Dyktatura dobrego smaku: Magda Gessler Gdyby opisać Magdę Gessler za pomocą smaków, z pewnością byłaby to mieszanka kulinarnie niełatwa. Jej temperament być może dobrze określałoby połączenie pikantnej papryczki z najdelikatniejszą śmietanką z Wyszkowa, nie znoszącej sprzeciwu gorzkiej czekolady z prawdziwie soczystą pomarańczą. Gdy rozmawiamy w ogródku restauracji "U Fukiera", Magda Gessler ma oczy dookoła głowy. Wita gości, opowiada o gotowaniu, musztruje kelnerów i zastanawia się nad hiszpańskimi ewolucjami politycznymi w dwudziestym wieku. Jedynie znajomość jej pogmatwanych losów ułatwia w miarę szybkie odnalezienie się w mozaice wrażeń.
Malarka z wykształcenia, artystka w dziedzinie kulinarnej z zamiłowania, w latach 90. zdobyła w Polsce renomę jednego z czołowych restauratorów. Sukces przejętej w 1991 roku "U Fukiera" powtórzyły kolejne - m.in. warszawskie restauracje "Zielnik", "Słodki słony", "AleGloria", "Polka" czy poznańska "Bażanciarnia". Zanim Magda Gessler wróciła do Polski, zmierzyła pół świata, a lata młodości spędziła w Hiszpanii. - Wróciłam do Polski przez przypadek, po śmierci pierwszego męża. Właściwie zawsze lądowałam gdzieś przez przypadek, przez czyjąś pracę, najczęściej dziennikarską, bo męża i ojca. Powrót do Polski z patriotyzmem nie miał więc zbyt wiele wspólnego - śmieje się Gessler.
Definicja patriotyzmu Magdy Gessler wykracza zresztą ponad przeciętne pojęcie. - Czasami czuję się jak Don Kichot - bo walką z wiatrakami jest przekonanie Polaków do tego, by wreszcie polubili i siebie, i swoją kuchnię. Na przykład produkty naturalne. Dlaczego nikt nie korzysta z faktu, że cała Lubelszczyzna i Polesie nie są użyźniane chemicznie, bo nie ma na to pieniędzy? Przecież to w całym świecie uważane jest za potężny atut, i drogo się sprzedaje - dziwi się artystka. Za patriotyczne uważa podkreślanie swoich atutów, zwycięstw, choćby w obrębie kuchni. Tymczasem w Polsce, jak mówi, panuje tendencja, której nie lubi - do gloryfikowania nieszczęść. - Takie gloryfikowanie pomaga usprawiedliwiać błędy, a tych się przecież nie usprawiedliwia, tylko czerpie z nich naukę - uważa Gessler.
W kuchni Magda Gessler promuje więc powrót do tradycji, naturalności, do sposobów rodem z domów mam i babć. Na przykład do powolnego gotowania, które wymaga więcej nakładu czasu i energii, ale jest antyrakotwórcze i polepsza smak potraw. - W moich restauracjach proponuję też swoistą psychoterapię poprzez stół: stwarzam warunki do głębokiej rozmowy. Zauważyłaś, ile par w restauracjach siedzi i milczy? A przecież wygadania się, wypłakania czy pochwalenia potrzebujemy jak powietrza- mówi Magda Gessler. Jej zdaniem odchodzenie od tradycji wspólnych posiłków to choroba, która przyczynia się do rozbijania rodzin i trawi społeczeństwo.
Definicja sukcesu? - Nie myśleć o nim usilnie, po prostu skupić się na pracy. W ogóle uważam, że trzeba być trochę autystycznym, żeby cokolwiek osiągnąć. Bo sztuką jest zamknąć się na negatywne bodźce, na słowa nieżyczliwych ludzi, gesty fałszywych przyjaciół, którzy są krótko i szybko się zmywają. Nie wiem, czy gdybym wiedziała w młodości, jak trudna droga przede mną, podjęłabym to samo wyzwanie - mówi Magda Gessler.
A motywacja? Co zrobić, gdy zanika? - Nie mam z tym chyba problemu. Mam za to prawdziwy problem z tym winem. Michał - zwraca się do młodego kelnera - podaliście mi "Nowy świat", albo "Barcelonę". Przecież wszyscy wiedzą, ja tego nie lubię, nie lubię ciężkich win! Prosiłam o lekkie - uśmiecha się z wyrzutem i władczym gestem wskazuje na kryształowy kieliszek. Kelner błyskawicznie realizuje polecenie. Gessler się uśmiecha. - Lubię z nimi pracować. Właściwie wszyscy, z którymi pracuje, są młodsi. Czasami wydaje mi się, że z młodymi ludźmi mam lepszy kontakt niż ze starszymi - przyznaje Magda, prywatnie matka 19-letniej Lary i 25-letniego Tadeusza.
Restauracja jest zdaniem Magdy Gessler teatrem perfekcyjnym: smak, zapach, dźwięk, światło, kolor, emocje wynikające z przebywania z innymi ludźmi. Moim zadaniem jest zadbać o oprawę, aby to, co działo się na talerzu, smakowało jeszcze lepiej - tłumaczy Gessler. Toteż zawsze, gdy zaprasza gości, proponuje im uprzednie "hodowanie głodu". - Zawsze uważałam jedzenie czegokolwiek przed przyjściem do mojej restauracji za grzech. Powinni wyciszyć żołądki, by otworzyć je na nowe doświadczenia - mówi Magda Gessler. W chwilę później podrywa się z wiklinowego fotela i po hiszpańsku - i z iście, dodajmy, hiszpańskim temperamentem - wita grupę turystek z Madrytu. Właśnie szukają słynnej restauracji, w której swego czasu gościł ich król. Nie mogą uwierzyć, że rozmawiają z główną inicjatorką tamtej wizyty.
Magda Gessler ma głowę pełną pomysłów. Maluje, pisze, projektuje len i żakardy w Żyrardowie. I zakłada. Po pierwsze - własny portal. Chociaż sama nie korzysta z Internetu ("no coś ty, chyba by mnie pochłonął!"), z pomocą specjalistów tworzy właśnie autorski portal poświęcony sztuce życia i kreowania obrazów i wnętrz. Po drugie, chciałaby założyć ośrodek kultury myśliwskiej dla ludzi i dla zwierząt w puszczy, około 600 km od Toronto. Potem knajpka ze świeżymi sokami na plaży w Gwatemali, a w międzyczasie patriotyczne przedsięwzięcia w Polsce. A potem
Życie jej nie zdziwi. Nie ma szans. Chociaż od czasu do czasu, dla zdrowia, z przyjemnością mu na to pozwoli. - Ostatnio na festiwalu kuchni w Toronto zdziwiło mnie foie gras podane w panierce. I sałata z żółtych i czerwonych buraków. I może jeszcze krem z surowego, zielonego groszku - z namysłem wymienia Gessler. I przez chwilę milczy.
Drżyjcie na myśl o przyszłej rozkoszy, stali bywalcy " U Fukiera".
Kurs na klasykę: Jędrzej Wittchen Kiedy w 1990 roku na półkach w ekskluzywnych sklepach pojawiły się pierwsze produkty marki Wittchen, nikt nie zastanawiał się, skąd pochodzi ta elegancka galanteria skórzana. W obliczu boomu na wszystko, co zachodnie, sprzedawcy nawet nie kwapili się z wyjaśnianiem, że Wittchen to dzieło Polaków. - Sprzedaż rosła, gdy klienci dowiadywali się, że firma jest niemiecka, włoska, austriacka lub angielska. To przekonanie utarło się do tego stopnia, że do tej pory spotykam się z osobami zaskoczonymi faktycznym stanem rzeczy - śmieje się Jędrzej Wittchen, założyciel firmy i główny sprawca markowego zamieszania. W rok po przemianie ustrojowej wpadł na śmiały pomysł wpisania w logo firmy własnego nazwiska. - Podpisanie się pod własnym wyrobem było najlepszą decyzją biznesową, jaką podjąłem w tamtym czasie - mówi dzisiaj Wittchen.
Ale najważniejsza decyzja w życiu prezesa zapadła nieco wcześniej, bo już w latach siedemdziesiątych. Portfel ze szlachetnej skóry, który jako 10-latek otrzymał od ukochanego dziadka, obudził w nim absolutne zamiłowanie do galanterii skórzanej. Reszta była już tylko kwestią czasu. Dzisiaj Jędrzej Wittchen jest jednym z najznakomitszych polskich przedsiębiorców i niekwestionowanym liderem na rynku galanterii skórzanej. Nie martwi się o przyszłość swojego produktu - jak podkreśla, klasyka nigdy nie wyjdzie z mody, a atrybuty dobrej marki (jakość, elegancja i oznaka pozycji społecznej) zawsze znajdą swojego klienta.
W tej chwili firma rozwija rynki w Rosji, Białorusi i na Ukrainie, zamierza również wkroczyć na rynki zachodnie. Gdy Jędrzej Wittchen przedstawia się, wyraźnie akcentuje polską wymowę niemiecko brzmiącego nazwiska. - Pochodzę z małej miejscowości na zachodzie kraju, która w czasie wojny leżała po stronie niemieckiej. Mój dziadek był Niemcem, ale zmienił obywatelstwo na polskie - uśmiecha się Wittchen. Przyznaje, że wierzy w paradoksy losu. Dzięki uporowi i zdolnościom organizacyjnym już w czasie studiów geograficznych w latach 80. zjeździł cały świat. Chociaż zdobycie paszportu i zgody na wyjazd w celach naukowych kosztowało go sporo cierpliwości, dzisiaj o tamtych doświadczeniach opowiada z sentymentem. - Wyjazdy trwały długo - kilka miesięcy, nawet kilka lat. Zaczynały się od pracy, bo oczywiście nie mieliśmy wcześniej środków, by w całości je sfinansować - wspomina Wittchen. Pracował więc przy zbiorach owoców i warzyw, a w krajach azjatyckich - w biurach podróży, gdzie obsługiwał klientów z Europy. Żył za kilka dolarów dziennie. Jak twierdzi, to właśnie ten moment w życiu ugruntował w nim wiarę we własne możliwości i odwagę do pokonywania barier. - Myślę, że najważniejsze życiowe obserwacje poczyniłem podczas tamtych wypraw. Dlatego dziś zachęcam młodych ludzi do tego, by pakowali plecaki i odważnie wyjeżdżali w nieznane - mówi prezes.
Wypracowana odwaga przydała się później, gdy w trudnych biznesowych sytuacjach musiał podejmować szybkie decyzje. - Właściwie nigdy nie planowałem długofalowych działań - po prostu korzystałem z okazji, które podsuwała mi chwila i nie bałem się podejmowania często skrajnych decyzji - mówi Wittchen. Porażki? Pamięta tylko tyle, że były, ale nie potrafi ich wymienić. Twierdzi, że są trwale wpisane w sukces - bo bez porażek nie byłoby konieczności szukania nowych rozwiązań. - Sukces realizuje się w drodze do kolejnego celu, który sobie stawiamy. Sukcesem nie jest jego osiągnięcie, lecz osiąganie - tłumaczy Wittchen.
W życiu spełnił wszystkie swoje młodzieńcze marzenia: o rodzinie, karierze i podróżach. Teraz - jak mówi - cieszy go to, co osiągalne dla wszystkich. - Nie kolejny samochód czy super wyjazd, ale zabawa z synkiem, patrzenie, jak rośnie. Codzienne zaangażowanie w rozwój firmy i dobro rodziny - to jest to, co daje mi poczucie spełnienia - dodaje.
Przeznaczony sukcesowi: Maciej Koper Siódma rano: krótka modlitwa, szklanka wody i skok na bieżnię. Maciek Koper nie lubi monotonii, dlatego tym razem będzie to bieg z dawką wiedzy z zakresu rozwoju osobistego. Włącza więc nagranie
szkolenia po angielsku, biega i powtarza słówka. Trzy czynności w ciągu godziny, które rozwijają i nakręcają go pozytywnie na cały nadchodzący dzień. Bo w życiu Maćka, pomysłodawcy i współzałożyciela Przeznaczeni.pl - serwisu randkowego skupiającego singli-katolików - było tak, odkąd pamięta. Nigdy nie poprzestawał na jednym. - Jeśli chcemy wyjątkowego życia, musimy mieć bezczelną odwagę, by marzyć - uważa Koper. Kilka lat temu wymarzył miejsce w sieci, które ułatwiałoby młodym, zabieganym katolikom znalezienie swojej drugiej połowy. Wraz ze znajomymi założył serwis, w którym podstawowym warunkiem udziału jest chęć budowania swojego życia na wartościach chrześcijańskich. Portal zasilają więc głęboko wierzący, praktykujący, poszukujący lub przeżywający duchowy kryzys - nieważne, na jakim etapie życia religijnego, ważne, że stawiający na wartości i świadomi tego, że zasługują na rodzinne szczęście. - Życie jest zbyt krótkie na zastanawianie się, czy na nie zasługujemy - trzeba brać pełnymi garściami i dawać je innym - uważa Maciek Koper. Tę ostatnią misję ekipa Przeznaczeni.pl już od czterech lat realizuje z sukcesem. Statystyki przekroczyły oczekiwania niedowiarków: w serwisie zalogowało się dotąd blisko 150 tysięcy użytkowników, z czego 519 par jest zaręczonych, 245 par - po ślubie, a 1134 osoby pozostają w stanie permanentnego zakochania.
Serwis zdążył obudzić kontrowersje - z katolickiego profilu pokpiwali niewierzący, a sami katolicy zarzucali Przeznaczonym.pl organizowanie przetargów na miłość. Krytyka wzmogła się, gdy Maciek zdecydował o wprowadzeniu płatności za korzystanie z serwisu. Nie przejął się jednak, bo - jak twierdzi - krytykantom jeszcze nigdy nie wystawiono pomnika. - Nie wiem, skąd w Polsce przekonanie, że jeśli w jakimś przedsięwzięciu chodzi o wartości, to powinno być bezpłatne. Jeśli dajemy ludziom produkt, który odmienia ich życie i zależy nam na jego jakości, jest zupełnie jasne, że powinni za to zapłacić. To dokładnie tak, jak z wyjazdem na pielgrzymkę - jedziesz po przeżycia duchowe, ale jej organizacja kosztuje - tłumaczy Maciek.