Jednoręka matematyka

Paweł Jagiełło
2009-12-21, ostatnia aktualizacja 2009-12-21 15:11
Fot. Radoslaw Józwiak / Agencja Gazeta

Wchodzisz do salonu z "jednorękimi bandytami". Wrzucasz do automatu 5 zł i zaczynasz klikać. Jak wypadną trzy kieliszki, wygrasz 50 zł. Grasz, grasz i nic nie wygrywasz. - Co się dzieje? - myślisz. - Muszę wygrać. Aby tak się stało, trzeba mieć szczęście i gra musi być uczciwa. To pierwsze nie zależy od ciebie. Drugie da się zbadać.

Zgodnie z ustawą hazardową, wynik gry na automacie - o niskich czy wysokich wygranych, powinien być losowy. Czyli taki, którego według żadnych reguł nie da się przewidzieć. O co dokładnie chodzi, ustawa już nie definiuje. Dlatego głowią się nad tym naukowcy. Do badania "jednorękich bandytów" w całej Polsce uprawnionych jest dziesięć instytucji. Kolejne dwie - Politechnika Łódzka i Warszawska, straciły koncesję niedawno, na fali eksplodującej afery hazardowej.

Pseudolosowy bandyta

Tego, czy program komputerowy zainstalowany w automacie do gry generuje losowe wyniki, nie da się sprawdzić w 100 proc. Jak wyjaśnia prof. Stanisław Płaska, automatyk z Katedry Automatyki Wydziału Mechanicznego Politechniki Lubelskiej, by to zrobić, trzeba by przeznaczyć na test 1,4 tys. dni pracując po 12 godz. dziennie. Zwyczajnie się to nie opłaca. Istnieje też inny sposób. Podłączyć maszynę do programu komputerowego, który przeprowadzi badanie automatycznie a nie "łopatologicznie". To jednak bardzo trudne, bo producenci nie udostępniają kodu źródłowego oprogramowania.

Urządzenia bada się więc pod kątem tzw. pseudolosowości. Jak w praktyce wygląda taka certyfikacja? Wyjaśnił to inż. Władysław Wójcik z zespołu prof. Płaski. - Gdy dostajemy automat do zbadania, najpierw ustalamy, jakiego typu oprogramowanie posiada. Jeśli badamy je pierwszy raz, trzeba wykonać długie testy, które trwają około 30 godzin. Trwa to więc 4 - 5 dni - opowiada. W praktyce praca testera wygląda dość powszednio. Siada przed automatem z kartką papieru i zaczyna grać. Wykonuje co najmniej 5 tys. kliknięć. Każdy wynik zapisuje. Potem wprowadza dane do komputera, który rysuje wykres. - Pokazuje on, jak często i ile wygrywałem, a więc czy osiągnąłem deklarowaną przed producenta skuteczność - wyjaśnia inż. Wójcik.

Gdy tester zbada w pracowni jakąś maszynę, wyrusza w miasto, by ocenić podobne. Na każdym wykonuje od 50 do 100 kliknięć. Razem z generacją wykresu i sprawdzeniem technicznej sprawności podzespołów trwa to około godziny. - Jeśli automaty są niedaleko siebie, jedna osoba dziennie może wypróbować maksymalnie dziesięć urządzeń - wylicza inż. Wójcik. Po badaniu maszyna jest oklejana specjalną plombą. Od 2006 r., czyli początków hazardowego boomu, żadna maszyna, którą badali pracownicy Politechniki Lubelskiej nie była sfałszowana.

20-groszowa wygrana

Postanowiliśmy zrobić taki test. Z inż. Wójcikiem zagraliśmy 30 razy. Każdy strzał za 20 groszy. Poziom losowości ustaliliśmy na drugi. Oznacza to, że jednorazowo z automatu mogło wypaść 50 zł. Wygrana padła dwukrotnie, czyli mniej więcej co piętnasty raz. W sumie wygraliśmy... 20 gr. - Z dużą dozą prawdopodobieństwo możemy stwierdzić, że automat, który sprawdzamy, jest uczciwy - podsumował inż. Wójcik.

Jak wynika ze statystyk pracowni, które prowadzi prof. Płaska, trudno mówić o tym, że, jak informują gazety, maszyny są na masową skalę fałszowane przez zwielokrotnianie stawek, o które można grać. - Z pewnością nie te, które do nas trafiają. W ciągu ostatnich kilkunastu lat, ani razy nie trafiliśmy najwyższej wygranej. Teoretyczne jest to możliwe, ale zwyczajnie nie mieliśmy szczęścia. Jeśli więc dochodzi do fałszerstwa, to ewentualnie w drugą stronę. To mało prawdopodobne, ale nie możemy tego wykluczyć - deklaruje.

Kup pan plombę

Jego pracownia jest obecnie jedynym miejscem w kraju, które decyduje się na certyfikowanie jednorękich bandytów, dlatego rocznie sprawdza około 50 tys. automatów. Wszystko w efekcie tzw. afery hazardowej. - Dziennie odbieram kilkanaście maili i tyle samo telefonów z pytaniem czy hologramujemy tego typu urządzenia. W części z nich nadawcy wskazują, że jesteśmy ich ostatnią deską ratunku - mówi prof. Płaska.

Wielu zgłaszających się trudno jednak posądzić o uczciwe zamiary. Trafiają się maile, w których firmy pytają czy zespół prof. Płaski "sprzedaje plomby do automatów". Zdarza się, że chodzi o zbadanie tysiąca maszyn. Gdyby były to automaty jednego rodzaju i znajdowały się w Lublinie, jedna osoba musiałaby badać je co najmniej 25 tygodni czyli ponad 6 miesięcy, przy założeniu, że będzie to robić 5 dni w tygodniu po 8 godz. dziennie. Test tysiąca takich automatów kosztowałby w sumie ponad 30 tys. zł. Zbadanie jednego programu komputerowego to koszt rzędu tysiąca złotych, a potem każdej kolejnej maszyny tego typu - 60 zł. Zwykle firmy po takiej odpowiedzi, urywają kontakt. Prawdopodobnie chodzi o sprzedaż plomb bez dokonywania badań.

Być może tak właśnie się stało na Politechnice Łódzkiej i Warszawskiej, którym niedawno Ministerstwo Finansów odebrało uprawnienia certyfikacyjne.



  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy