Wcale nie zmieniłam zdania o agencjach pośrednictwa. Ale, jak to w życiu bywa, wszędzie znajdą się czarne owce. - Nieuczciwe biuro pośrednictwa pracy z Wrocławia zajmujące się zatrudnianiem polskich pielęgniarek we Włoszech naraziło mnie na koszty, na okres kilku lat zablokowało mój rozwój zawodowy - opowiada Barbara Myśliwa-Nowicka, wieloletnia położna. - Próbowałam dojść swoich racji w sądzie. Udało mi się odzyskać tylko pieniądze, które wpłaciłam, żeby nostryfikować dyplom zawodowy, bo tego firma nie zrobiła. Nie udało mi się udowodnić, że zostałam oszukana, i uzyskać odszkodowania.
Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń 2009 - ile zarabiają Polacy? Porównaj swoje wynagrodzenie
Myśliwa-Nowicka pokazuje dokumenty i wyrok sądu. Zwraca uwagę na błędy popełnione przez adwokata. - Nie zgłosił moich świadków, bo nie poszedł na pierwszą rozprawę i mnie o niej nie powiadomił. Mam na to dowody. Izba adwokacka prowadziła postępowanie dyscyplinarne w tej sprawie i przyznała mi rację. Nawet musiał oddać honorarium - opowiada położna. - Tylko co z tego, skoro miało to negatywny wpływ na postępowanie sądowe. Sprawa była rozpatrywana w trybie uproszczonym, więc nie mogłam się odwoływać.
W 2004 r. moja rozmówczyni postanowiła poszukać pracy za granicą. To były szczególnie trudne czasy dla służby zdrowia i finansowo dla niej samej. - Firma, którą znalazłam, reklamowała się nie tylko w internecie, ale i w biuletynie Izb Pielęgniarek i Położnych. Wyglądało na to, że jest rzetelna. Skontaktowałam się z nimi. Zapewniali, że załatwiają prace pielęgniarkom i położnym w zawodzie, organizują
kursy języka włoskiego oraz pośredniczą w przeprowadzaniu całej procedury uznania przez włoskie ministerstwo zdrowia wykształcenia i praktyki zawodowej kandydatki. Teraz też taka informacja jest na stronie internetowej agencji - pani Barbara podkreśla słowo "teraz". - Dlaczego to słowo jest takie ważne? - pytam. - Bo ich oferta się zmieniła. Wtedy szefowa agencji nie zwracała uwagi na to, że pielęgniarka nie ma wyższego wykształcenia tak jak ja. Przyjmowała na kursy i obiecywała pracę także położnym. My przecierałyśmy drogę. Nam obiecywano wszystko.
Rzeczywiście w obecnej ofercie jest szereg warunków, jakie musi spełniać pielęgniarka: dyplom wyższej uczelni, i to nostryfikowany, znajomość języka włoskiego, prawo wykonywania zawodu, wpis do włoskiej izby zawodowej. - Pięć lat temu zapewniano mnie, że wszystko jest do załatwienia. Moje wykształcenie zawodowe i praktyka miały być wystarczające dla włoskiego ministerstwa zdrowia. Przez półtora roku chodziłam na kurs włoskiego. Oczywiście tylko ze względu na przyszłą pracę. Wydałam na to ponad 2 tys. zł. 800 zł zapłaciłam za nostryfikację dyplomu pielęgniarskiego. Potem okazało się, że muszę mieć dyplom wyższej uczelni albo odbyć dwuletnią praktykę i zdać egzaminy we Włoszech. Agencja zasłaniała się unijnymi rozwiązaniami prawnymi.
Po dwóch latach położna zażądała zwrotu pieniędzy. Nie było pracy i nostryfikacji. Złożyła doniesienie do prokuratury. - Chyba narobiłam zamieszania, bo w grudniu 2006 r. obiecano mi pracę już od stycznia. Miałam zarabiać 1600 euro, ale to był jedyny konkret, jaki usłyszałam. Miałam się zwolnić z pracy i czekać na wyjazd. Całe szczęście, że wzięłam tylko
urlop bezpłatny. Potem minął termin obiecanego wyjazdu. Pani Barbara ostro zareagowała. - Szefowa agencji powiedziała mi, że mają dla mnie pracę opiekunki nad staruszką, ale na czarno. Tylko mam wycofać doniesienie z prokuratury. Ona stawiała mi warunki! Wiedziała, że jestem w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Bez pracy i z dzieckiem na utrzymaniu. To wyjątkowa podłość.
Po pierwszej rozmowie z położną skontaktowałam się z właścicielką agencji. Wysłałam pytania. Odpowiedź na zarzuty nie przyszła do dziś. Dostałam jedynie maila z kontaktami do pań zadowolonych z pracy we Włoszech. - Na pewno i takie są - komentuje pani Barbara. - Na kursie włoskiego było wiele pielęgniarek. Natomiast dostałam list od dziewczyny, z którą utrzymywałam stały kontakt w trakcie kursu. Pisała, że wcale nie pracuje jako pielęgniarka, tylko jako opiekunka w domu pomocy społecznej za marne pieniądze. Sama musiała postarać się o to, by zmienić pracę. Agencja wcale jej nie pomagała. Ma pani na to wszystko świadków i dowody? - pytam pani Barbary. - Tak. List od koleżanki, decyzję rady adwokackiej, wyroki, doniesienia do prokuratury. Tylko brak umów z agencją. Część zobowiązań wobec mnie składano ustnie. Zrobiłam błąd. Wszystko powinno być na papierze. Całe szczęście, że są świadkowie. Cztery inne, podobnie potraktowane pielęgniarki chcą złożyć razem ze mną kolejny pozew do sądu. Może tym razem nam się uda.
3800 - tyle agencji pośrednictwa pracy działa w Polsce. Dwie trzecie zajmuje się szukaniem zajęcia dla Polaków za granicą