Psychotesty - sprawdź, czy jesteś pracoholikiem
Gruzja, 2007 rok. Przenoszenie cementowni z Niemiec potrwa jeszcze około roku, całość zajmie niemal dwa lata. W Niemczech części fabryki demontuje czterdzieści osób, w Gruzji z powrotem montuje ok. siedemdziesięciu pracowników. Ogromna i skomplikowana logistycznie operacja staje pod znakiem zapytania z powodu problemów na rosyjsko-gruzińskim przejściu granicznym. Zapada szybka, ale i trudna decyzja - wieziemy przez Ukrainę. Z Niemiec wyruszają kontenery z częściami. Te na Ukrainie przepakowywane zostają na statki i płyną nimi do Gruzji. Całość nadzorują Jerzy i Bartosz Świderkowie z Lublina.
Koniunktura niemal bez przerwyTeraz, w trakcie recesji, w firmie Świderków trwają swoiste kontraktowe żniwa - upadają wielkie fabryki, zakłady, które ktoś musi przenieść w inne, zwykle odległe i tańsze, miejsce. Zdarza się, że pracownikom przychodzi pracować nie tylko w trudnych warunkach atmosferycznych (tak jak np. w Islandii, gdzie ze względu na panujące ciśnienie, nie mogło to trwać jednorazowo dłużej niż godzinę). Nierzadko zdarza się, że napotykają na protesty innych pracowników niezadowolonych z zamknięcia zakładu.
Jednak złote lata dla tej branży to nie tylko kryzys - koniunktura to sprzedaż linii produkcyjnych, maszyn. Kontrakty zawierane przez lubelską spółkę są warte nawet pół miliona euro i ciągle wzrastają. Teraz zespół Pol-Inowex przygotowuje się do realizacji zleceń o dwukrotnie wyższej wartości.
Jak z jajkiemW całej Europie istnieje tylko kilka firm, które mają odpowiednie zaplecze techniczne niezbędne do realizacji tak dużych projektów. Są to m. in.: wyspecjalizowany koncern Siemens, niemiecki Nürmont i Krämer & Theisen, brytyjski Beck & Pollitzer oraz, oczywiście, polski Pol-Inowex. Polski, ale w Polsce stosunkowo mało znany. Niemal całość obrotów firmy jest efektem kontraktów zagranicznych. Jeśli już do Świderków trafiają zlecenia od rodzimych przedsiębiorców, to są one zwykle realizowane za granicą. Jedna z linii produkcyjnych z toruńskiej Elany ma trafić na przykład do Iranu. A i tak zlecenia o podobnym do tego rodowodzie przekładają się na zaledwie kilka procent przychodów lubelskiej firmy.
Za zleceniami, które trafiają do firmy Pol-Inowex, stoją niezwykle skomplikowane operacje. Niektóre trwają nawet dwa lata, inne trzeba wykonać niemal w biegu - w ciągu kilku dni - zanim np. na teren danej fabryki wkroczą buldożery. Trzeba przekalkulować i pogodzić wszystko - transport pracowników, flotę tirów, statków, kolej, często wygórowane oczekiwania finansowe poddostawców (to, czy np. bardziej będzie się opłacało wynająć jedyny w danym kraju dźwig, który będzie w stanie przenieść olbrzymie silosy, czy je przeciąć i przenieść dwoma mniejszymi). Wszystko trzeba dokładnie zaplanować, a urządzenia oznaczyć i obchodzić się z najmniejszymi częściami niemal jak z jajkiem, by dało się je potem złożyć i żeby urządzenia działały. Często jest to bardzo trudne, bo w działającej wiele lat fabryce nie ma na przykład pełnej dokumentacji technicznej. Cały demontaż trzeba też nagrać i sfotografować.
O tym, że ta dokładność i ostrożność jest szalenie ważna, na własnej skórze przekonał się jeden ze zleceniodawców polskiej firmy. Inwestor z Iranu kupił od Niemców linię pakującą cukier. Zlecił firmie prowadzonej przez Świderków jej rozbiórkę, złożyć chciał już sam. Demontaż i pakowanie części w Niemczech trwało prawie miesiąc. Irańczycy chcieli oszczędzić więcej czasu i przez niewłaściwy rozładunek zniszczyli sprzęt wart ponad 8 mln złotych.
Jak rakiety SS-20Pol-Inowex nie może się wprawdzie jeszcze równać z największymi na świecie firmami z tej branży, ale ma na swoim koncie wiele spektakularnych operacji. Najbardziej skomplikowanym zleceniem lubelskiej firmy było przeniesienie berlińskiej fabryki betonu komórkowego Ytong do podmoskiewskiego Możajska. Cała operacja trwała półtora roku. Do Rosji miały trafić m.in. ponad stutonowe, długie na 40 metrów rury. Do Rostocka Pol-Inowex wysłał jakieś 150 tirów. Stąd rury popłynęły statkiem do Petersburga, a z Petersburga koleją do Możajska. Jechały tymi samymi wagonami, którymi armia radziecka przewoziła wcześniej rakiety SS-20.
Pol-Inowex ma za sobą wiele bardzo dochodowych kontraktów, ale Bartosz Świderek wolałby nie wskazywać swojego największego sukcesu: - Mam nadzieję, że ten największy jest wciąż przede mną - mówi. Za sprawą firmy Świderków jedna z fińskich elektrowni trafiła do Indii. Firma z Lublina miała też swój udział w przerzuceniu (chociaż w tym przypadku to może niezbyt odpowiednie słowo) 40-metrowych silosów na cement z islandzkiego Reysarfjordur do Kaliningradu. Silosy trzeba było przeciąć na pół, bo jedyny w całym państwie właściciel mogącego je przenieść dźwigu zażądał olbrzymiej opłaty za wynajem.
Firmie Jerzego i Bartosza Świderków zdarza się zderzyć nie tylko z protestami zwalnianych pracowników, ale też z polityką, jak np. w przypadku niemiecko-gruzińskiego projektu. - Właściwie nie ma takich czynników które w jakimś bardzo dużym stopniu przeszkadzają w naszej działalności. Oczywiście działając na rynku międzynarodowym, czynnik polityczny odgrywa czasami pewną rolę. Ostatnio na przykład, po wystrzeleniu rakiety przez Iran, projekt przeniesienia lakierni zderzaków samochodowych do tego kraju, finansowany przez szwajcarskie konsorcjum, został wstrzymany ze względu na zwiększone ryzyko polityczne - mówi Bartosz Świderek.
W rodzinie siłaPol-Inowex to biznes rodzinny państwa Świderków - ojca (Jerzego) i syna (Bartosza). Początki były bardzo... słodkie. Po zagranicznych praktykach w cukrowni, Jerzy Świderek, absolwent Politechniki Łódzkiej, wrócił do Polski i nadzorował prace modernizacyjne w rodzimych cukrowniach. Z Lublina trafił do bratniego NRD. Stawiał nowe zakłady, modernizował istniejące, ale po zjednoczeniu Niemiec socjalistyczna "nowoczesna" technologia okazała się być zbyt siermiężna i przestarzała. Niemcy zaczęli te cukrownie zamykać, a w Azji i wschodniej Europie od razu pojawili się chętni do przejmowania mało używanych maszyn. To była woda na młyn dla Świderków, którzy mieli w Niemczech kontakty i doświadczenie. Odpowiedź na pytanie zagranicznych inwestorów "kto zdemontuje te maszyny, przetransportuje je i zamontuje u nas?" powoli zaczęła się klarować.
Świderkowie postanowili założyć własny, jak się później okazało, słodki i dochodowy biznes. Był taki do tego stopnia, że raczkujący i stawiający pierwsze kroki Pol-Inowex nie był w stanie wykonać wszystkich zamówień. Te przychodziły nawet z Chile, Libanu czy Iranu. Gdy zaczęło się robić słodko-gorzko i przejęty przez wielkie koncerny przemysł cukierniczy dostał olbrzymi zastrzyk środków na nowe inwestycje, w lubelskiej firmie zaczęło się robić nieciekawie. Całkiem gorzko jeszcze nie było - firmę na powierzchni trzymały zlecenia z zagranicy, ale i z tymi było coraz gorzej, obroty leciały na łeb na szyję. Trzeba było szukać innych branż.
Pierwszym kompletnym projektem lubelskiej firmy było przeniesienie spalarni odpadów niebezpiecznych z Niemiec do Gdańska. W rozwoju biznesu Świderków bardzo pomogła akcesja Polski do Unii. Zamówienia z Europy i innych państw spoza UE, znów posypały się do Lublina lawinowo. Cztery lata temu Pol-Inowex założył spółkę-córkę w Moskwie. Na terenie Federacji Rosyjskiej działa teraz OOO Pol-Inowex.
- Pol-Inowex w ostatnich kilku latach bardzo dynamicznie się rozwija. Realizujemy coraz większe kontrakty dla coraz większych zleceniodawców. Do tej pory w przypadku zwiększonej liczby projektów w jednym czasie korzystaliśmy z usług firm podwykonawczych. Teraz postawiliśmy na rozwój własnej kadry. Zatrudniamy coraz więcej pracowników i chcemy pozyskiwać nowych. To, oczywiście, wiąże się ze zmianą struktury organizacyjnej i systemu zarządzania. Chciałbym jednak, aby pomimo tych zmian, Pol-Inowex zachował wszystkie pozytywne aspekty i cechy, jakie ma firma rodzinna. Mam tu na myśli przede wszytymi stosunki międzyludzkie i interpersonalne z naszymi pracownikami. Pracują u nas osoby, które są związane z firmą od początku jej działalności. Zaczynały jako monterzy, a teraz są kierownikami całych projektów. Taka droga może dotyczyć każdego pracownika, który jest odpowiednio zmotywowany i chce się rozwijać - zapewnia współwłaściciel lubelskiej firmy.