Psychotesty - sprawdź, czy jesteś pracoholikiem
Wszędzie zwolnienia, redukcje. Anna, niewysoka, szczupła, na swój wiek nie wygląda, szukała pracy przez... 4 lata. Na zasiłku dla bezrobotnych robiła wszystko zgodnie z ówczesnymi zaleceniami urzędników: chodziła od drzwi do drzwi, prosiła o pracę. Kończyło się, oczywiście, na pieczątce. Gdy za jej oknem zaczęli stawiać hipermarket, nie myślała długo. Nikt nie patrzył na datę urodzenia (dziś jest w takim wieku, że mogłaby przebierać w unijnych, darmowych szkoleniach, ale mówi o tym krótko: "nie wierzę w takie rzeczy"), doświadczenie, ani na to, jak długo było się bez pracy. W zasadzie nic nie było ważne, poza - to jasne - chęcią do pracy.
Dostała się. W tym samym miejscu, w lubelskim hipermarkecie, na kasie, pracuje już od kilku lat. Jest jednym z wyjątków, które, jak mówi, dziwią całą "górę". Bo "góra", na podstawie badań i międzynarodowych statystyk, zakładała, że nie da się tak pracować dłużej niż cztery lata. Ona na swoim liczniku ma dwa razy tyle, czyli jakieś 720 tysięcy obsłużonych klientów na koncie. Tyleż samo (przynajmniej teoretycznie, bo też uważa, że to sztuczne) "dzień dobry", prób nawiązania kontaktu wzrokowego, uśmiechów, pytań o kartę, a także dyskretnych zerknięć na zawartość wózka. Nerwów straconych przy walce o podwyżki i pełne etaty nie da się, niestety, zmierzyć, podobnie zresztą, jak produktywności kasjera. Ta i tak najczęściej jest za niska.
Śmieszne 719Przez wiele lat w hipermarkecie, w którym pracuje Anna, nie było szans na zatrudnienie na cały etat. Dyrekcja tłumaczyła to "dobrem pracownika" - bo to ciężka i odpowiedzialna praca, przez ręce przechodzą duże pieniądze, więc nikt nie powinien się przemęczać. Wyjątek stanowili pracownicy zatrudniani przez firmy zewnętrzne (głównie dorabiający studenci), którzy w takich miejscach stanowią zdecydowaną większość. Kierownictwo nie martwiło się o ich dwunastogodzinne obracanie pieniędzmi albo pracę od rana do nocy z np. godzinną przerwą. - Bo jak kończą pracę o 14, to się po nich dzwoni i "prosi", żeby przyszli jeszcze raz na 16, bo brakuje ludzi - mówi Anna i dodaje: - No i nikt na siłę nikogo nie przyciągnie, ale oni zwykle przychodzą. Wspomniane dobro pracownika nie liczyło się też w innych miastach Polski, w których są hipermarkety tej sieci i w których pracownicy byli zatrudniani na pełne etaty.
Zanim kasjerkom lubelskiego sklepu, po wieloletniej batalii z kierownictwem, udało się wywalczyć te etaty, wszystkie pracowały na niepełne trzy czwarte. - 719, to znaczy 0, 719 - precyzuje Anna. - To podobny chwyt do ceny 2,99 zł. Dlaczego tyle, a nie 3 zł? Tu i tu jest to sprytnie wykorzystywane, zwłaszcza przed świętami, kiedy liczy się każda osoba - dodaje kobieta. Wszystko po to, żeby czas pracy nie był dłuższy niż sześć godzin, bo wtedy należy się kwadrans przerwy. 0, 719 to 5 godzin i 45 minut - w praktyce i tak sześć, bo nikt nie zaczyna pracy np. o 14.45, tylko przychodzi na pełną godzinę i wtedy zmienia kończącą pracę kasjerkę. - Siedzi się więc pełne sześć godzin i należy się płatna przerwa, ale jej nie ma, bo po tym czasie idzie się do domu - tłumaczy Anna. Taki system pracy, zdaniem kasjerki, wpływa też na relacje międzyludzkie. Ludzie są anonimowi, nie znają się, nie rozmawiają ze sobą. - Jak ktoś chodzi na przerwy, to może chociaż z kimś zdanie zamienić. Jak się pracuje "na 719", takiej szansy się nie dostaje - mówi.
Przerwy na wyjścia do toalety? - Wiadomo, że najlepiej, żeby człowiek nie wychodził, ale ta afera kiedyś, wokół tego tematu, to było, moim zdaniem, jakieś dramatyzowanie. My jesteśmy już tak zahartowane, że nie mamy takich potrzeb. Mówiąc wprost - mi w czasie pracy po prostu się nie chce i do toalety chodzić nie muszę - mówi. Teraz, po walce z kierownictwem, kasjerki mają wybór - mogą pracować tak, jak dawniej lub na cały etat.
Patrzymy na dolne półkiKobieta szacuje, że przez te wszystkie lata jej płaca wzrosła o jakieś 300 złotych brutto. Ile chciałaby zarabiać Anna? - Tak, żeby było dobrze i można było godnie żyć, to jakieś 2,5 tys. złotych na rękę - mówi i wyjaśnia: - 0,719 to inaczej tysiąc złotych wypłaty, już z premią za frekwencję. Jeśli nie korzysta się ze zwolnień, można dostać między 100 a 200 złotych dodatkowo. Chorują zwłaszcza ci na działach: w piekarni, bo gorąco i tam, gdzie zimno - na mięsie, rybach, przy lodówkach. Nie korzystają ze zwolnień, bo zależy im na premii. Więc pracują przeziębieni, zakatarzeni, z czerwonymi nosami - mówi kasjerka.
- Za takie pieniądze żyje się z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. Nie ma szans na żaden remont, kaprys. Ludzie dosłownie rzucają się na przecenione artykuły. Jako pierwsi, zwłaszcza pracownicy na działach, mamy dostęp do tańszej chemii (np. proszku w naderwanym opakowaniu), produktów "świeżych", np. owoców, warzyw, wędlin, którym zostało np. 2 dni do terminu. To jest uwłaczające. To patrzenie na dolne półki. Gdyby ludzie zarabiali godnie, nie kupowaliby takich rzeczy - mówi kobieta. W hipermarketach ratują się różnie, nie tylko kupowaniem przecenionych produktów. By podreperować budżety mężowie wyjeżdżają do pracy za granicę, a jeśli ktoś jest sam latami, mieszka z rodzicami. Anna: - Za takie pieniądze nie ma szans na przeżycie, jeśli trzeba mieszkanie opłacić.
Teraz na podwyżki, podobnie jak wielu innych pracowników, kasjerzy nie mają co liczyć. Bo kryzys. - Najpierw nadchodził, już już miał być, a teraz na niego czekamy - na pewno będzie. Tylko że my, na co dzień, żadnego kryzysu nie widzimy. W handlu kryzysu nie ma. Ludzie, jak robili, tak robią zakupy. Muszą kupować, jeść - mówi Anna. Pracownicy mają jeszcze żal o kategoryzowanie. - Nie mówię o Warszawie, ale o innych miastach Polski, w których koszty życia są podobne, a i tak za tę samą pracę ludzie dostają więcej. Spotykamy się, rozmawiamy o tym, stąd wiemy. No ale słyszymy, że tu jest Polska "B", tu jest taniej. Co jest taniej, pytam? - denerwuje się kobieta.
Awans? - Zawsze nieoficjalnie, zawsze "po koleżeńsku". Chociaż, w teorii, awansować może każdy. Na tablicy ogłoszeń wiszą oferty zachęcające do wyjazdu na Śląsk, do Szczecina, a ludzie awansują tu, na miejscu. To jest fikcja, bo jak ktoś ma rodzinę, to przecież wiadomo, że nie pojedzie - mówi i dodaje: - Tutaj, jak wszędzie, trzeba umieć się przebić. Jak się zwyczajnie przychodzi do pracy, robi swoje i nie przymila do nikogo, albo nie jest koleżanką i rówieśnicą kierowniczki, na awans nie ma żadnych szans. Tutaj dochodzi do tego, że jak się pija z nią kawkę, przez całą zmianę można nie pojawić się na kasie ani razu. Można zbierać koszyki, wieszaki i tak przez cały dzień. Ja nie mam takich znajomości, więc siedzę w tej kasie. Poza tym należę do związku, więc "mnie nie chcą". Wiadomo, że już nigdy nie awansuję.
Klienci ją zniszczyliTo, co trzyma ją przy tej pracy, poza niewielkimi szansami na inną, to ludzie - koleżanki z pracy, klienci. Ci ostatni, stali, potrafią przejść przez cały ciąg kasowy, żeby znaleźć "swoją" osobę. Rozmawiają, są mili, pytają co słychać. - Na pierwszym miejscu jest walka z sekundami, ilość zeskanowanych kodów na minutę. Trzeba więc umieć przeprowadzić te rozmowy tak, żeby były krótkie - mówi kasjerka. Codziennie obsługuje średnio trzysta osób. Trzysta razy powtarza, robi to samo, ale stara się o tym nie myśleć. Kiedyś jeszcze myślała i starała się, wiedziała, że np. na kijach od szczotki, rękawicach często nie ma kodów, więc zapamiętywała ceny, żeby klienta nie trzymać przy kasie, nie dzwonić do obsługi. Miała różne pomysły. - Ale tu pomysły się tłamsi. Nikt tego nie docenia. Wszyscy mają mieć jednakowe koszulki i jednakowo pracować - tłumaczy i dodaje: - Ja po prostu to robię i już. Nie tkwi mi ciągle w głowie, że to jest praca monotonna, automatyczna, że ciągle powtarza się te same zwroty, robi te same czynności. Czasem zdarzy się, że ktoś zrobi lub powie coś miłego, nie złości się, że szkolimy młodych, rozumie, że się uczą i to musi trochę potrwać - i już jest inaczej. Bywa, a pewnie, że ktoś traktuje nas z góry, rzuca zmiętolonymi pieniędzmi, odnosi się z wyższością. Nie wstydzę się swojej pracy, nie uważam, żeby była jakaś gorsza. Jeśli ktoś tak myśli, trudno. Ja się cieszę, że mam blisko do domu, że nie tracę czasu na dojazdy - mówi Anna.
Ci sami ludzie, którzy niektórych w tej pracy "trzymają", innych, jak mówi kobieta, wykańczają. I nie chodzi tylko o okazywanie wyższości, pretensje, bo ktoś przeczytał cenę innego produktu i przy kasie okazuje się, że to, co wybrał kosztuje więcej. - Błędy po stronie hipermarketu też się oczywiście zdarzają, ale częściej to sami klienci robią sobie na złość - przekładają coś z miejsca na miejsce i potem ktoś taką rzecz bierze i jest przekonany, że ma inną cenę niż w rzeczywistości - mówi kobieta. Nie chodzi też o wstręt, który odczuwa do niektórych klientów, gdy np. mają "kostrubate ręce" i trzeba od nich przyjąć pieniądze. Anna przypomina sobie sytuację pewnej dziewczyny, którą klienci "zniszczyli": - Dojeżdżała do pracy z podlubelskiej wsi. Miała z tym problemy, zwłaszcza w nocy. Bardzo dziwnie mówiła, widać było, że jest bardzo biedna, że ma jakieś braki, ale ktoś dał jej szansę. Ona sama bardzo się starała, bardzo zależało jej na tej pracy, ale klienci jej tej szansy nie dali, zniszczyli ją, wykorzystali jej słabość. Są tacy, którzy celowo wybierają takie osoby - widzą, że zachowują się niepewnie i wciskają im przeterminowane talony, źle zważone produkty, fałszywe pieniądze. Dziewczyna miała jakieś spore pieniądze do tyłu, z kilkaset złotych. No i ją wyrzucili.