Psychotesty - sprawdź, czy jesteś pracoholikiem
Andrzej Czajkowski od czerwca ma mnóstwo roboty. Telefony w jego biurze się urywają, napływają setki listów. Nauczył się już formułki: "Wspieramy przedsiębiorczość i samozatrudnienie. Firma ma być ambitna, perspektywiczna i dobrze wpasowywać się w otoczenie biznesowe." Musiał. W tym roku po raz pierwszy biuro, w którym pracuje, wystartowało z projektem dla ambitnego biznesu: zakwalifikowani do programu mieszkańcy Warszawy mają przez parę miesięcy uczyć się zarządzania firmą, prowadzenia księgowości oraz stworzyć biznesplan. Najlepsi w przyszłym roku dostaną dotację - do 40 tysięcy złotych.
- Zainteresowanie jest ogromne, dlatego możemy pogrymasić. Nie wspieramy projektów średnich i słabych. Tych bardzo dobrych jest tak dużo, że tylko one nas interesują - opowiada Andrzej Czajkowski. - Nie docenialiśmy przedsiębiorczości warszawiaków. Na ten projekt przewidzieliśmy tylko 120 miejsc, ale zgłoszeń mieliśmy od groma, więc zwiększyliśmy nabór do 185 osób - mówi.
Przez całe wakacje czytał kwestionariusze biznesowe. Napłynęło ich 1 451 - tę liczbę też zna na pamięć. Pracownicy przebierali w pomysłach na kwiaciarnie, salony odnowy biologicznej, sklepy internetowe, sklepy ze zdrową żywnością, pracownie ceramiczne, pracownie witrażu...
Dajcie kasę i spadamfirmy producenckie. - To jest taki wyścig, który się uruchomił w momencie, w którym złożyłem papiery w warszawskim ratuszu - mówi Jarosław Spychała. - Nie chcę zdradzać szczegółów, bo tu liczy się pomysł i wykonanie, a wiadomo, że chcę wygrać i dostać te 40 tys - dodaje.
Do Warszawy przyjechał z Torunia pięć lat temu. Od tego czasu, trochę przez przypadek, zajmuje się produkcją imprez promocyjnych dla firm. Zawsze na umowę zlecenie, której ma serdecznie dość. W ubiegłym roku zrealizował swój pierwszy film dokumentalny "100 Solidarnych" na rocznicę Solidarności. Opowiadał historie współczesnych młodych ludzi i to, jak rozumieją dzisiaj znaczenie słowa solidarność.
Sam ma 36 lat i po dziesięciu latach wrócił na uczelnię. Raz w tygodniu, w małych grupach, ma zajęcia z planowania strategicznego i operacyjnego, zarządzania, finansowania przedsiębiorstwa, badań rynkowych, marketingu... - Gdzie ja? Ja jestem humanista, a tu muszę się uczyć cyferek! - irytuje się Jarosław. - Jak na pierwszych zajęciach rozejrzałem się po sali i zobaczyłem te skwaszone miny na hasło "księgowość", pomyślałem, że sam pewnie taką mam. I zaraz po tym: do diabła, muszę się tego nauczyć! Kiedy opowiadałem znajomym o moim pomyśle na biznes, mówili: "idź tam i tam samo się zrobi". Nieprawda. Te 180 osób przyszło tu na targ pomysłów, myśleli podobnie do mnie: "szybko, szybko, dajcie kasę i spadam". A tu trzeba te pomysły jeszcze uzbroić w wiedzę i umiejętności. To już nie jest takie miłe - opowiada.
Żaden gość grający na pianinie ChopinaKażdy uczestnik projektu musi zaliczyć 75 godzin szkoleniowych i 10 godzin doradztwa. To one są najistotniejsze. Uczestnicy dyskutują wtedy z nauczycielami akademickimi i ekspertami o swoich biznesplanach. Zderzają się z rzeczywistością. Na wykresach zaznaczonych czerwoną kreską obserwują zyski swojego przedsiębiorstwa nie w okresie roku, ale dwóch, trzech, pięciu lat. Do tego dochodzą warsztaty praktyczne: komputerowe, internetowe i promocyjne.
- Nie byłem do końca zdecydowany. Długo chodziłem wokół tego projektu i ciągle coś mi przeszkadzało. Chyba bałem się, że powiedzą: "co pan z konia spadł? Z takim pomysłem tutaj?" Papiery złożyłem ostatniego dnia na godzinę przed zamknięciem biura - mówi Jarosław. - Powrót na uczelnię, sprawdzanie pomysłów daje ogromną siłę. Jesteśmy tutaj zamknięci w czymś, co przypomina symulator rzeczywistości. Nie tak bolesny i rozczarowujący, żeby nam się odechciało, ale na tyle podobny, że ubezpieczający przed wpadką. Ja to nazywam przyjemnym zderzeniem z rzeczywistością - mówi.
Marzeniem jego dzieciństwa było zrealizowanie filmu animowanego. Jeszcze nie jest na to gotowy, ale ma już mnóstwo nowych pomysłów. - Pierwszy film, jaki zrobię, gdy dostanę dotację, będzie o Warszawie. Nie jakieś tam migawki z ulicy, ani gość grający na pianinie Chopina, ale ludzie. Fajni i niefajni, ci dzienni i ci nocni. Może uda się go sprzedać miastu, a może zrobię go dla własnej satysfakcji - opowiada. Żeby rozwinąć interes potrzebuje zaplecza technicznego: kamer, blend, światłomierzy, statywów. Dotacja, razem z tym, co już teraz ma, pozwoli na zakup kamer i podnośników. Będzie już trochę bliżej.
Pomysł na... "Dziurkę""Dziurka" to nie miejsce przerzutu kradzionych samochodów, ani egzotyczny drink, choć z tym drugim ma najwięcej wspólnego. To miejsce - fakt, ale na razie tylko w wyobraźni jednej osoby. Agnieszka wyobraża je sobie tak: już od wejścia będzie czuć, że to miejsce o kobietach i dla kobiet. Przygaszone światła, kameralna atmosfera, tematyczne wieczory muzyczne, dobre, markowe drinki, żadnego badziewia, esencja klasy. - Od kiedy wymyśliłam sobie własny biznes, to śni mi się to miejsce. Zamykam oczy i je widzę - mówi Agnieszka Katowicz. Chce otworzyć miejsce dla mniejszości seksualnych. Lesbijek konkretnie. - W weekendy będziemy zapraszały artystów z alternatywnych klimatów, drag queen i dziewczyny przebierające się za facetów. Chcę, by wszyscy wykluczeni czuli się u nas, jak w domu - opowiada.
Agnieszka spodziewała się problemów. Warszawa niby jest tolerancyjna, ale jak dotąd żaden lesbijski klub długo się nie ostał - niby otwarta, a jednak nikt na forum nie mówi głośno, że jest innej orientacji, niby jej mniejszości trzymają się razem, ale w weekendy drzwi gejowskich klubów są dla lesbijek zamknięte. Dlatego, gdy składała papiery na dofinansowanie, niespecjalnie wierzyła, że ktoś zaufa jej intuicji. Sądziła, że ją wyśmieją, a kwestionariusz odłożą na inną półkę. Tę, na którą odkładają wszystkich innych wariatów. Jednak trafiła do programu z dobrą rekomendacją. - Wierzę w ten projekt, znam rynek, rozmawiałam z dziewczynami na forach, ze znajomymi, wiem czego potrzebują. A ja im to mogę dać - mówi. Agnieszka od zawsze lubiła sprawiać innym przyjemność, cieszy ją gdy ktoś inny śmieje się za jej sprawą. Ma naturę aktywistki, czuje, że świetnie spełni się w roli animatorki. Wreszcie jakaś praca będzie odpowiadała jej umiejętnościom i aspiracjom. Wybór własnej działalności gospodarczej to często ucieczka od ram rynku pracy, który jest za ciasny.
W żadnym z poprzednich miejsc pracy nie została dłużej niż rok. Chyba potrzebuje zmian, szuka różnorodności. Korporacje tego nie zapewniają. Chwilowo pracuje w dużej firmie badającej rynek. Jest sympatyczną panią recepcjonistką. Zarabia tyle, że starcza na przyjemności, ale wieczorami zawsze wraca do marzeń o własnym klubie, który przybliża się z każdym tygodniem.
Ma już za sobą pierwsze zajęcia. 180 osób zostało podzielonych na mniejsze grupy, ale wszyscy i tak patrzą na siebie wilkiem. - Traktujemy siebie jak konkurencję. Każdy chce zachować dla siebie swój pomysł na biznes, trzyma go przy sobie i o nim nie rozmawia. Ja się nie boję, bo kto się odważy powtórzyć taki krok? - pyta.
Dobre duchy ambitnego biznesu- Nie mogę dłużej siedzieć w domu. Mierzi mnie widok kapci, telewizora i garnków - mówi Krystyna Szybańska. - Chciałabym coś jeszcze w życiu zrobić, rozwinąć się. Mam jeszcze tyle do zaoferowania światu - wzdycha. Tylko, że świat jej nie chce. Od dziewięciu lat jest bezrobotna. Szukała pracy, a jakże. Zawsze jednak słyszała: za stara, za mało dynamiczna, nie odnajdzie się w zespole. To było jak wyrok. - Zostałam skazana na kapcie i ten nieszczęsny telewizor - uśmiecha się blado.
Ma pięćdziesiąt parę lat, jest szczuplutka, bardzo zadbana, ma piękne paznokcie. Przez długi czas była manicurzystką, wcześniej florystyką, krawcową. Żyło im się bardzo dobrze. Jej mąż, kochający i bardzo czuły, córka, udana i piękna po mamie. A potem zachorował teść. Ktoś musiał się nim opiekować - padło na Krystynę. Wypadła z obiegu, tylko stare klientki przychodziły czasem do domu zrobić paznokcie.
Jakiś czas temu spotkała się na kawie ze starymi koleżankami z liceum. - Patrzę: jedna studiuje, druga studiuje, trzecia ma własną firmę. A ja kim jestem? - pyta. Postanowiła sama założyć firmę - taką, która przyniesie dochód, ale przede wszystkim sprawi, że Krystyna znowu poczuje się Krystyną. Przypomniała sobie o książce, którą dostała od męża na któryś z kolei dzień kobiet: "Techniki wyrobu witraży". - Takich wolt, jak u niej, to u nikogo jeszcze nie widziałem! Ja bym te witraże rzucił po pierwszym spawaniu, ale ona się nie poddała - śmieje się Jacek, jej mąż. Krystyna mówi, że jest jej dobrym duchem. Przede wszystkim nie wyśmiewa, tylko wspiera. Nie ocenia, tylko zastanawia się nad jak najlepszym rozwiązaniem.
To on wymyślił jej projekt "Warszawa stolicą ambitnego biznesu". Przeczytał o nim na stronie stołecznego ratusza i zastanawiał się, jak namówić do tego żonę. Tymczasem powstawały pierwsze prace rozdawane na święta przyjaciołom i rodzinie. Niektóre jeszcze kulawe, z dużych kawałków szkła, późniejsze coraz lepsze, z coraz mniejszych elementów. - Witraże są bardzo popularne w Niemczech, Anglii i Stanach. Zdobi się nimi drzwi, okna, robi się szklane ściany. Używa się ich przy dekorowaniu restauracji, ganków, studiów wnętrzarskich. U nas moda na takie wzornictwo dopiero się budzi. Ludzie ciągle mówią, że przaśne, infantylne, a jednocześnie kupują coraz więcej. Ja mam pomysł, żeby tę modę mocniej rozruszać - opowiada.
Wyścig po walizkę pieniędzyPracownia witraży, studio produkcyjne, odnowa biologiczna. Trzy pomysły, które przez najbliższe miesiące będą poddawane krytyce, opracowywane, przekształcane na wykresy, słupki i cyferki. Wydruki komputerowe i przeczytane książki mają dać pewność, że ich firma przetrwa. Agnieszka, Jarosław i Krystyna spełniają swoje marzenia, chcą pracować na swoim, bo w ramach istniejącego rynku pracy nie mieszczą się. Nie wiedzą, że statystycznie rzecz biorąc za trzy lata któreś z nich będzie musiało zamknąć firmę. Według danych Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan" tylko dwie firmy na trzy mają szansę się rozwinąć i przetrwać. Dwie pierwsze rozkwitną, otworzą własne filie, zaczną przynosić zyski. Trzecią dobije zła koniunktura, niedostateczne rozpoznanie warunków rynkowych, brak wizji szefa albo jego niedostateczne zaangażowanie w pracę.
- Ten świat jest tak skonstruowany, że ciągle musisz się rozwijać, byle szybciej i byle do przodu. Niestety, jak szybciej, to tylko z walizką pieniędzy - mówi Krystyna Szybańska. Dlatego codziennie myśli o tych 40 tysiącach złotych. To tyle, ile będzie kosztowała jej pracowania witraży i dokładnie tyle, ile może dostać na ten cel z Unii Europejskiej. - Ja wiem, że to jest fajny pomysł. Nareszcie mam odwagę walczyć o niego - mówi. Pomaga jej rodzina. Mąż nieustannie dopinguje, brat da własny kąt, a bratowa nauczy prowadzenia księgowości. - Z takimi ludźmi nie może się nie udać. Nawet jeśli nie dostanę dotacji, to razem coś wymyślimy. Stoi za nami życiowe doświadczenie - mówi.
Darowizny nie wchodzą w gręChoć są podstawy merytoryczne, by pieniądze przyznawać już na pierwszym wspólnym spotkaniu, nikt ich nie dostanie bez wysiłku. Darowizny nie wchodzą w grę. - Nie tylko nasi podopieczni myślą biznesowo. My na przykład myślimy o podatkach: więcej firm zarejestrowanych w województwie mazowieckim, to większe obroty i większe wpływy z podatków, to nowe miejsca pracy i być może mniejsze bezrobocie - mówi Andrzej Czajkowski z Biura Funduszy Europejskich. Już jest lepiej. Kiedy pięć lat temu wchodziliśmy do Unii Europejskiej, Polacy założyli 233 tysięce firm, w tym roku według szacunków ekspertów rynku pracy powstanie ich niemal 400 tysięcy. Większość właścicieli starała się o jakąś formę dofinansowania. Po mniejsze pieniądze szli do pośredniaka. Mogli tam dostać bezzwrotnie nawet 16 tys. zł, jeśli firma przetrwała co najmniej rok. Większe pieniądze znajdują się w funduszach europejskich - nawet 400 mln euro w całej Unii.
W każdy województwie znajduje się jednostka zajmująca się przyznawaniem dotacji na własną firmę z pieniędzy Unii Europejskiej. Biuro w Warszawie tydzień temu ogłosiło nabór do drugiej edycji projektu: "Warszawa stolicą ambitnego biznesu". Kwestionariusze można składać w biurze funduszy europejskich w stołecznym ratuszu do końca października. Do projektu mogą się zgłaszać osoby długotrwale bezrobotne albo zatrudnione, mieszkańcy Warszawy, ale niekoniecznie w niej zameldowani. Nie można też mieć zarejestrowanej firmy, co najmniej na rok przed rozpoczęciem projektu. - Nasi podopieczni, niejako gratis, dostają wiedzę i umiejętności. Część z nich, nawet jeśli odpadnie w ostatnim etapie, i tak założy działalność, bo będą już mieli podstawy do utrzymania się - dodaje Czajkowski.