Agnieszce O. skończyła się umowa na okres próbny. Szef oznajmił, że podpisze kolejną, ale z niższą pensją. - Zawsze coś znalazł, żeby się przyczepić. W dodatku jak ochrzaniał, używał wulgaryzmów. Potrafił naprawdę upodlić.
Pewnego razu wpinała kartki w segregator. Wyszło trochę krzywo. - Równie dobrze mogła pani ten segregator wysmarować gównem - usłyszała.
Szef wyznaczył pracownikom piętnastominutowe przerwy na jedzenie i picie. Poza nimi nie wolno było nawet nalać sobie wody. - Mieliśmy prywatne kubki - wspomina Agnieszka O. - Zmywaliśmy je po pracy. Raz zmywanie zostało. Następnego dnia rano szef kazał sekretarce zapakować wszystko w worek i wynieść na śmietnik. Na szczęście zrobiła to delikatnie i wygrzebaliśmy potem te kubki. Oczywiście po pracy, bo wcześniej nie pozwolił nam wyjść.
Agnieszka O. miała dosyć, odeszła.
Tomasz W. pracował w dużej firmie handlowej. Odszedł m.in. z powodu odzywek szefa. Do sekretarki: - Przynieś mi papierosy. Dobrze ci zrobi, jak się przejdziesz, bo za gruba jesteś. Do pracownika z oddziału terenowego: - Pan też mógłby pewnie coś zrobić, ale przecież wy z tego Poznania to jaj nie macie. Do pracownika z działu, w którym wcześniej zwolniono inną osobę: - Niech pan nie siedzi taki zadowolony, bo pan tu jest tylko dlatego, że jak zrobiłem wyliczankę, to wypadło na tamtego. Do przedstawicieli handlowych firmy, połowa to kobiety: - Może byście wreszcie palec z dupy wyjęli i wzięli się do roboty.
Układy i wolna amerykankaMobbing to dręczenie, gnębienie, szykanowanie, poniżanie ludzi w pracy. Na Zachodzie zaczęto o tym mówić kilkanaście lat temu. Niemiecki psycholog Heinz Leymann pracujący w Szwecji zauważył, że mnóstwo problemów rodzinnych wynika ze stresu w pracy. Obliczył, że ofiarami mobbingu pada 3,5 proc. szwedzkich pracowników. Ale brytyjska organizacja pozarządowa Stowarzyszenie Przemysłowe w przeprowadzonych ostatnio badaniach uznała, że w Wielkiej Brytanii dotyczy to nawet 10 proc. zatrudnionych.
W Polsce nie przeprowadzono dotąd ogólnokrajowych badań. Rozprowadzono za to ankietę wśród nauczycieli: dręczonych w pracy czuje się aż 60 proc. - Tu nie chodzi o pojedyncze konflikty, ale o długie, trwające ponad pół roku nękanie - mówi organizatorka badań dr Krystyna Kmiecik-Baran, socjolog.
Tydzień temu dałem w "Gazecie" ogłoszenie: "Zadzwoń do reportera - dręczenie w pracy". Przez trzy dni odebrałem kilkadziesiąt telefonów i drugie tyle e-maili. Były wśród nich relacje niewiarygodne. W kilku przypadkach uznałem, że problemem nie jest sadystyczny szef, lecz mający o sobie zbyt wysokie mniemanie pracownik. Jednak z większości historii wyłaniała się codzienna gehenna. Osiem godzin "polowania". Obciążanie pracą nie do wykonania albo wręcz przeciwnie - nie dawanie żadnej pracy. I ciągła niepewność, za co tym razem szef "opieprzy".
Pracownicy z budżetówki (szkół, szpitali) mówili, że u nich dręczenia jest najwięcej, bo szefów nie weryfikuje rynek i o wszystkim decydują układy. Z kolei pracownicy firm prywatnych przekonywali, że to oni mają gorzej, bo na państwowym są jakieś związki zawodowe i przepisy, a u prywatnego - wolna amerykanka.
W grudniu po południuW styczniu zeszłego roku pielęgniarkę Teresę S. przeniesiono do innej przychodni, ale w tym samym katowickim ZOZ-ie. Zaczęła dobrze, lekarze ją chwalili, okulista nawet na piśmie. Nie układało się jednak z bezpośrednią przełożoną. W lipcu Teresa S. poprosiła o
urlop. - Nie zgadzam się, jest mi pani potrzebna. Nie obchodzą mnie pani małe dzieci.
- To kiedy mogę wziąć urlop, pani przełożona?
- W grudniu po południu.
Na jesieni Teresa S. zasłabła w pracy i poszła na zwolnienie. Potem - zgodnie z przepisami - poszła do lekarki zakładowej po orzeczenie dopuszczające do pracy. Wszystkie badania wypadły dobrze i lekarka dopuściła ją do pracy ale... nie w gabinetach i nie w rejestracji. W kadrach powiedzieli: nie mamy innej pracy niż w gabinetach i w rejestracji. I posłali na tygodniowy urlop. Potem wydano nowe orzeczenie: Teresa S. może podjąć pracę w rejestracji, ale bez kontaktu z pacjentem i z telefonem.
- Jaki jest zakres moich obowiązków, bo nie wiem, co mam robić? - zapytała przełożonej.
- Niech pani gwiazdy liczy, szlaczki maluje. Tu jest pani miejsce - odparła przełożona i wskazała stolik na zapleczu.
Teresa S. zna ten dialog na pamięć, słuchała go wiele razy. Od pewnego momentu zaczęła nagrywać rozmowy z szefową na pożyczonym od córki dyktafonie.
Tego samego dnia po południu: - Pani przełożona, nie podejmę pracy, dopóki mi pani nie wyznaczy odpowiedniego stanowiska pracy i zakresu obowiązków.
- A co pani uważa? Że pani gwiazdkę z nieba przyniosę? Ma pani pracę, tam jest zaplecze, tam jest biurko.