Opowieści niektórych opiekunów kolonii przyprawiają o ciarki. Większości dorosłych nawet trudno sobie wyobrazić, jakie pomysły mogą wpaść do głowy dzieciakom i młodzieży, która po trudnym roku szkolnym wreszcie wyjeżdża na wakacje. I tu, z dala od rodziców i szkolnej dyscypliny, postanawia się wyszaleć. Czy to harcerski obóz w środku lasu, czy kolonia w ośrodku wypoczynkowym nad morzem - wszędzie można nieźle nabroić, jeśli tylko ma się na to ochotę.
Internetowe Badanie Wynagrodzeń 2009 - ile zarabiają Polacy?
Damian, 31- letni ratownik medyczny z Wrocławia, na obozy i kolonie jeździł przez ostatnie dziesięć lat. - Jako dzieciak sam zawsze jeździłem na kolonie i tak mi zostało. Na wyjazdach byłem i opiekunem, i - w razie potrzeby - ratownikiem medycznym. Przez tyle lat sporo już widziałem - opowiada. Jednym z pierwszych wspomnień, które jako opiekunowi wryły się Damianowi w pamięć, była kolonia na Mazurach. To nie był jego pierwszy wyjazd w charakterze opiekuna. - Dostałem pod opiekę dzieci w wieku 9- 12 lat. Dojechaliśmy, pomogliśmy się im rozpakować w domkach. Spokojnie mijał dzień za dniem, bawiliśmy się z nimi, uczyliśmy pływać, robiliśmy ogniska. Ciągle mieliśmy na wszystkich oko. Aż tu nagle przy podwieczorku okazało się, że brakuje dwóch chłopców. Przeszukaliśmy cały ośrodek, pobliski lasek i nic, ani śladu. Wcięło ich jak kamień w wodę. Z sercem w gardle zawiadomiliśmy policję, postawili na nogi wszystkie służby w okolicy. I co się okazało? Dzieciaki znalazły się we wsi kilometr dalej. 12- latek postanowił pokazać młodszemu koledze, jak tato nauczył go jeździć samochodem i faktycznie ćwiczyli jazdę dużym fiatem u jakiegoś rolnika na podwórku - wspomina Damian. Do tej pory na myśl o tych koloniach uginają mu się kolana. - Po latach opowiadam to jako anegdotę, ale to cud, że ta historia nie skończyła się w prokuraturze, no i że nikomu się nic nie stało - mówi. - Świadomość, że odpowiadasz za zdrowie i życie dzieciaków, jest powalająca. To ogromna, niesamowita wręcz odpowiedzialność.
Casting na wychowawcę Maciej Pająk, szef Klubu Poszukiwaczy Przygód z Gdańska, organizującego wakacyjne wyjazdy i kolonie dla dzieci i młodzieży, niemal co roku poszukuje wykwalifikowanej kadry. Wbrew pozorom, o profesjonalistów w tym zawodzie jest bardzo trudno. - To bardzo odpowiedzialna praca, wymaga skupienia i poświęcenia 24 godziny na dobę, bez chwili wytchnienia. Ludzi dobieramy sami, w wieloetapowej rekrutacji - zdradza.
Klub Poszukiwaczy Przygód oferuje dość niecodzienne wyjazdy - każdy wyjazd ma ściśle określony profil. Są wśród nich obozy hip-hopowe, obozy młodego archeologa, wyprawa śladami Indiany Jonesa lub zajęcia dla miłośników Formuły 1. - Obozowa kadra po prostu musi znać się na tym, czego będzie uczyć dzieci, więc najczęściej zatrudniamy trenerów różnych dyscyplin sportowych i ludzi z pasją, którzy potrafią przy tym świetnie bawić się z młodzieżą - mówi Maciej Pająk.
O dziwo, wśród opiekunów prawie nie ma nauczycieli. - Nie wystarczy być absolwentem pedagogiki, psychologii ani nawet nauczycielem z wieloletnią praktyką, żeby być dobrym wychowawcą kolonijnym. Właśnie nauczyciele są często najbardziej zmęczeni po roku szkolnym i wakacyjny wyjazd z młodzieżą traktują jak okazję do dodatkowego zarobku. Nie angażują się, za to tworzą dystans jak w szkole i w identyczny sposób próbują dyscyplinować młodzież. A nie na tym ma polegać odpoczynek maluchów w wakacje - tłumaczy Pająk.
Bardzo dobrze za to sprawdzają się studenci - dla nich to często pierwsza lub druga praca w życiu, nie są więc zniechęceni, a pełny zapału i uśmiechnięty wychowawca to dla uczestników kolonii prawdziwy skarb. Wiadomo: bezpieczeństwo i dyscyplina przede wszystkim, ale z wakacji trzeba przywieźć dobre wspomnienia, a nie umiejętności równe wojskowej musztrze.
Pomysły z piekła rodem To, czego najbardziej boją się wszyscy wychowawcy młodzieży, to diabelskie pomysły swoich podopiecznych. - Wakacje to czas, kiedy dzieciaki chcą się zrelaksować, ale też mają więcej siły i czasu na wcielanie w życie totalnie odjechanych pomysłów. To żywioł - opowiada Wojciech Konieczny, wykładowca akademicki i doświadczony opiekun kolonijny z Gdańska. Od kilku dni jest już na turnusie z młodzieżą, niedaleko Stegnów. - W całej mojej karierze opiekuna na szczęście nie zdarzyło się nic dramatycznego. Ale były i trudne momenty, i chwile ogromnej radości - wspomina.
Co trzeba zrobić, by najlepiej wejść w rolę opiekuna? - Trzeba przypomnieć sobie, co się robiło i jakie mieliśmy pomysły będąc w wieku tych dzieci. Tak, wiem. Po prostu włos się jeży na głowie - śmieje się. Dzieciaki - według Wojtka - są kochane, ale też żywe, niesforne i chcące wciąż próbować nowych rzeczy. - Wiadomo, że jeśli mam tu np. 17- latków to prędzej czy później będą próbowali sięgnąć po alkohol. A na to nie możemy sobie pozwolić - mówi. Co zrobi, gdyby odkrył pijanego ucznia? - Telefon do domu, od razu. Młody człowiek musi mieć świadomość, że nie będę pobłażliwy dla takich wyskoków, ale - z drugiej strony - że jestem tu po to, żeby czegoś go nauczyć i zagwarantować mu niezapomniany wypoczynek.
Częstym pomysłem na koloniach jest też wymykanie się pod osłoną nocy do pokoju kolegów czy na spacer po okolicy. Ale wychowawcy są przygotowani i na tajne plany wypadów do miasta. - Niby nic takiego, ale nikt nie może tu zostać bez naszej opieki. Dotyczy to i zwykłego przechodzenia przez ulicę, i snu w nocy - mówi Wojtek.
Błogosławieństwem każdego opiekuna są dziś telefony komórkowe. O ile jest je gdzie naładować, bardzo pomagają w kontrolowaniu wychowanków. Na początku wyjazdu po prostu opiekun zbiera je od wszystkich i w razie potrzeby natychmiast lokalizuje danego delikwenta. Pomocne wychowawcom okazują się też listy od rodziców, wręczane przed wyjazdem. - Często piszą w nich to co wiedzą o dziecku: że boi się ciemności, albo że jest nadpobudliwe, albo że nie potrafi pływać. Każda taka informacja jest dla nas cenna, bo nie sposób w ciągu kilku godzin poznać wszystkich kolonistów - opowiada wychowawca. Wyjazd z obcą grupą bywa tym trudniejszy, im mniej powiedzą o nastolatkach rodzice. - Niektórzy wiedzą, że dziecko bywa na przykład agresywne, ale nie mówią nam tego, bo się obawiają, że nie zabierzemy go na ten wyjazd. A później dzieciak zaczyna nam szaleć i zanim dowiemy się, o co chodzi, już dochodzi do nieprzyjemności.
Lato i burza hormonów Jednak od tego, czego najbardziej boją się opiekunowie nastolatków, nie uchronią ani listy od rodziców, ani znajomość grupy wychowanków. - Seks na wakacjach to chyba najdrażliwszy temat, jaki można poruszyć - mówi Daniel, wrocławski wychowawca. W ciągu dziesięciu lat wyjazdów aż kilkanaście razy zdarzyło mu się interweniować w delikatnych sytuacjach. - Z jednej strony to młodzi ludzie, często już na progu dorosłości i trudno zabronić im chodzenia za rękę czy przytulania się. Ale seksu pod namiotem już tolerować nie można - mówi stanowczo.
Najtrudniejszą sytuację związaną z burzą hormonów u nastolatków przeżył trzy lata temu. - Podczas wieczornego obchodu kolonii w pokoju dwóch dziewczyn zastałem jedną z lokatorek w objęciach kolegi z obozu. Nie tylko się nie speszyli, ale poprosili, żebym im nie przeszkadzał i że będą uważać - śmieje się Damian. - Nie wnikałem, czy to bezpieczny seks, czy nie. Dostali pięć minut na ubranie się i warunek, że przy następnym razie zostaną odesłani do domów.
Harcerze - od lat na topie Instruktorzy harcerstwa od lat uznawani są za najlepszych opiekunów młodzieży. Wakacyjne wyjazdy to dla nich chleb powszedni. - Zarówno, jeśli chodzi o przepisy, jak i metody wychowawcze, nie mają sobie równych - potwierdza Maciej Pająk. - Zatrudniamy ich, gdy tylko mają dla nas czas. Druhna Maria Lubryka, komendantka hufca ZHP we Wrocławiu, o letnich obozach opowiada na luzie i z pasją. Organizuje je już od 30 lat. - Boże, już tyle? - śmieje się. - Fakt, że o trudna praca, ale gdy się ją lubi, chętnie poświęca się na to czas.
Zuchy i harcerze z wrocławskiego hufca wyjeżdżają na obozy przynajmniej raz w roku. Najczęściej to tradycyjny obóz - pod namiotami, w lesie, z prowizorycznymi toaletami i bez prądu. - Stałą bazą są tylko natryski i kuchnia, w niektóre miejsca doprowadzony jest też prąd, żeby było jasno i bezpiecznie, ale dla przeciętnego mieszkańca miasta takie warunki to i tak niezły surwiwal - śmieje się.
Chociaż tradycje harcerskie są powszechnie znane, rodzice mają coraz większe wymagania co do warunków, w jakich ich dzieci będą spędzać wakacje. - Zdarzają się pretensje, że dzieci nie mają gdzie naładować telefonów komórkowych i po paru dniach nie można się do nich dodzwonić. Jedna mama postanowiła też w tym roku nie puścić córki na obóz, bo dowiedziała się, że toaletami będą przenośne budki toi-toi - opowiada druhna. - Są też tacy, którzy żądają, by ich dziecko nie musiało np. sprzątać w namiocie albo uczestniczyć w obowiązkowych dyżurach w kuchni. A to bardzo utrudnia nam potem działanie na obozie.