Pani pozna pana...

Dominika Karp
2009-12-29, ostatnia aktualizacja 2009-12-29 13:34
- Biura mają tę przewagę nad internetem, że spotkania przez nas inicjowane są zwykle bardziej efektywne, mają większy sens. Tu nie ma przypadkowych sytuacji - twierdzi właścicielka lubelskiego biura matrymonialnego.
- Biura mają tę przewagę nad internetem, że spotkania przez nas inicjowane są zwykle bardziej efektywne, mają większy sens. Tu nie ma przypadkowych sytuacji - twierdzi właścicielka lubelskiego biura matrymonialnego.

Był taki pan - 52 lata, kawaler. W biurze już od dłuższego czasu. W grudniu przyszedł wycofać ofertę. Przestał wierzyć, że mu się uda. Już trzymał zdjęcia w ręku. - A wie pani co? Dam sobie jeszcze jedną szansę! - powiedział i oferty jednak nie wycofał. Kilka dni później przyszła pewna pani, wdowa...

ZOBACZ TAKŻE
Wzięła dwa kontakty. Pierwszym mężczyzną, do którego zadzwoniła, był ten 52-latek. Spędzili razem święta. W styczniu przyszli wycofać oferty. Są ze sobą. Wzięli nawet ślub kościelny. Para z innego biura matrymonialnego czeka na pierwsze dziecko. Ma przyjść na świat lada dzień.

Galeria Serc to niewielki pokój na drugim piętrze kamienicy w centrum Lublina. Biurko, komputer, telefon, radio, duża juka w doniczce stojącej na podłodze. Pod drugą ścianą, przy starym kaflowym piecu - beżowa kanapa i fotele. Pośrodku stolik. Na blacie niewielka, złota choinka. Na gałązkach - czerwone bombki. Pod spodem rzeczy najważniejsze - niby prezenty pod choinką leżą cztery duże albumy - dwa czerwone i dwa czarne. W czerwonych panie, w czarnych - panowie. Ci przed czterdziestką w jednym, starsi w drugim. Tak samo panie. Te po czterdziestce mają nieco trudniej, bo w drugim czarnym albumie panów jest nieco mniej (wśród ofert osób przed czterdziestką, kobiet i mężczyzn jest mniej więcej po równo). Jeszcze mniejszy wybór jest wśród zgłoszeń panów po pięćdziesiątce. Jednak w Galerii Serc "wiekowe" rekordy kryją się właśnie w czarnych albumach. Najmłodszy klient biura jest studentem, ma 19 lat; najstarszy jest emerytem - ma 78 lat. Kiedyś do Galerii Serc przyszedł nawet siedemnastolatek.

Miał być brunet, jest blondyn

Beata Podgórniak pracuje tu już prawie 4 lata. Biuro działa ósmy rok. Jego założycielce, Iwonie Nowak, zdarzyło się kiedyś skojarzyć kuzynkę z kolegą. Po tym sukcesie pomyślała o biznesie matrymonialnym. Przed Bożym Narodzeniem ruch jest największy. Ludzie boją się samotnych świąt. Dużo osób dzwoni i przychodzi też między świętami i Nowym Rokiem. Szukają kogoś, z kim mogliby spędzić Sylwestra. Tu pomocne może być Pogotowie Sylwestrowe, które większość biur matrymonialnych ma w swojej ofercie.

Internet? - Nie ma takiej potrzeby - mówi Beata. - Opieramy się na tradycyjnych metodach kojarzenia par. Oczywiście nie jesteśmy do tej tradycji tak sztywno przywiązani. Nie na tyle, żeby w biurze nie było komputera - śmiejąc się pokazuje monitor. Galeria Serc ma tylko skromną stronę internetową. - Był taki rok, kiedy portali randkowych powstało szczególnie dużo. Wtedy trochę się baliśmy, ale jeśli u nas kontakt z osobą można nawiązać, powiedzmy, w godzinę od przyjścia do biura, to nie jest to dla nas żadna konkurencja - podkreśla. Właścicielka Biura Dobrych Znajomości Happy End, Renata Chmielewska dodaje: - Nie prowadzę statystyk, ale pracy wciąż mam dużo. Mogę powiedzieć nawet, że osób zainteresowanych biurem przybywa. Dla moich klientów bardzo ważne jest to, że otrzymują ode mnie pełną informację. Często dużo pracują i czas jest dla nich bardzo cenny, dlatego to, że w jednym miejscu mogą znaleźć osobę o podobnych potrzebach i intencjach, jest dla nich szczególnie ważne. W biurach nie ma miejsca na całkowitą anonimowość, jak to się dzieje w przypadku internetu. To zobowiązuje ludzi do dobrego zachowania, wyjścia z twarzą z różnych sytuacji. Biura mają tę przewagę nad internetem, że spotkania przez nas inicjowane są zwykle bardziej efektywne, mają większy sens. Tu nie ma przypadkowych sytuacji.

Wiele kobiet, które przychodzą do biura matrymonialnego, ma już za sobą doświadczenia w poszukiwaniu kogoś w sieci. Najczęściej nie są one pozytywne, w najlepszym razie panie mają do internetu stosunek obojętny. Narzekają, że znajomości zawierane w sieci są niepoważne, że panowie opisują siebie inaczej, dodają sobie wzrostu, odejmują lat. Gorzej, gdy oszukują w poważniejszych sprawach. Beata Podgórniak: - Raz przyszła do mnie pani, która z człowiekiem poznanym przez internet zmarnowała 4 lata swojego życia. Gdy rozmawiałyśmy, rozpłakała się. O tym, że ma żonę i dwoje dzieci na drugim końcu Polski, dowiedziała się przez przypadek. Ja nie mówię, że próby szukania kogoś w sieci zawsze kończą się źle. Przecież wiele osób znajduje w ten sposób szczęście i drugą połowę. Osoby, z którymi ja mam kontakt, opowiadają zwykle o negatywnych doświadczeniach. Decydują się na przyjście do biura, bo wiedzą, że wszyscy tu mają takie same oczekiwania - chcą się spotkać, szukają kogoś, nie chodzi jedynie o rozmowę, bo na przykład nie mogą w nocy spać. Na takie znajomości moim klientom najczęściej szkoda po prostu czasu.

Proszę podać sygnaturę sprawy rozwodowej...

Każdy klient biura matrymonialnego musi liczyć się z tym, że ktoś poprosi go o pokazanie dowodu osobistego. Właśnie po to, żeby uniknąć niejednoznacznych sytuacji. Rozwodnicy proszeni są o kopię orzeczenia sądu, wdowy o kopię aktu zgonu byłego męża, osoby w trakcie rozwodu o numer sygnatury sprawy.

Najpierw, przed przekazaniem kontaktów, każdy klient podpisuje umowę i musi zaakceptować regulamin biura. Te zwykle zastrzegają sobie, że nie ponoszą odpowiedzialności za autentyczność danych umieszczonych w ofertach, ale Beata Podgórniak i Renata Chmielewska zapewniają, że jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś kogoś oszukał. - Zawsze mogę potwierdzić, że widziałam dowód osobisty czy orzeczenie o rozwodzie - mówi Renata Chmielewska. - Ludzie, jeśli już zadali sobie trud przyjścia do nas, nie mają interesu w tym, żeby oszukiwać. Tym bardziej, że to bardzo szybko wychodzi na jaw - mówi Beata Podgórniak.

Biura zobowiązują się również zwykle do przekazywania numerów telefonów tylko po wyrażeniu zgody przez ich właścicieli. Nie udostępniają nazwisk i adresów swoich klientów. W formularzu zgłoszeniowym (podzielonym zwykle na dwie części: dotyczącą klienta oraz dotyczącą poszukiwanego partnera) trzeba m.in. zaznaczyć czy jest się zainteresowanym ofertami zagranicznymi, czy ma się własne mieszkanie, napisać ile się waży, czy posiada się zwierzęta domowe (ważne dla alergików), czy ma się nałogi, opisać swoje zainteresowania, zaznaczyć do kogo skierowana jest oferta i jaki jest jej charakter (matrymonialna, towarzysko-matrymonialna, towarzyska czy okolicznościowa, np. wypad na sylwestrowy bal). Można (ale nie trzeba) dołączyć też zdjęcia (w niektórych biurach można wykonać je na miejscu, bez dodatkowych opłat).

W części poświęconej poszukiwanemu partnerowi zaznacza się m.in. przedział wiekowy, wzrost, preferowany stan cywilny, typ sylwetki, preferowany znak zodiaku, wyznanie, usposobienie, cechy charakteru i zainteresowania. Pola dotyczące koloru oczu czy włosów wypełniane są bardzo rzadko. - W tym ostatnim przypadku zdarza się, że panie piszą drobnym druczkiem "żeby pan nie był łysy" - tłumaczy Beata Podgórniak.

Po rozmowie, wypełnieniu formularza i wpłaceniu wpisowego (w Galerii Serc jest to np. 140 zł za pół roku, 195 zł za rok, w Happy End odpowiednio: 200 i 300 zł) można obejrzeć oferty i dostać kontakty do osób, które przypadły nam do gustu.

Ma być taka jak moja żona

Do biur matrymonialnych trafiają bardzo różni ludzie. Raz jeden pan przyniósł zdjęcie zmarłej żony i powiedział, że chciałby znaleźć taką kobietę. Podobną z wyglądu, z charakteru. - Ten człowiek wie, że znalezienie partnerki będzie w jego przypadku bardzo trudne, ale prosi o wyrozumiałość, bo jeszcze nie potrafi inaczej. Daj Boże, żeby to było dla niego realne - mówi Beata. Ten mężczyzna od kilku miesięcy jest klientem Galerii Serc. Umawia się. Kopii jeszcze nie znalazł.

Pani Beata częściej spotyka się z odwrotnymi sytuacjami: np. klient przegląda katalog, zainteresuje się zdjęciem, a później szybko, wręcz nerwowo, przekłada kartkę, bo kobieta ma na imię tak jak jego była żona. Podkreśla, że wie, że to niedorzeczne, ale to dla niego też "jeszcze za wcześnie". Innym razem kobieta, którą zainteresowała oferta pewnego mężczyzny, odrzuciła ją, bo pan był spod znaku skorpiona, tak jak jej były mąż.

Zdarza się też, że ludzie nie są bardzo przywiązani do swoich preferencji określonych w formularzu (wypełnianie go to jedna z pierwszych rzeczy, które robi się po przyjściu do biura matrymonialnego). Do tego stopnia, że kawalerowie, którzy szukają bezdzietnej panny, po obejrzeniu katalogu umawiają się z matką, w dodatku rozwódką.

Za dużo pracujemy

- Na początku pracy jeszcze się dziwiłam, gdy patrzyłam na przychodzących do Galerii Serc ludzi. Bo jak tu się nie zdziwić, jeśli w drzwiach pojawia się bardzo atrakcyjna kobieta albo bardzo przystojny mężczyzna, którzy po wyjściu z biura mogliby umówić się z większością osób spotkanych na ulicy? Gdy pytałam takich ludzi o motywację, najczęściej padało jedno słowo: praca. Bardzo dużo pracują, przeważnie w jednolitym środowisku, nie mają czasu, mają dosyć przelotnych znajomości - mówi Beata Podgórniak. Trafiają tu przedstawiciele bardzo różnych profesji - panowie mają często własne firmy. Klientki biura pracują najczęściej w sfeminizowanych zawodach. Często są to nauczycielki, pielęgniarki, farmaceutki, ale - jak podkreśla pani Beata - nie jest to reguła.

Młodzi najczęściej nie chcą szukać po omacku. Chcą mieć pewność, że ta druga osoba, oczekuje od spotkania tego samego, a tę pewność - przynajmniej w dużej mierze - daje im właśnie biuro matrymonialne. - Takie osoby, zwłaszcza kobiety, są w biurze zwykle bardzo krótko. Najdłużej chyba trzy miesiące. Trochę gorzej jest z bardzo młodymi panami, bo panie nie chcą raczej umawiać się z młodszymi mężczyznami - mówi Renata Chmielewska. Najmłodszy klient prowadzonego przez nią biura ma 19 lat. Nie przepada za dyskotekami, to raczej "typ naukowca".

Panie kładą duży nacisk na samodzielność finansową, panowie często... - Na biust, duży biust. U panów po czterdziestce pojawia się też potrzeba (która przedtem, czyli u panów po trzydziestce, w ogóle nie istnieje) znalezienia młodszej partnerki. Zwykle jest to kilka lat, ale zdarzają się też "poważniejsze przypadki". Kiedyś, przez bardzo krótki czas, klientem Galerii Serc, był niespełna sześćdziesięcioletni mężczyzna, który szukał dziewczyny w przedziale wiekowym od 20 do 35 lat. - Tłumaczyłam mu, że to będzie bardzo trudna, a może i niemożliwa sprawa - mówi Beata i dodaje: - Nie chciał jednak w ogóle słyszeć o starszych kobietach. Umieściłam więc jego ofertę w katalogu skierowanym do młodszych pań. Nie budziła jednak zainteresowania, raczej padały niewybredne komentarze. Renacie Chmielewskiej raz udało się skojarzyć taką parę. Młoda kobieta zdecydowała się na spotkanie z mężczyzną starszym od niej o 20 lat. - I zagrało - mówi.

Trudne początki

Najtrudniejsze przy zakładaniu biura matrymonialnego jest zgromadzenie bazy klientów. Renata Chmielewska pracuje w branży matrymonialnej od sześciu lat. Happy End prowadzi od czterech. Na pomysł założenia własnego biura wpadła po spotkaniu z okazji dziesięciolecia matury. Chodziła do liceum pedagogicznego, uczyła się w klasie przedszkolanek. - Mnie się zawsze wydawało, że każdy tak ma - poznaje tę drugą osobę w szkole lub na studiach. A tu się okazało, że połowa z nas to panny. Kobiety, które mają żal do losu o to, że ich życie tak się potoczyło, kobiety, które chciałyby mieć dzieci. To otworzyło mi oczy, nie dawało spokoju. Pomysł dojrzewał dość długo - pracowałam wtedy w biurze turystycznym, ale po pewnym czasie wreszcie postanowiłam, że zmieniam branżę. Zrobiłam ten krok - mówi Chmielewska.

Początki były bardzo trudne. Zanim ludzie przekonali się do biura Happy End, minęły ponad 2 lata. Wcześniej dzwonili, badali grunt, sondowali, ale samych zgłoszeń nie było zbyt wiele. - To jest bardzo trudny biznes, ale było warto. Jak mnie zapraszają na te śluby, jest cudownie. Lada dzień będziemy mieli pierwsze "happyendowskie" dziecko - cieszy się Renata Chmielewska. W tym roku dostała osiem zaproszeń na śluby swoich klientów.

W tej branży niezbędna jest też dyskrecja i takt. Trzeba wiedzieć, co odpowiedzieć gościom weselnym, którzy pytają, kim się jest dla państwa młodych. Trzeba umieć odpowiednio zareagować, gdy kobieta wyznaje, że interesują ją tylko mężczyźni z penisami średniej wielkości.



  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów