie pochyla się nad udem klientki, gdzie powoli powstaje wizerunek Pin-up Girl z albumu ze starymi rysunkami. - Przyszłam tu ze zdjęciem gotowego tatuażu - zdradza dziewczyna. - Ale Bartek pokazał mi album z tymi dziewczynami i od razu mi się spodobało. Nawet nie musiał mnie przekonywać. Siła argumentów tatuartystów często miewa wymiar edukacyjny. - Robiąc tatuaż nawiązujesz coś w rodzaju specjalnego kontaktu z klientem. Trochę go poznajesz i wiesz, co będzie do niego pasowało - tłumaczy.
Jeśli tematyka nie jest tu żadnym ograniczeniem, to zdecydowanie jest nim rozmiar detali. Kropka tuszu ma przecież określoną wielkość, podobnie jak w drukarce. Tatuowanie na plecach "Bitwy pod Grunwaldem" nie ma sensu. Nawet jeśli uda się oddać szczegóły, to farba pracuje w skórze i wszystko może się rozmyć. Szukając sensacji pytam z zaciekawieniem o takie "szczególne przypadki". - Nie ma dziwnych tatuaży - brzmi odpowiedź. Bo co ma powiedzieć człowiek, który na co dzień tatuuje owady, zwierzęta, ludzi, napisy, pejzaże, symbole wszelkiej maści i we wszelkich możliwych miejscach? Tatuaż po wewnętrznej stronie ust? Proszę bardzo. Co z tego że nikt go nie zobaczy. - Tatuaż robi się dla samego siebie, nie dla innych - powtarzają jak mantrę pracownicy studia. - Mieliśmy tu miłośnika filmu, któremu tatuowaliśmy twarz Brusa Willisa. Były sceny z "Władcy pierścieni". Z "Sin City" robiliśmy kolaż postaci, ale to raczej pod komiks - wylicza Darek. Bartek dorzucił mi zestaw obrazów: ostatnio Malczewskiego, ale wyzwaniem było też zestawienie "Rozstrzelania" Goi z wizerunkiem obserwującego zajście Napoleona. Są kreskówki, demony, portrety rodziny. Pewien miłośnik militariów uwiecznia na swoje skórze sceny bitew. Darek od razu zastrzega, że są symbole i wzory, których jego studio nie wykona, a także miejsca na ciele, których tatuowania się nie podejmie. - Sami stworzyliśmy sobie taki kodeks. Nie musimy tłumaczyć, dlaczego nie. Po prostu tego nie robimy.
Tatuowanie imienia ukochanej osoby to według nich nie do końca przemyślany pomysł. Unikają też bardzo młodych klientów. - Taki człowiek musi przyjść z rodzicami, a i tak wtedy odradzamy - w tej kwestii nie ma z Darkiem dyskusji. - Tatuaż jest na całe życie. Jak jesteś młody, to różne rzeczy mogą ci strzelić do głowy. A tatuażu wcale tak łatwo nie da się usunąć - tłumaczy. Całkowite usunięcie tatuażu jest kosztowne i bardzo trudne, a tatuaż "na trzy lata" jest zwykłym mitem. Takich mitów jest zresztą wiele, ale tylko jeden potwierdzają profesjonaliści: za pierwszym tatuażem zazwyczaj idzie następny. Jakby posiadanie tatuażu potwierdzało unikalność i wyjątkowość człowieka. Dlatego klienci często decydują się na kolejny wzór, chociaż nie każdy kończy pokolorowany od stóp do głów. Większość tatuaży wciąż powstaje w miejscach łatwo dających się zakryć ubraniem.
Wzór na lokatę kapitału Twórcy tatuaży nie zrzeszają się w żadnym oficjalnym cechu, ale jak każda branża mają własne środowisko, własne konkursy i wewnętrzne plotki. Tatuartystom szczególnie zależy na tym, by statystyczny Kowalski zrozumiał, czym jest tatuaż artystyczny. Starają się to robić poprzez konwenty i specjalne imprezy. Dobrze jest cieszyć się sławą wśród kolegów (oczywiście wyłączając złą sławę), ale jeśli coś miałoby być prawdziwym wyznacznikiem sukcesu to mogłyby o nim świadczyć terminy oczekiwania na sesję. U niektórych znanych artystów zapisy na tatuaż sięgają kilkunastu miesięcy w przód. - Jeśli studio jest gotowe wykonać wzór "od ręki", to może należy zastanowić się, czym to jest spowodowane? Czasem lepiej jest dłużej rozejrzeć się na rynku, ale mieć dzięki temu pewność, że studio do którego idziemy spełni nasze oczekiwania - twierdzi Darek.
Tatuator przyznaje że programy w stylu "Miami Ink", czyli reality show w studiu tatuażu pozwalają obalać mity związane z tatuażem i pokazać sztukę w nowym świetle. Stawiają na zdecydowanych klientów, którzy płacą za jakość. Duży kolorowy tatuaż to wydatek rzędu kilku tysięcy złotych. Ale Darek uważa, że to właściwa cena. - Rozłóż sobie np. cztery tysiące na pięćdziesiąt lat. To inwestycja. Żeby wszystko dobrze wyglądało za te pięćdziesiąt lat.
Zobacz warszawskie studia tatuażu