Kto zarabia najwięcej? - Wypełnij ankietę!
Marcin Lisowski służbę w Bieszczadzkim Oddziale Straży Granicznej (BiOSG) pełni już dziewiąty rok. Zanim jednak zdecydował się założyć mundur, uczył języka angielskiego. - Po studiach bez problemu znalazłem pracę jako anglista. Nieźle zarabiałem, ale szybko okazało się, że to nie jest zawód dla mnie. Praca według szablonu, wszystko z góry ustalone, każdy dzień taki sam. Zdecydowałem się więc złożyć wniosek o pracę w służbach granicznych - mówi. I niemal od razu pojawiły się wyzwania, a pierwszym był już sam długi proces rekrutacji. Trzeba było bowiem zdać testy psychologiczne, zaliczyć języki obce, wyczerpujące testy z WF-u, a przy tym wszystkim nazbierać taką liczbę punktów, żeby pokonać konkurentów.
Góry moje, wierchy moje... Dziś Lisowski w stopniu porucznika kieruje grupą służby granicznej w Stuposianach, której funkcjonariusze ochraniają zieloną granicę od źródeł Sanu po miejscowość Smolnik. Nazywa ten teren "polsko-amerykańskim Dzikim Zachodem", bo to około 60 km dzikiego terenu, praktycznie niezamieszkałego. W większości miejsc brakuje dróg, praktycznie wszędzie, więc funkcjonariusze muszą dojść pieszo, a w zimie na nartach lub rakietach śnieżnych. - Często bazujemy na tradycyjnych metodach indiańskich, takich jak czytanie śladów. Bo u nas też każdy ślad ma jakąś indywidualność. Musimy dociec, kto go na obszarze chronionym mógł zostawić: pogranicznik, drwal, turysta, czy osoba próbująca nielegalnie przekroczyć granicę - mówi Lisowski. Tłumaczy, że obecność takich śladów na odcinku od rzeki San do 15 metrów w głąb Polski oznacza, że ktoś złamał prawo, a to wykroczenie podlega już ściganiu.
W górzystym i mocno zalesionym odcinku naszej granicy taki pościg może trwać nawet dwa dni. - Ktoś, kto przekroczy granicę bliżej przejścia, wsiądzie w samochód i już go nie ma. U nas jest taki teren - nie ma dróg, nie ma samochodów, więc ten człowiek musi dotrzeć do jakichś siedlisk ludzkich i tam szukać środka transportu do dalszej ucieczki. Jest to bardzo trudne zadanie, dlatego my musimy maksymalnie wykorzystać ten czas, żeby taką osobę wytropić i dogonić. Obrazek jak z dzikiego zachodu - porównuje porucznik.
Podkreśla, że w tej pracy ważna jest odporność na zmienne warunki atmosferyczne. Służba trwa kilka, czasami kilkanaście godzin: we mgle, deszczu, śniegu, czy na mrozie. - Zima to dla nas bardzo ciężki okres z punktu widzenia pracy fizycznej - bardzo trudno się wtedy chodzi, ale mamy stosunkowo mało przekroczeń, mało kto porywa się wtedy w góry. Musiałaby to być osoba bardzo mocna fizycznie, znająca się na nawigacji, licząca się z możliwością, że ją po prostu po śladach dogonimy na skuterze - mówi pogranicznik.
Prawdziwe "żniwa" zbierają latem. Od wiosny do jesieni strażnicy zauważają zwiększoną działalność grup przestępczych. Jak mówią, nie są to raczej przemyty towarów akcyzowych, bo to domena przejść granicznych. Na zielonym odcinku granicy najczęstszym zjawiskiem jest przemyt ludzi. - Pojedyncze przypadki zazwyczaj nie są groźne. Większe zagrożenie stanowią zorganizowane grupy - tam już idą uzbrojeni przewodnicy, którzy są członkami grup przestępczych - wyjaśnia Lisowski. Ludzie, których prowadzą przestępcy, są podczas zatrzymania spokojni; problem stanowią organizatorzy przerzutu. Niejednokrotnie dochodzi do użycia broni palnej, a walka wręcz jest na porządku dziennym. - Krótko mówiąc, trzeba taką grupę wytropić, gonić (bywa, że nawet przez dziesięć godzin), a potem jeszcze "stoczyć walkę" z organizatorem, doprowadzić na placówkę i oddać pod pieczę prokuratury - mówi strażnik.
Potrzebna jest również odporność psychiczna, bo, jak mówi Lisowski, może się zdarzyć, że zostaje się samemu w górach, gdzie czasami nie ma łączności i można liczyć już tylko na siebie. Zwłaszcza, że nie tylko przemytników spotykają na swojej drodze pogranicznicy. Zdarzają się perypetie z... niedźwiedziami. Każdy strażnik tego doświadczył, nie ominęło nawet żołnierza służby kandydackiej, który w straży granicznej odrabiał wojsko. - Chłopak pełnił patrol wzdłuż granicy, zszedł do parowu, gdzie po posiłku odpoczywał niedźwiedź. Napędził mu niezłego stracha - wybudzony ze snu zwierz wyskoczył spod świerka, zrobił w powietrzu półobrót i stanął przed nim na dwóch łapach. Komendant pobladł, gdy żołnierz zgłosił, że nie ma drogi ucieczki, a broń się zacięła. Wszyscy odetchnęli dopiero, gdy po dłuższej chwili ciszy chłopak ponownie się zgłosił mówiąc, że zwierz po prostu odszedł - opowiada. - Każdego dnia funkcjonariusz straży pobiera broń oraz zadanie do służby, ale nigdy do końca się nie wie, co się stanie. Idzie w nieznane, z drugim człowiekiem i dlatego tak ważne są relacje ze współpracownikami - podkreśla pogranicznik.
Ludzie są tutaj szczerzy, bo idąc wspólnie na kilkunastogodzinną służbę nie mogą się na siebie gniewać. Zdają sobie sprawę, że ich życie może zależeć od współtowarzysza. - Tutaj można jeszcze spotkać prawdziwych ludzi. W ośrodkach miejskich, jak mnie życie nauczyło, jeśli się nie ma czegoś na papierze, to się tego w ogóle nie ma. U nas liczy się słowo, a jeżeli ktoś kogoś okłamie, nie dotrzyma danego słowa, okaże się słaby w danej sytuacji, to w zasadzie nie ma tu już czego szukać - mówi porucznik. I dodaje: - Praca na zielonej granicy to bardzo ciężki chleb. Jest w tym pewna romantyka, bo mało kto ma szczęście oglądać tak często wschody czy zachody słońca albo gwieździste niebo w nocy. Ale są też momenty tragiczne, jak na przykład śmierć dzieci Kamisy. Gdybyśmy nie mogli - ja czy mój kolega - liczyć na siebie nawzajem, to pewnie i nam przyszłoby umrzeć w tych górach - mówi Lisowski.
Wietnamczycy w kukurydzy Na tak trudnym terenie, jakim są Bieszczady, dużym wsparciem dla funkcjonariuszy z zielonej granicy są koledzy służący w lotnictwie. W większości są to osoby związanie z lotnictwem bardzo długo. W pracy nad granicą umiejętności i kwalifikacje łączą ze swoją największą pasją - lataniem. Tak jest w przypadku pilota Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej, Ryszarda Jamrozka. - Lotnictwem interesowałem się od zawsze i tak naprawdę przypadek sprawił, że gdy lotnictwo trafiło do straży granicznej, oferta takiej pracy wydała mi się na tyle kusząca, że ze swojej pasji postanowiłem uczynić zawód. Fotel dyrektora rzeszowskiego aeroklubu zamieniłem na patrole graniczne - opowiada kapitan.
Od dziesięciu lat jego codzienna praca polega na obserwacji terenu z góry i przekazywaniu informacji o wszelkich ruchach w samej linii granicznej oraz terenach przyległych. - Załogę dyżurną tworzy pilot, mechanik i operator, którzy oprócz tzw. lotów planowych w oparciu o informacje wydziału granicznego i poszczególnych placówek, wykonują loty doraźne, kiedy trzeba prowadzić jakieś poszukiwania bądź obserwacje - mówi Jamrozek. Cały lot i prowadzona obserwacja odbywają się z użyciem kamer, wszystko zapisywane jest na taśmach VHS. Aby możliwe było zarejestrowanie nielegalnych ruchów na granicy lub, na przykład, zrzutu papierosów z pociągu, niezbędny jest odpowiedni sprzęt noktowizyjny i termowizyjny. - Żeby skuteczność tych urządzeń była w nocy jak najwyższa, loty nie mogą odbywać się na dużych wysokościach - tłumaczy Jamrozek.
Dlatego tak ważne są umiejętności pilotów. - Większość nocnych lotów, gdy z kabiny kompletnie nic nie widać, odbywa się według wskazań przyrządów pokładowych. Bieszczady to trudny teren - zalesiony, pagórkowaty - generalnie dość skutecznie utrudnia nam to pracę - wyjaśnia.
Dzikie tereny są natomiast prawdziwym rajem dla osób pragnących przekroczyć granicę. Bez pomocy lotnictwa trudno byłoby wyłapać takie nielegalne próby. Tak było w przypadku grupy Wietnamczyków, których jakiś czas temu zatrzymali funkcjonariusze straży granicznej. - Z góry całkiem ciekawie to wyglądało. Ukryli się na polu kukurydzy, która rosła tak gęsto i była tak wysoka, że z ziemi nie było szans, żeby ich zobaczyć - wspomina Jamrozek. - Musieliśmy więc z góry nakierowywać funkcjonariuszy. Kryjówka była tak dobra, że jeden z nich za pierwszym razem minął poszukiwanych. Udało się ich złapać po naprawdę precyzyjnych wskazówkach z naszej strony - wspomina pilot. Podkreśla jednak, że wyłącznie z samolotu nie dałoby się chronić granicy - lotnictwo jest tylko jednym z elementów ochrony.
Stemple pod szczególnym nadzorem Innym elementem ochrony jest dobrze znana wszystkim przekraczającym granicę odprawa paszportowa. Na przejściu z Ukrainą w Medyce taką funkcję pełnił starszy chorąży Jacek Szumełda, obecnie pracujący w sekcji statystyk analiz i informacji BiOSG. - Jeśli chodzi o to akurat przejście, to naprawdę sporo się tutaj dzieje. Jest duży ruch osób, duży ruch środków transportu - nasza dwunastogodzinna służba jest naprawdę wyczerpująca - mówi. Wymagana jest stuprocentowa koncentracja: trzeba z jednej strony zwracać uwagę na sprawdzane dokumenty, a z drugiej - mieć baczenie na to, co się dzieje dookoła. Czy ktoś nie próbuje dokonać jakiegoś przekroczenia bezpośrednio w przejściu, czy nikt nie awanturuje się lub nie łamie innych przepisów porządkowych w przejściu.
A przejście w Medyce jest specyficzne. Oprócz drogowego i pieszego, podlega mu jeszcze przejście kolejowe w Przemyślu, gdzie odbywa się ruch towarowy i osobowy. - O ile po wprowadzeniu w ubiegłym roku obostrzeń w przepisach o ruchu granicznym ruch pieszy nieco się zmniejszył, o tyle pod względem środków transportu przekraczających granicę Medyka zdecydowanie przoduje nad innymi przejściami podlegającymi BiOSG - mówi.
Jednym z najczęściej obserwowanych przez kontrolerów wykroczeń bezpośrednio na przejściu są fałszerstwa dokumentów. - Podrobionych bądź przerobionych paszportów oraz sfałszowanych wiz jest stosunkowo mniej w porównaniu z fałszerstwami związanymi z odciskami stempli kontroli granicznej. Jak zauważa Szumełda, mieszkańcy zza naszej wschodniej granicy, m.in. z Ukrainy i Mołdawii chcą w ten sposób ukryć, że przedłużyli sobie legalny pobyt krajach UE. - Kontroler podczas służby ma w rękach setki dokumentów, które musi przekartkować. Wprawne oko bez problemu wyłapie rzeczy, które podważają prawdziwość dokumentu. Zdarzają się, oczywiście, przypadki łatwe do wychwycenia, gdy dokumenty rażąco różnią się od oryginału, niektóre jednak są naprawdę "dobrze wykonane" - mówi Szumełda.
Zauważa, że na zielonej granicy praca jest spokojniejsza o tyle, że przekroczeń nie ma aż tak dużo. - Tutaj, na przejściu, na odprawie paszportowej nie ma chwili wytchnienia. Musi być naprawdę wielkie święto, żeby był względny spokój. A tak to bez względu na to, czy jest piątek czy poniedziałek, godzina ósma czy północ, cały czas trwa ruch, cały czas musi być koncentracja - mówi. Szumałda podkreśla jednak, że taki rodzaj służby ma również swoje dobre strony - dzięki uregulowanemu, zmianowemu trybowi pracy łatwiej zaplanować coś w życiu prywatnym.
Julia, księgowa: "Zmieniłam pracę mimo kryzysu" - Kogo stać na zmiany?